#8A4Ci

Rozmawiałam z rodzicami kilka dni temu o tym, że jestem zmęczona opiekowaniem się, a raczej WYCHOWYWANIEM ICH DZIECI. Zapytałam, czy nie mogliby wziąć opiekunki, a ja wtedy wychodziłabym na dwór ze znajomymi, bo mam już 16 lat. W odpowiedzi usłyszałam, że chyba żartuję i nie będą wydawać pieniędzy, aby jakaś obca osoba opiekowała się ich dziećmi. I w dodatku planują kolejną ciążę... Wpadli także na świetny pomysł. Abym mogła utrzymywać kontakt z koleżankami, te mogą przychodzić i mi pomagać w opiece nad dziećmi, ewentualnie mogę wychodzić z koleżankami i brać rodzeństwo ze sobą. 
Przez to wszystko mam zwyczajnie dość swoich rodziców i swojego rodzeństwa. Nie jestem ich matką, żebym musiała się zajmować dziećmi przez całe wakacje!

#mhcOI

Nienawidzę jeść u mojej babci. Nie gotuje źle, ale kompletnie nie potrafi myć naczyń. Odkąd pamiętam, kiedy u niej przebywałam, dostawałam widelce oblepione kawałkami jedzenia z wczoraj, obiad był bogaty o sos z innego dnia i inne obrzydliwe rzeczy. Będąc starsza, przestałam jeść, gdy byłam u niej w gościach. Łamało jej to serce, bo „ale jak to, umrzesz z głodu, taki dobry obiadek zrobiłam!”. Zawsze po kryjomu starałam się chociaż umyć ten widelec, ale problem pojawił się wtedy, kiedy odkryłam, że u mojej babci nie ma płynu do naczyń. Jakiś czas później podejrzałam, że wszystkie naczynia, sztućce myje ona pod zwykłą wodą, jedynie płucząc, a czasem jeszcze przecierając palcami. Najgorsze, że czasami, gdy babcia nie widziała, mój dziadek dawał psom talerze do wylizania, a ona potem nieświadoma jedynie je przepłukiwała. Wstydziłam i nadal się wstydzę zwrócić jej uwagę, bo znając życie, uzna, że to nic takiego i przesadzam.

Do dzisiaj nie potrafię zjeść u babci, bo mam uraz do jej kuchni. Najgorsze jest to, że mój ojciec nabył po niej te zdolności i jego mycie naczyń wygląda w taki sam sposób, a później ja muszę wszystko od nowa szorować. To wszystko ma jeszcze jeden skutek – ciężko mi zjeść u kogoś, bo od razu wyobrażam sobie widok mojej babci, która obślinione, brudne naczynia płucze słabo płynącą wodą i boję się, że ten ktoś robi tak samo...

#4Onxm

Jestem młodą dziewczyną, niedługo ostatnie „naste” urodziny. Raczej niższa, szczupła i drobna, biust natomiast spory, podobnie jak pupa. Talia jak u osy, na nogi też nie narzekam, są bardzo zgrabne. Z twarzy również okej.
Nie jestem tutaj, by się chwalić. Jestem tutaj, bo chcę podzielić się z wami okropnym problemem, przez który nie mogę cieszyć się z wyglądu mojego ciała.
Włosy. Wszędzie włosy... Wszędzie.
I to nie byle jakie – czarne, grube i gęste. Od stóp do głów. WSZĘDZIE. Na palcach u stóp, na stopach, łydki, kolana, uda, pośladki, linia brzucha, piersi, całe ręce, nawet na brodzie... Włosy łonowe dosięgają 1/3 ud i do połowy brzucha. Tragedia, gorzej niż u niejednego faceta.

Ginekolog nawet mi nie dał dojść do słowa, stwierdził, że nieregularne miesiączki to norma u młodych kobiet (ale ludzie, nie u miesiączkujących jakiś 6 rok!!!), a trądzik to się leczy u dermatologa (co z tego, że żadne leki od dermatologa nie działały, o czym on wiedział). A te włosy to dlatego, że jestem szatynką.

