Mój ojciec 2 lata temu uległ wypadkowi – dosyć skomplikowanie złamał nogę. Czekała go operacja złożenia ponownie kości i rehabilitacja. Wiadomo, na początku wszyscy kazali mu leżeć, odpoczywać i się kurować. Gdy kości w nodze się zrosły, mama zapisała go na rehabilitację, a on miał powoli wracać do życia. Codzienne spacerki, ćwiczenia, nic ponad ludzkie siły. Rzeczywistość jednak wygląda tak, że ojciec od 1,5 roku wstaje tylko do łazienki i do lodówki. Jak przyjeżdżam na weekend, to cały dzień gnije na kanapie, a na każdą propozycję wspólnego wyjścia na spacer reaguje najpierw niechęcią, potem agresją. Jak od wielkiego dzwonu jedzie do sklepu po fajki, to staje na miejscu dla niepełnosprawnych i nie widzi w tym problemu. Mamie po 8 godzinach pracy obiadu nie ugotuje, nie umyje naczyń po śniadaniu ani nawet w piecu nie napali. Cały dom jest na głowie mamy, która już ledwo chodzi ze zmęczenia. Przez rok wyhodował sobie poważną miażdżycę i cukrzycę, z którą absolutnie nic nie robi. Pomimo że mama wydaje krocie na jego badania i lekarzy, to ojciec nadal tylko żre i śpi.
Mama nieśmiało mówi o rozwodzie. Ja staram się nie popierać żadnej ze stron. Kilka razy pokłóciłam się mocno z ojcem o jego styl życia i nie przyniosło to żadnych rezultatów.
Najgorsze czego się boję, to nie nawet jego śmierć, ale udar i niepełnosprawność. Rodzice mają kredyt na mieszkanie na głowie, ja jestem na etapie zakładania rodziny w mieście oddalonym o 100 km. Boję się, że mama nie da sobie rady i coś sobie zrobi (od wielu lat choruje na depresję), bo widzę po niej, że jest wycieńczona. Co rozmowę ze mną płacze.
Ojca powoli nienawidzę za to, jak obchodzi się z nami. Proponowałyśmy mu psychologa, ale nie chce o nim słyszeć.
„Ukradłam” obrączki dziadków i pierścionek zaręczynowy mojej babci.
Rok temu w niedużym odstępie czasu zmarli mój dziadek i babcia. Od tamtego czasu ich dom stoi ze wszystkimi ich rzeczami plus coraz większą ilością gratów. Ich mieszkanie jest częścią domu mojej cioci (córka dziadków i siostra taty), osobne wejścia itd. Ale dom ten sam (własność wujostwa). Odkąd dziadkowie zmarli, ciocia z rodziną zrobili sobie tam graciarnię, powoli pakując rzeczy dziadków i dorzucając swoje, z którymi nie mają co robić.
Kilka dni temu, pod nieobecności domowników, byłam w ich domu, bo wujostwo prosiło o karmienie i wyprowadzanie psa pod ich nieobecność. Przejście do mieszkania dziadków było otwarte i z ciekawości zajrzałam, chcąc trochę powspominać. To, co zobaczyłam, to była masakra. Szuflady powyciągane, pełno porozwalanych rzeczy itd. Niewiele myśląc, zajrzałam do komody, w której wiedziałam, że babcia trzymała biżuterię, żeby zobaczyć, czy ją też opróżnili. Całe szczęście jeszcze nie, więc po prostu zabrałam pudełeczko z ich obrączkami i pierścionkiem zaręczynowym (dziadkowie już ich nie nosili, bo po tylu latach nie pasowały) i schowałam je u siebie. Mam ogromny sentyment do tego typu rzeczy i nie chciałam, żeby to gdzieś się zgubiło podczas tych ich porządków albo, co gorsza, zostało sprzedane (ciotka to ten typ, który bez skrupułów sprzedałby takie rzeczy).
