#XLTYE
Trzeci i ostatni raz poszłam już sama do ginekologa z NFZ i zapytałam znowu o to samo, czy mam się dodatkowo zaszczepić, zrobić badania krwi, przebadać tarczycę itp. Stwierdził, że to bez sensu, bo i tak te badania będę miała w ciąży robione...
Tyle się słyszy, żeby przygotować się do ciąży świadomie, zacząć prowadzić lepszy tryb życia, brać witaminy, iść do dentysty, zrobić jakieś badania, bo przecież lepiej wyleczyć coś przed ciążą niż w trakcie, a kiedy przychodzi się do lekarza, to i tak kobieta zostaje z tym sama i szuka porad w Internecie.
Widocznie wg lekarzy to lepiej iść na melanż, upić się jak zwierzę, zrobić to w kiblu i potem cieszyć się macierzyństwem, popijając kieliszek wina :)
Mam nadzieję, że przeczytają to normalni ginekolodzy i podejdą inaczej do takich par jak my, a nie będą ich zbywać głupimi tekstami i śmiechem.
#w7BHq
Zamawianie każdego z nas jak kelnera w restauracji? Normalka.
Proszę, dziękuję? Te słowa są jej obce.
Ciągłe oskarżenia o kradzież emerytury, idące głównie w stronę mamy, są na porządku dziennym.
Tego roku w Wielkanoc chcieliśmy rodzinnie wyjechać w góry. Babci nie mogliśmy zabrać, bo trudność sprawia jej przejazd dwóch przystanków autobusem, a co dopiero kilkugodzinna podróż. Dlatego musieliśmy znaleźć kogoś, kto by się nią opiekował. Rodzice zaryzykowali i zadzwonili do siostry mojej mamy z prośbą, czy mogłaby wziąć na DWA DNI swoją matkę do siebie. Nie. Nie weźmie jej. Na pieprzone dwa dni w roku...
Jednak to, co babcia odwaliła niedawno, sprawiło, że wszystkim nam się odechciało. Po prostu. Zadzwoniła z płaczem do swojej córki i powiedziała, żeby ją zabrała z tego domu, że ona już nie chce z nami mieszkać. Że my się nad nią znęcamy. Co z tego, że praktycznie nigdy nie miała żadnych obowiązków. Nigdy nie prosiliśmy jej, żeby zrobiła cokolwiek w domu. Przez cały czas leżała, spała, oglądała telewizję, a teraz oczernia nas przed resztą rodziny.
Mam nadzieję, że w końcu umrze.
#4BWEY
Działo się to dokładnie w trzeciej klasie. Tego dnia czułem się okropnie i od rana bolał mnie brzuch. Podczas obiadu mieliśmy pomidorową. Nie dość, że mi nie smakowała, to musiałem w tamtej chwili pilnie pójść do łazienki. Wstałem od stołu i jak najszybciej podszedłem do okienka oddać talerz, gdy pani, która akurat miała dyżur, szarpnęła mnie mocno za ramię, posadziła z powrotem na miejsce i powiedziała, że nie pójdę, dopóki nie zjem, po czym wróciła do swojego stolika.
Jako że dosyć się przestraszyłem, bo nauczyciel nakrzyczał na mnie po raz pierwszy, zacząłem dalej jeść, tak jak kazała. Niestety mój brzuch już tego nie wytrzymał i zwymiotowałem z powrotem do talerza. Nie było mowy, żebym zjadł to do końca, więc podszedłem do pani i powiedziałem, co się stało. Pani zwyzywała mnie i stała przy mnie tak długo, aż wszystkiego nie zjadłem...
Nie mam teraz żadnej traumy do jedzenia, ale pomidorowa wywołuje u mnie mdłości.
#ag9r0
Niby tylko sen, a obudziłem się z satysfakcją.
#0eWCA
Wiem, matka jest tylko jedna, ale czy mam tolerować brak szacunku do mnie i udawać, że mnie to nie boli? Czy jestem wyrodną córką?