Po goleniu skóra wygląda jak pole bitwy, ciągłe zapalenia mieszków włosowych, wrastanie włosów. Na środki chemiczne mam uczulenia, a wosk tylko zwiększa wrastanie się. Depilacja laserowa to moje marzenie, niestety zbyt drogie, by mogło się spełnić. Latem cierpię w spodniach. Nie mogę nawet odsłonić moich nóg, a tak bardzo bym chciała to zrobić. Nie mam już na to siły.

#diG7W

Mam 26 lat. Od zawsze wiodłam smutne życie. Rodzice pili, kłócili się, nie zajmowali się mną, bili, byliśmy biedni, i mogę podkreślić – bardzo biedni. Często chodziłam w tych samych, brudnych ubraniach, rozwalających się butach. Wiadomo, dzieciaki naśmiewały się ze mnie, co sprawiało, że zamykałam się w szkolnych toaletach i płakałam. Wiecznie przychodziła policja, nauczyciele zawiadomili opiekę społeczną, iż miałam ślady po uderzeniach, i ubrania, które nie nadawały się do noszenia. Nigdy nie miałam przyjaciółki ani nikogo, by pogadać, rówieśnicy omijali mnie przez cały czas. W domu nie miałam warunków do nauki i odrabiania lekcji – nie miałam biurka, do tego krzyki rodziców. Jednak zawsze miałam pasję, by się uczyć, na lekcjach zawsze uważałam, słuchałam, rodzice nie kupowali mi książek, więc przerwy spędzałam w bibliotece, czytając w nieskończoność. Była tam starsza pani, zawsze siedziała za biurkiem, czasem rozmawiałyśmy ze sobą. Pamiętam, jak pewnego dnia przyszłam z płaczem, ta pani wstała i przytuliła mnie. Pierwszy raz poczułam taką miłość... Powiedziała mi, i to pamiętam do dziś: „Kochanie, nie wiń siebie za nic, jeszcze przyjdzie czas, że będziesz szczęśliwa, ucz się i doceniaj życie, nieważne, jakie teraz jest” – i tym się kierowałam przez całe moje dorastanie. Pilnie się uczyłam, robiłam dodatkowe zadania po szkole, zawsze miałam 6 i 5 w dzienniku, zawsze miałam ambicje, by studiować medycynę, każdy się naśmiewał, że taka wieśniaczka nic nie zdziała, a tu dostałam się do klasy bio-chem, starałam się z całych sił. Gdy miałam 16 lat, mój ojciec upił się na śmierć, ale nie chcę o tym pisać, skończyło się tak, że moja mama popełniła samobójstwo z tego powodu. Jako młoda osoba nie mogłam sobie poradzić z tym wszystkim, więc sama próbowałam siebie zranić, trafiłam do domu dziecka, gdzie przeżyłam istne piekło, nie będę o tym pisać również, i tak zostałam tam do 18 roku życia.

Przez ten czas moje oceny z 5 i 6 spadły na 3. Wtedy przypomniała mi się pani z biblioteki. Po kilku godzinach płaczu uświadomiłam sobie, że muszę zmienić swoje życie, poprawiłam oceny, w wieku 18 lat znalazłam dorywczą pracę, wynajęłam mieszkanie, zdałam świetnie maturę, po roku dostałam się na studia medyczne, wybrałam specjalizację medyczną, i wiecie co? Poznałam kogoś, przy kim czuję się kochana, pewna siebie i szczęśliwa. Odwiedziłam trochę świata, co dodało mi odwagi, kto by się spodziewał :)

Kilka tygodni temu odwiedziłam moją starą szkołę, by odwiedzić panią z biblioteki, nie byłam tam kilkanaście lat, jednak kobieta umarła 3 lata temu. Jedyne czego w życiu żałuję, to że jej nigdy nie podziękowałam za to wszystko.