Teraz mam trochę wyrzuty sumienia, bo niedługo po ich śmierci pytałam taty, czy mogę to zachować na pamiątkę, ale stwierdził, że powinno to być podzielone pomiędzy jego i rodzeństwo, jednak widząc, co tam się dzieje, nie mogłam tego zostawić. Nie wiem, czy powinnam się przyznawać. Boję się, że jeśli któreś z nich się dowie, to zdecydują się podzielić i wtedy na pewno coś z tego przepadnie, a ja mam poczucie, że takie coś jak obrączki, powinno być razem. Liczę na to, że jeśli ktoś kiedyś sobie o tym przypomni, brak tych pierścionków zrzucą na fakt porządków i pomyślą, że gdzieś zgubiły się w trakcie i nie wiadomo, gdzie są. Ewentualnie na to, że ciotka je sprzedała, zgarnęła kasę i wydała na jakieś zakupy czy wakacje, na które często jeżdżą.
Tydzień temu wysłałem promotorowi pierwszy rozdział mojej pracy magisterskiej, zaczynający się od słów: „Pewnie, oto ostateczna wersja Twojej pracy z dodanymi przypisami oraz podziałem na akapity”.
PS Facet jest stosunkowo wyluzowany, powiedział, że dopiero za drugim razem zgłosiłby sprawę do dziekana, no ale już wiem, że obrona nie będzie łatwa...
Moja koleżanka ominęła pogrzeb swojej babci – tak się zdarzyło, że nie dała rady przyjść. Kiedy rozżalona i załamana rozmawiała ze mną, chciałem ją jakoś pocieszyć.
Co zrobiłem mądry ja?
Powiedziałem: „Nie przejmuj się, na pewno będziesz miała jeszcze wiele pogrzebów w rodzinie”.
Zaraz po technikum wyjechałem za granicę, nie było mnie 13 lat, oczywiście przyjeżdżałem na urlopy. Teraz jestem już na stałe w Polsce.
Mam media społecznościowe, ale nie jestem tam zbytnio aktywny, mało zdjęć, informacji. Jedyne, z czego regularnie korzystam, to Instagram. Mam tam w obserwowanych trochę znajomych. Pamiętam ich jako nastolatków. Szczególnie dziewczyny, kobiety, dodawały takie zdjęcia, relacje, że byłem w lekkim szoku, że tak dobrze wyglądają. Naprawdę takie 10/10. Widziałem je tylko na Instagramie, ale myślałem, że tak też jest w rzeczywistości. Bo niby po co ktoś miałby przerabiać zdjęcia, szczególnie mieszkając na wsi, gdzie każdy się zna?
W miejscu, gdzie się wychowałem, akurat niedawno otworzyli Dino, więc można tam wszystkich spotkać.
Znałem osoby ze zdjęć, relacji, ale nie poznałem ich na żywo...
Trochę mnie to zniszczyło, po co tak oszukiwać siebie, to jakby mieć dwa osobne życia.
Parę lat temu, gdy byłam jeszcze dzieckiem, udałam się z rodzicami do jednego z większych miast w Polsce, aby załatwić jakieś sprawy papierkowe. Czekając na mamę, ja z moją dwójką rodzeństwa i ojcem siedzieliśmy na ławce i patrzyliśmy na przejeżdżające obok samochody. Jako że byłam jeszcze młoda i głupia, pomyślałam sobie, że fajnie by było, gdyby ktoś z tych ludzi jadących obok miał wypadek, a my byśmy go uratowali i bylibyśmy w gazecie (oczywiście pomyślałam też o tym, żeby nikomu z tego wypadku nic się nie stało). Potem pojawiła się mama i ruszyliśmy do domu.
Droga powrotna minęła nam spokojnie i już byliśmy w moim rodzinnym mieście, gdy mieliśmy wypadek – jakaś kobieta wymusiła pierwszeństwo, ale na szczęście każdy wyszedł z tego cało.
