#LZvQ6
Mąż znalazł pracę w Warszawie. Ja pod Warszawą. Dojeżdżamy, płacimy niani za odebranie syna z przedszkola (dosłownie godzina od odebrania i jesteśmy oboje w domu). Znaleźliśmy bliźniaka łączonego garażem pod Warszawą. Jest też dobre przedszkole. Wymyśliliśmy, że sprzedamy mieszkanie. Pieniądze z mieszkania weźmiemy na wkład własny i weźmiemy kredyt hipoteczny. Dzięki temu oboje będziemy mieli bliżej do pracy, z synem będziemy się widzieć codziennie 3h dłużej, bez potrzeby niani. Gdyby, któreś z nas straciło pracę, to w Warszawie i tak o wiele łatwiej znaleźć następną. Dodatkowo syn będzie miał większą możliwość wyboru liceum. Jeśli będzie chciał studiować w Warszawie - odejdą nam koszty mieszkania studenckiego.
Generalnie jest to rozsądna decyzja. Powiedzieliśmy o wszystkim rodzicom. O ile rodzice mojego męża nas wspierają w decyzji, nawet deklarują pomoc, o tyle moi rodzice się zaparli, że nie sprzedadzą tego mieszkania. Gdybyśmy chcieli zmienić na inne lub na dom na miejscu, to nie byłoby problemu, ale oni nie będą finansować naszych fanaberii na mieszkanie pod Warszawą. Nazwali nas gówniarzami, którzy nic o życiu nie wiedzą. Ogólnie mocno na nas usiedli podczas tej rozmowy.
Powiem szczerze, że się tego nie spodziewałam. To nie tak, że jestem roszczeniową córką. Oprócz mieszkania nigdy nic od rodziców nie dostałam (nie miałam kieszonkowego), mieszkanie było dla mnie zaskoczeniem, bo zawsze uczyli mnie, że mam szanować pieniądz. Już w liceum sobie dorabiałam po szkole, żeby mieć na przyjemności. Na studiach pracowałam. Byłam im bardzo wdzięczna za mieszkanie, bo to bardzo dobry start dla nas. Cały czas deklarowali, że mieszkanie jest nasze i możemy je sprzedać, to też cieszyliśmy się, że je sprzedamy i będzie nam łatwiej w życiu.
Teraz są obrażeni. Nie odbierają telefonu. Kiedy pojechaliśmy z synem (bo nie odbierali telefonu), to się nawet nie odezwali do nas, bawili się tylko z synem.
Tak czy siak się przeniesiemy, z ich pomocą czy bez, coś wymyślimy, ale przykro mi z powodu tej sytuacji. Nie spodziewałam się takich słów, takiego niezrozumienia. To moi rodzice, kocham ich i boli mnie ich zachowanie. Zarabiamy nienajgorzej, więc damy radę, ale nie chciałabym niszczyć relacji z takiego powodu. Tym bardziej ze względu na mojego syna, który nie rozumie dlaczego babcia nie odbiera telefonu od niego...
ja stawiam ze oni sobie wymarzyli ze bedziecie mieszkać za płotem i dlatego sie wkurzyli.Rodzice po prostu zawsze narzucają dzieciom swoją wolę.
Niektórzy planują swoim dzieciom przyszłość w miejscu, gdzie to rodzice chcieliby najchętniej całe życie mieszkać. A później rodzice robią dzieciom wyrzuty, bo po co kupowali dom/mieszkanie, skoro dzieci nie chcą tu mieszkać?
Nie znoszę takich ludzi - róbcie jak ja chcę, a jak robicie inaczej, to się obrażę... Podobno na idiotę pomoże tylko jeszcze większy idiota, mam nadzieje ze wybrniecie z tej sytuacji.
Widocznie nie pomyśleli, że będziecie chcieli mieszkać daleko od nich. Cóż, mieszkanie jest ich, więc pozostaje wam liczyć na siebie.
Przestroga dla wszystkich, którzy to czytają. Jeśli rodzice, dziadkowie czy ktokolwiek wam coś dają, trzeba od razu przepisać to na siebie i zgłosić gdzie trzeba, inaczej później na 99% będą problemy jak tu opisane albo gorsze.
