#MKwda

Mieszkam i pracuję poza Polską. Ostatnio do firmy przyszedł Polak, który mówi wyłącznie po polsku, a jako że jestem jedyną osobą, z którą może się dogadać, trafił do mnie na szkolenie. I nie mam pojęcia, co zrobić. Facet się stara, widać, że bardzo chce robić. Próbuje pomagać, co chwila pyta, co robić, i to jest OK. Ale zupełnie nie jest OK sposób, w jaki wykonuje zadania.

Tłumaczę mu dokładnie, co i jak ma zrobić, pytam, czy rozumie, i na końcu okazuje się, że zrobił tylko część zadania, bo poszedł komuś pomóc, i mu się zapomniało, albo coś tam innego. Zadania są proste, jedno na raz, nic, czego by nie zrobił bez doświadczenia.

Wiem, że jest mu ciężko, nasza firma jest z gatunku tych dla lubiących wyzwania, pracujemy w grupie i każdy trybik jest ważny. Jeśli jeden element nie zostanie wykonany, wszyscy stoją, po prostu. Znaczy, nie stoją, tylko nadrabiają braki, żeby ruszyć dalej. Nasz nowy kolega tego nie rozumie, tłumaczenia nic nie dają, a został mu tydzień, żeby udowodnić, że się nadaje. A ja się źle czuję z myślą, że prawdopodobnie będę musiała dać mu negatywną opinię.

#Juv13

Dopiero wczoraj zauważyłam, jakiego mam wspaniałego tatę.

Zaczął mi się okres. Standardowo - ból brzucha, zły humor itd...
Tata wrócił z pracy późnym wieczorem. Kiedy zobaczył mnie w starym dresie i rozmazanym tuszu do rzęs, o nic nie pytał, tylko wyjął z lodówki dwa pudełka lodów i do nocy oglądał ze mną "Epokę lodowcową" :D

Kocham Cię, tato! :))

#hG1ZI

Działo się to w pracy, na produkcji. Robota nudna i monotonna, ale usłyszałam tam wiele historii życia ludzi, niektórych niekoniecznie chciałabym wiedzieć. To właśnie jedna z nich.

Codziennie było się na innych maszynach z innymi ludźmi, bo niemal nikt nie pracował tam na tyle długo, żeby być tam na stałe. Przeważnie dorabiali sobie studenci albo ludzie tuż przed emeryturą lub też w jej trakcie.
Co było robić? Jak maszyna była w porządku i praca szła płynnie, można było sobie z kimś pogadać. Jedna babka obok mnie zagaiła rozmowę, zeszło jakoś na temat tarota, co skłoniło ją do opowiedzenia własnej historii. Podobnież była znaną wróżką i uwielbiała wróżyć z kart.
Pewnego razu poszła do kościoła i z ciekawości spytała księdza co sądzi o tarocie, czy czasem nie robi jakiegoś grzechu? Przerażony ksiądz zaprosił ją do jakieś grupy, gdzie ludzie się modlili zdecydowanie więcej niż powinni... Poszła tam i okazało się, iż magia to grzech ciężki! I żeby zmyć go z siebie, musi spalić karty!
Wszystko spoko, jakby historia się tu kończyła. Ale nie.

Babka miała jeszcze syna.
Ów syn był fanem metalu, posiadał wiele płyt, niektóre pożyczone od kolegów, wiele miało autografy. Syn był dumny ze swojej kolekcji i często opowiadał matce o swojej pasji, muzyce. Starał się nie słuchać tego przy mamie na głośnikach, tylko na słuchawkach. Niestety ciekawska matka chciała w końcu się dowiedzieć czego słucha jej syn, skoro tyle razy się chwalił.
Puściła i usłyszała "wycie diabła, biesa, lucyfera, z czeluści piekieł, niczym darcie się grzeszników w kotle podgrzewanym gwiazdą zaranną"... Jej opis na pewno brzmiał lepiej, niż mój teraz, bo się wtedy lekko zapętliła...
Pomyślała, że to jej wina, że jej grzech spłynął też na syna i musi go uwolnić. Wzięła wszystkie płyty, karty tarota i inne magiczne przedmioty z domu i spaliła wszystko.