I tak oto moje marzenie się spełniło – byliśmy w gazecie. Był też wypadek, w którym nikomu nic się nie stało, było i zdjęcie w gazecie z krótką informacją. A ja już nigdy nie marzyłam o czymś tak głupim.
Po roku i siedmiu miesiącach zrozumiałem, że moja dziewczyna jest osobą aseksualną. To wyjaśnia mi absolutnie wszystko, ale nie mam pojęcia, co teraz robić. Nasze języki miłości drastycznie się mijają. Dla niej bliskość to codzienność: wspólne rozmowy, poczucie humoru i więź emocjonalna. Ja natomiast nie potrafię funkcjonować bez dotyku, czułości i fizycznego oddania. Połączenie tych dwóch światów jest tym trudniejsze, że jej ADHD sprawia, iż często bywa przebodźcowana, co jeszcze bardziej odpycha ją już od jakiegokolwiek kontaktu fizycznego.
W niej po prostu nie ma pożądania – i nigdy go nie było. W jej głowie nie pojawia się myśl o współżyciu, a jeśli już do czegoś dochodzi, traktuje to jak obowiązek, który chce mieć jak najszybciej z głowy. Robi to z poczucia powinności, a nie z własnej chęci czy potrzeby eksploracji. Nigdy nie czuła pociągu seksualnego do żywego człowieka; jej jedyne fascynacje dotyczą bohaterów literackich lub czystych fantazji, których jednak wcale nie chce przenosić do rzeczywistości. Mam poczucie, że nie jestem w stanie jej rozpalić – u niej strefy erogenne nie istnieją, a gra wstępna jest praktycznie niemożliwa.
Wpadliśmy w niszczące błędne koło. Marzę o pocałunku, czułym dotyku i cieple, a w zamian dostaję chłód i odrzucenie. Każda moja kolejna próba kończy się upokorzeniem i słowami „przestań” lub „stop”. Statystyki naszego związku są bolesne: współżyjemy może dwa razy w miesiącu, z czego 90% moich inicjatyw kończy się odmową. Przez cały czas trwania relacji mógłbym na palcach jednej ręki policzyć sytuacje, w których ona, bezinteresownie i nie z mojej inicjatywy, zadbała o moją przyjemność. Nawet o głębsze przytulenie czy dłuższy pocałunek muszę się dopraszać.
To wszystko sprawia, że czuję się we własnych oczach jak „zboczeniec”, bo ciągle myślę o bliskości, której mi brakuje. Ona broni się zmęczeniem, wymówkami albo sugeruje, że to wina zbyt słabej sylwetki. Choć wielokrotnie prosiłem o drobne gesty, które nie są seksem – jak masaż czy pieszczoty – kończy się na obietnicach bez pokrycia. Na masaż, który obiecała mi wielokrotnie, czekam już od dziesięciu miesięcy.
Na początku brałem całą winę na siebie. Zadręczałem się myślą, że jestem niewystarczający, że nie mam odpowiednich walorów fizycznych lub umiejętności. Czułem się „zjebany”, bo potrafiłem zbudować z nią piękną więź emocjonalną, ale kompletnie poległem na polu seksualnym. Dziś widzę, że to nie jest moja wina, ale to nie zmienia faktu, jak bardzo czuję się w tym wszystkim samotny.
Pracuję jako przedszkolanka i dodatkowo dorabiam jako opiekunka do dzieci na weekendy. Rodzina, widząc, że mam dobrą rękę do dzieci, już wypytuje, kiedy zdecydujemy się z narzeczonym na swoje. Zawsze zbywam ich śmiechem, że jestem jeszcze młoda i przedszkolaki traktuję jak swoje pociechy.