#JZG51
#uKXh4
#iWbz7
Ojciec narzeczonego umarł parę lat temu i teraz teściowa mieszka sama, kilkaset metrów od nas. Nic nie potrafi załatwić, nawet wypełnić druczka z rachunkiem, aneks do umowy, cholernie ważny, żeby uniknęła płacenia kary, znaleźliśmy pomiędzy starymi gazetami, dobrze, że chociaż umie włączyć pralkę i coś sobie ugotować.
Pracuje w zawodzie bardzo blisko lekarskiego, jedyne co bierze na ból pleców to maść, którą trzeba się codziennie smarować, no i oczywiście narzeczony po pracy od 7 do 18 musi tam jechać i to zrobić. W międzyczasie oczywiście przypomina się jej pierdylion rzeczy, które on jeszcze musi dla niej zrobić, w efekcie jak narzeczony wraca do naszego mieszkania, to jest 21, więc myje się, jakaś kolacja i spać.
Każdy zaplanowany wyjazd ona potrafi opóźnić o 2-3 godziny. Powiemy, żeby była gotowa na 9, to może się do 11:30 wyrobi, albo go odwoła o 12, bo „teraz to już za późno, jedźcie sami”. To samo tyczy się z naszymi wyjazdami – narzeczony okłamuje ją na każdym kroku, nie powie, że byliśmy sami za miastem, bo jej będzie przykro. Nawet nie powie prawdy o obiedzie, bo dla niej domowy hamburger to nie obiad i będzie się darła, że jak tak można jeść. Jej hipokryzja też mnie wkurza. Ma w domu burdel i dosłownie wszędzie jest warstwa kurzu, w kuchni z kratki wentylacyjnej wiszą całe kłębki tuż nad kuchnią, ale jak w samochodzie, którego my używamy na co dzień, zobaczy pyłek, to panika jakby normalnie nie wiem gdzie wsiadła.
Mam jej dość i zdarza mi się marzyć, żeby coś jej się stało albo żeby narzeczony się do niej przeprowadził i chociaż miałabym spokój z czekaniem na niego po kilka godzin z obiadem czy żeby się przytulić, bo po pracy mówi, że jedzie do naszego mieszkania, a w trakcie drogi okazuje się, że jednak teściowa ma jakieś plany i trzeba jej pomóc, bo sama sobie nie poradzi. Czasem już brakuje mi cierpliwość i siły, żeby to znosić. Jej nieporadność też mnie wkurza, nie potrafi za dużo oszczędzić, a zdarza się, że potrafi jedzenie kilogramami wyrzucać, bo jak kupowała, to miała ochotę, ale potem jej przeszło, no i oczywiście płacz i dramat, bo ona pieniędzy nie ma i wiecznie bieduje. Jak ktoś ma za mało pieniędzy, to raczej nie kupuje samochodu prosto z salonu (tak się zdarzyło parę lat wcześniej), a potem płacze, bo nie ma na nic pieniędzy.
Nie oczekuję rad ani tym bardziej poleceń, żebym szła do psychologa i „rozmowa mi pomoże”. Nie chcę też rozmawiać o tym z narzeczonym, bo to w końcu jego mama i staram się rozumieć, że chce się nie zająć na starość trochę, ale czasem nie daję z tym rady.
#GdDJo
Jest jednak jedna mała rzecz, której nie rozumiem. Rzecz, która mnie samą wprowadza w zakłopotanie.
Otóż kiedy byłam mała i nie mogłam zasnąć, wyobrażałam sobie, że topię myszy. Sprawiało mi to dziwną satysfakcję, jak wyobrażałam sobie, że wrzucam mysz do wiadra z wodą, a ona nie potrafi się wydostać, słabnie, topi się, ja ją wyciągam i daję jej odpocząć, po czym znów ją tam wrzucam. Choć nie skrzywdziłabym takiej myszy, to po dziś dzień jak oglądam jakieś filmy z pułapkami na myszy, wybijaniem ich itp., czuję okropną mieszankę satysfakcji i egzystencjonalnych przemyśleń nad kruchością życia oraz smutkiem, że temu stworzonku skończył się żywot. Chciałabym to zrozumieć i jakoś sobie wytłumaczyć.