Gówniarze co nic nie wiedzą o życiu - ulubiona śpiewka rodziców gdy dzieci kierują się własnym rozumem a nie ich planami.
To bardzo smutne że nawet z rodziną u to najblizsza trzeba wszelkie ustalenia mieć na piśmie bo inaczej się wypną na to co ustalone zostało ustnie. Gdyby mieszkanie od razu zostało zapisane na autorkę rodzice nie mieli by w tej kwestii nic do powiedzenia.
Wtedy nie. Ale skoro mieszkanie jest własnością rodziców to nikt ich nie zmusi.
Jak umiesz liczyć, to licz na siebie, takie jest mądre powiedzenie
Przecież nie o to chodzi. Zależy mi na tym, żeby mieć z nimi relację. Z mieszkaniem czy bez. To przykre, że nie chcą z nami rozmawiać. Z własnym wnukiem. To nie jest liczenie na kogoś. To zwykła chęć do utrzymania relacji z rodzicami na niezmienionym poziomie. Mi nie jest przykro z powodu mieszkania, mi jest przykro, że się obrazili o to, że chcemy się przenieść. To nie liczenie na kogoś. Wolę stracić mieszkanie, ale mieć rodziców.
@LadyParvati, obrażenie się na Was to jedno, ale czemu Wasze dziecko ma cierpieć? Wy nie zrobiliście niczego złego, a Wasz syn tym bardziej! Nie rozumiem takiego podejścia, "obrażę się na córkę i zięcia za to, że chcą zrobić coś nie po mojej myśli, a niewinnemu dzieciakowi też się oberwie, nie odzywamy się i do niego!". Co to ma być? Takiego podejścia nigdy nie będę w stanie zrozumieć.
Na waszym miejscu mi miałabyme ich głęboko. Miałam podobną sytuację w rodzinie, gdzie to ja byłam tym dzieckiem. Kiedy do dziadków doszło, że praktycznie stracili syna i wnuków, bo po prostu przestaliśmy dzwonić i przychodzić, zrozumieli swój błąd. Jak nie dajesz rady im przetłumaczyć, to może najlepszym rozwiązaniem jest terapia szokowa.
@LadyParvati
Chodziło mi o liczenie na siebie w sensie ogólnym. Nie o finanse tylko.
Ludzie ciągle nawalają w różnych aspektach. Robią zaskakujące świństwa. Obrażają się o jakieś oczywistości. Niby znasz kogoś a okazuje się, że nie.
Ale rozumiem Cię i wiem z czego ten żal wypływa.
Dlatego właśnie ja niczego od nikogo nie chcę. Jak już coś mam, to nikt mi nie wypomina jak rządzę swoją własnością ani na co wydałem własnoręcznie zarobione pieniądze.
Wiem co to problemowi rodzice. Przykro że mieszkanie stoi na bich bo czują że jesteście od nich zależni i celowo będą robić wam na złość.
Ale to jest ich mieszkanie. Autorka z mezem mieszkali w nim i mieli z tego i tak duza pomoc, wiec powinni miec wystarczajaco oszczednosci na wklad wlasny. Pewnie maja i wezma kredyt na mieszkanie pod Warszawa i tak i tak, ale rodzice przesadzaja z obrazaniem sie. Corka jest dorosla i ma prawo mieszkac gdzie chce.
No niestety, na wkład własny potrzebujemy niecałe 200 tys, więc jeszcze trochę trzeba pozbierać :) szkoda tylko tych relacji. Trudno się mówi. My w końcu się wyprowadzimy, odejdą wydatki na dojazd i nianię to będzie łatwiej. I więcej czasu z synkiem, mniejsze zmęczenie. Tak jak mówię, szkoda mi wyłącznie tych relacji, bo decyzja o przeprowadzce jest podjęta.
mozepowiedz im ze sie wyprowadzisz tak czy inaczej, ale stracą córke na zawsze jak tak bedą postępować.
Wiecie co jest najgorsze w życiu? Życie.