#w8PHi

Podstawówka mnie zniszczyła. Naprawdę zazdroszczę osobom, które dobrze wspominają podstawówkę, dla mnie to okres koszmarny. Bardzo wtedy cierpiałam. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, idąc do pierwszej klasy z nowym ślicznym plecakiem, który kupiła mi mama. Byłam pewna siebie, radosna, cieszyłam się, że to nowy etap. Myślałam, że znajdę nowych przyjaciół na resztę życia i że będzie to piękna przygoda. Miałam wygórowane oczekiwania.
Dzieciaki z mojej klasy nie przepadały za mną, nie pasowałam do nich. Nikt mnie nie lubił, nawet moja najlepsza koleżanka za mną do końca nie przepadała. Na początku byłam bita, później wyśmiewana, a na koniec wyzywana. Zrobiłabym wszystko, żeby mieć jakieś miłe wspomnienia z tym miejscem, ale nie umiem. Oczywiście były dni, gdy szłam szczęśliwa do szkoły, ale były one tak rzadkie, że nie jestem w stanie sobie przypomnieć ani jednego. Czułam się osamotniona i zwyczajnie bałam się rówieśników, nieważne co robiłam, oni nie potrafili mnie nigdy zaakceptować. To bardzo bolało, boli nadal.
Przez podstawówkę moja samoocena spadła na samo dno, pozostawiłam moje zainteresowania, przestałam lubić siebie. Było mi strasznie ciężko, czułam się gorsza od innych non stop. Moja psychika runęła przez te 8 lat. Szczerze i z głębi serca nienawidzę mojej byłej klasy. Przez nich czułam się samotna, przez nich ciągle płakałam, przez nich wstydziłam się siebie, przez nich byłam cały czas zła, bo nic nie mogłam zrobić. I naprawdę współczuje siedmioletniej sobie, bo takie duże rozczarowanie, jakie miałam z podstawówką, musiało być naprawdę trudne dla małej dziewczynki. Moja mama robiła wszystko, co było w jej mocy, żebym była zadowolona, naprawdę się starała, ale to nie zawsze dawało radę. Do tej pory pamiętam, jak płakałam co rano do mojej mamy, że nie chcę iść i czy mogę ten jeden dzień zostać w domu. 
Może to i samolubne, ale uważam, że zasługuję na przeprosiny, bo może i podstawówka się skończyła, ale okropne wspomnienia, trauma i ślady po cięciu się zostaną. Dałabym wszystko, żeby zapomnieć. Niedługo idę do nowej szkoły i się okropnie boję, że historia się powtórzy.

#tghAk

Wczoraj moja siostra postanowiła zrobić rodzicom prezent z okazji ich trzydziestej rocznicy małżeństwa. Jako że studiuje ona grafikę, przygotowała animowany pokaz zdjęć naszej rodziny, który zaprezentowała za pomocą projektora. Po „seansie” mama trochę kręciła nosem, że wybrano fotografie, na których źle wyszła. Tacie z kolei nie podobała się muzyka przygrywająca w tle. Młodszy brat porównał ten materiał do „taniego video z wiejskiego wesela”.

Najdziwniejsze jest to, że nikt nie zauważył, że na żadnym ze zdjęć nie było mnie.

#zBTbi

Całe życie przekonany byłem, iż jestem uzdolniony bardziej technicznie jak... powiedzmy humanistycznie. Informatyka, matematyka, fizyka trochę mniej, ale właściwie od czasów podstawówki wiedziałem, co chcę w przyszłości robić. Studia informatyczne, programistyka, a co dalej, to już za bardzo nie myślałem, gdyż przyszłość troszku nakreślona mi przez rodziców kończyła się na uzyskaniu tytułu.

Śmiech losu sprawił, iż dwa dotychczasowe moje podejścia na znanej, królewskiej uczelni w byłej stolicy nie poszły tak, jak chciałem. Za pierwszym razem wiadomo, wyzwolony spod opieki rodziców, nowe miasto, nowy start i nowa górka, żeby się stoczyć. Kij z tym, zapierdzielanie za grosze za granicą nauczyło mnie, że jak sam się nie ogarnę, to nikt mnie nie ogarnie. Kolejne podejście dwa lata później zawalone tym razem moim własnym wygodnictwem – robiłem ponad etat w znajomym sklepie z zielonym płazem, coby się całkowicie samodzielnie utrzymać na studiach, i troszkę mi brakło czasu na naukę.