Kiedy syn wrócił ze szkoły, czy gdzie tam był, matka dumna pokazała gasnące ognisko i spalone płyty. Syn zaczął tak wyć, że babka podejrzewała, że ogień musiał rzeczywiście wygnać szatana z jego ciała i dumna z siebie chwaliła się później udanym egzorcyzmem.
Syn miał tak puste spojrzenie po tym, nie odzywał się wiele dni, ale babka sądziła, że to po prostu spłynął na niego spokój. Nie wiem, co później się z nim działo, później tej babki już nie widziałam.

#mEK4l

Historia zdarzyła się, kiedy byłem w piątej klasie podstawówki.

W naszej szkole miała być dyskoteka z okazji pożegnania klas szóstych.
W trakcie dyskoteki dla żartów powiedziałem pani Kowalskiej, że pan Nowak chciałby z nią zatańczyć...

Zatańczyli i chyba się sobie spodobali. Dzisiaj składałem im życzenia z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. :)

#q2Bbs

Nie mam prawie żadnych znajomych, nie wspominając o przyjaciołach.

Wszystko zaczęło się jeszcze w podstawówce. Nie dość, że byłam pulchna, to miałam również bogatych rodziców. A moi rówieśnicy uznali to za zbrodnię.

Kiedy miałam 13 lat zdarzyło się coś, co po dziś dzień uznaję za najlepsze co mogło mi się przydarzyć. Moja mama urodziła mojego brata. Jedyną poza rodzicami osobę, która stała się dla mnie całym światem.

Nigdy nie miałam też dobrych kontaktów z dziadkami od strony taty. Rodziców mamy nigdy nie poznałam, zmarli przed moimi narodzinami.

W gimnazjum było równie uroczo jak w podstawówce, bo i ludzie praktycznie ci sami. Jeśli ktoś chciał się ze mną zapoznać, natychmiast go "naprostowywano".

Później przyszedł czas na liceum. Tutaj już ludzie byli inni, ale z kolei ja się zmieniłam. Nie ufałam nikomu. Jedyne rozmowy jakie odbywałam w szkole to te z nauczycielami.

W klasie maturalnej stało się coś, co jeszcze pogłębiło moje wycofanie. Moi rodzice mieli bardzo poważny wypadek. Tir wjechał w bok ich samochodu. Nie mieli żadnych szans. Ja miałam 19 lat, mój brat 6.

Teraz powinno nastąpić wielkie pojednanie z rodziną, ale nie nastąpiło. Solą w ich oczach jest fakt, że byłam jedynym spadkobiercą moich rodziców, oczywiście do podziału z bratem. A było tego naprawdę niemało.

Wyrokiem sądu brat został ze mną, co było do przewidzenia, bo nikt z mojej rodziny i tak go nie chciał.

Jakimś cudem udało mi się zdać maturę i dostać na studia z indywidualnym tokiem nauczania. Został mi ostatni rok nauki, ale było naprawdę ciężko.

Starałam się wychowywać brata najlepiej jak umiałam i poświęcałam mu praktycznie cały wolny czas.

Mimo tego wielokrotnie spotykały mnie przykrości, niekoniecznie usłyszane od starszych osób. Często byli to ludzie z mojej uczelni, bo nie widziałam powodu, żeby zwierzać się kompletnie nieznajomym osobom. Przez co niejednokrotnie słyszałam, że za swoje błędy muszę płacić, skoro chciało mi się puszczać.

Ale niczego nie żałuję.

Mój brat jest mądrym i czułym dzieckiem i udało mu się to, co nigdy nie udało się mi. Ma przyjaciół i kolegów, nie jest cichy i zamknięty w sobie. Kocha mnie i bardzo często to powtarza.