Co z tym anonimowego? Nie chcę mieć dzieci. Moja cierpliwość wytrzymuje kilka godzin dziennie, ale kiedy za długo przebywam z dzieckiem, które jest marudne, jestem w stanie zrozumieć kobiety, które skrzywdziły swoje dziecko „bo nie przestawało płakać”. Moja miłość do malucha zmienia się w niechęć, kiedy jest zbyt marudny. Nie chcę zarwanych nocy, całego dnia z niemowlakiem na rękach. Obawiam się, że mogłabym zrobić mu krzywdę.
Panuję nad sobą, bo wiem, że po pracy wrócę do domu, w którym jest cisza i spokój. Ze swoim dzieckiem bym nie wytrzymała.
Mamy w pracy koleżankę. Cztery miesiące po przyjęciu do nas do pracy poszła na zwolnienie, bo miała zostać matką, no i lekarz nakazał, że w domu ma leżeć, bo stres. I tak poszło... Obecnie jest po trzecim macierzyńskim, z przerwami po 1-2 miesiące. Już wiadomo, że jest w czwartej ciąży i za dwa miechy znowu jej nie będzie. Zwolnić jej nie zwolnią, bo jest psiapsiółą swojej przełożonej, która stoi za nią murem. Nawet w okresach, gdy była w pracy nic praktycznie nie robiła – korpo informatyczne, w którym po roku nieobecności jesteś bezużyteczny, bo nie znasz procedur nowych, co się zmieniło itp.
Koleżanka siedzi na tym macierzyńskim, mieszkając z partnerem, który ma na nią zasądzone alimenty, ale nie płaci, bo oficjalnie nie pracuje, więc alimenty lecą z funduszu, a on robi na czarno. Ona w dodatku ma działalność gospodarczą (tak u nas w firmie jest, że trzeba mieć) i w międzyczasie robi na boku zlecenia, przy czym oficjalnie na fakturze ma jakieś śmieszne pieniądze, a pod stołem dostaje resztę, bo po co płacić podatek. Do tego pomoc z MOPS, 3 x 800+, alimenty. Żeby było zabawniej, jeszcze zwrot podatku. I nie wiem, czy nasz kochany rząd nakazał traktować matki jak święte krowy i nie ruszać, czy w skarbówce i ZUS-ie pracują ludzie, którzy wierzą, że oni tak na legalu jadą. W dodatku koleżanka ma firmę, która przynosi tylko straty, bo zaksięgowanych dochodów jest tyle, co kot napłakał, a wydatki są – gamingowy lapek + akcesoria za 6000 PLN, bo przecież facet nie będzie grał na byle czym, różny inny sprzęt elektroniczny wrzucany w koszta firmy.
A ty co? Jesteś singlem, nie masz dzieci, to płać ZUS, podatek dochodowy, z okazji działalności VAT, drugi ZUS...
Możecie nazwać mnie frustratem, bo tak, jestem sfrustrowany tą niesprawiedliwością. Dziecka nikomu nie zrobiłem, a jednak muszę płacić na takie osoby ALIMENTY – bo inaczej nie można nazwać kasy, która idzie na cały socjal takich osób z pieniędzy podatników (w tym z moich), którzy od państwa NIC nie mają.
Jak ktoś nie wie, czemu to na anonimowe wrzucam – domyślcie się, jak by mnie zjechali w pracy, gdzie mamy kilka innych matek, gdybym się tak wypowiedział.
I tylko się zastanawiam: jakim cudem moja babcia za komuny wychowała sześć córek (w tym moją matkę), gdzie pomoc od państwa była śmiechu warta? A z dziadkiem zapierdalali w PGR-ze, a nie w pracy biurowej czy na „słuchawce”.
W reklamach telewizyjnych w większości występuje rodzinka. Tata, mama, dwoje dzieci (zazwyczaj).
Kiedy byłam mała, to myślałam, że producenci ze swoją ekipą jeżdżą po Polsce i wchodzą do domów, żeby wybrać super rodzinę do reklamy. Moi rodzice się rozwiedli i było mi bardzo smutno, że nigdy nie będę miała szansy wystąpić w reklamie.
Dodaj anonimowe wyznanie