A teraz, po niemal całym dotychczasowym życiu spędzonym na celowaniu w informatykę, programowanie i plucie sobie w twarz, bo kim tak w ogóle jestem bez papierka, wykształcenia, złożyło się tak, iż coś, co zacząłem całkowicie hobbystycznie, pozwoliło mi zarabiać.

Z pełnego ścisłowca stałem się autorem dwóch (teraz to nawet i trzech) nowelek. Z jednej strony pieniędzy wielkich w tym nie ma, ale z drugiej po niemal roku zapierniczania jak głupi i siedzenia długich godzin (jak się nie wybijesz jakością, to możesz ilością), jestem finalnie w sytuacji, w której mogę teoretycznie się utrzymać, a może nawet parę groszy odłożyć, pracując 3-4 godziny dziennie.

I tutaj zaczyna się problem.

Pisanie kocham. Zabiłbym za możliwość stabilnego utrzymywania się z pisania, jednak przy obecnym modelu biznesowym strony, na której piszę, zarobki są... zmienne. Mimo że chcę ponownie iść na studia (żeby mieć coś ala plan B), mimo że wszystko wygląda na to, że będzie mnie na to stać, boję się, że jeden-dwa gorsze miesiące i będę musiał rzucić pisanie w cholerę i iść do normalnej roboty.

I teraz mam dylemat. Iść na jakąś dupną informatykę w tanim mieście, coby mieć papierek i ogólny kierunek do rozwoju, czy celować w Kraków, miasto, które kocham i słaby, bo słaby, ale uniwerek.

Mimo tego, że obiektywnie patrząc, jestem jednym z niewielu, którym udało się zarabiać normalne pieniądze na pisaniu, gdy patrzę na innych, co zaczęli równo albo i długi czas po mnie, a w tym momencie zarabiają więcej niż kiedykolwiek, myślałem, że jest możliwe, nie jestem w stanie cieszyć się z tego, że spełniłem swoje marzenie i zarabiam na pisaniu, bo ciągle się boję, że i tak wsio się posypie.

#GEceO

Jestem ze swoją dziewczyną bardzo blisko. W związku tkwimy od 3 lat, od pół roku wspólnie wynajmujemy małe mieszkanko. Jest mi z nią wspaniale i bardzo ją kocham, ale zanim z nią zamieszkałem, nie byłem świadomy jej zwyczajów. Wiadomo, każdy ma swoje przyzwyczajenia, ale powiedzcie mi, proszę, czy to nie jest dziwne…

Moja dziewczyna boi się ciemności. Często miewa koszmary i za każdym razem, gdy wstaje w nocy do toalety, boi się pójść sama. W efekcie budzi mnie w środku nocy i prosi, żebym ją zaprowadził. Niby nic złego, na początku wydało mi się to rozczulające i urocze. Jednak szybko przekonałem się, że nie jest. Każdej nocy, punkt o 2.00, ona budzi się i wali mnie poduszką, żebym wstał. Już nie prosi, a drze się: „Na co czekasz, przecież wiesz, że to moja godzina!”, po czym idę z nią do toalety. Nie czekam przed drzwiami, każe mi wchodzić ze sobą do środka. I za każdym razem robi kupę! Co noc o tej samej porze muszę przerywać sen, żeby siedzieć z dziewczyną przez 20 minut w kiblu i słuchać jej jęków podczas wydalania (ma zaparcia). Nie wspomnę już o zapachu.

Jakoś ta cała sytuacja sprawia, że miłosna aura zaczyna ustępować miejsca „kupnej” aurze. Co robić? Świecić światła w całym domu przez całą noc? Pomocy!
Dodaj anonimowe wyznanie