W tej chwili ja mam 23 lata, a on 10. Nie żałuję żadnej z podjętych decyzji. Chciałam tylko komuś o tym opowiedzieć, bo jedyne osoby, które mają pełen obraz sytuacji w ogóle się do nas nie przyznają i nie utrzymują kontaktów.

Dziś jest 4. rocznica śmierci naszych rodziców.

#w8PHi

Podstawówka mnie zniszczyła.

Naprawdę zazdroszczę osobom, które dobrze wspominają podstawówkę, dla mnie to okres koszmarny. Bardzo wtedy cierpiałam. Pamiętam jak bardzo się cieszyłam idąc do pierwszej klasy z nowym ślicznym plecakiem, który kupiła mi mama. Byłam pewna siebie, radosna, cieszyłam się, że to nowy etap. Myślałam, że znajdę nowych przyjaciół na resztę życia i że będzie to piękna przygoda. Miałam wygórowane oczekiwania.
Dzieciaki z mojej klasy nie przepadały za mną, nie pasowałam do nich. Nikt mnie nie lubił, nawet moja najlepsza koleżanka za mną do końca nie przepadała. Na początku byłam bita, później wyśmiewana, a na koniec wyzywana. Zrobiłabym wszystko żeby mieć jakieś miłe wspomnienia z tym miejscem, ale nie umiem. Oczywiście były dni gdy szłam szczęśliwa do szkoły, ale były one tak rzadkie, że nie jestem w stanie sobie przypomnieć ani jednego. Czułam się osamotniona i zwyczajnie bałam się rówieśników, nieważne co robiłam, oni nie potrafili mnie nigdy zaakceptować. To bardzo bolało, boli nadal.

Przez podstawówkę moja samoocena spadła na samo dno, pozostawiłam moje zainteresowania, przestałam lubić siebie. Było mi strasznie ciężko, czułam się gorsza od innych non stop. Bardzo potrzebuje wyżalenia się o tym tutaj bo się kurwa męczę. Chciałabym móc z kimś o tym porozmawiać na głos, ale się boje. Moja psychika runęła przez te 8 lat. Szczerze i z głębi serca nienawidzę mojej byłej klasy. Przez nich czułam się samotna, przez nich ciągle płakałam, przez nich wstydziłam się siebie, przez nich byłam cały czas zła bo nic nie mogłam zrobić. I kurwa naprawdę współczuje siedmioletniej sobie, bo takie duże rozczarowanie jakie miałam z podstawówką musiało być naprawdę trudne dla małej dziewczynki.

Jak chodziłam do piątej klasy grożono mi nawet gwałtem. Moja mama robiła wszystko co było w jej mocy żebym była zadowolona, naprawdę się starała, ale to nie zawsze dawało radę.

Do tej pory pamiętam jak płakałam co rano do mojej mamy, że nie chcę iść i czy mogę ten jeden dzień zostać w domu. Może to i samolubne, ale uważam, że zasługuję na przeprosiny, bo może i podstawówka się skończyła, ale okropne wspomnienia, trauma i ślady po cięciu się zostaną. Dałabym wszystko żeby zapomnieć. Za tydzień idę do nowej szkoły i się okropnie boję, że historia się powtórzy.

#ie7Or

Ludzie piszą o zabawkach w dorosłym życiu, no to ja też.

Lat miałem może 6, siostra z 4. Rodzice kupili siostrze maskotkę, jeża. Taki wielkości pomarańczy, brązowe "kolce", niebieski pyszczek, wyszyty czarnymi nićmi nosek, oczka czarne, plastikowe. No to mały ja MYK, jeż jest mój. No i wojna, oboje płaczemy, że chcemy jeża. No to rodzice kupili nowego, podobnego, ale niebieskawy. No i znowu wojna. Tak do chyba czwartego jeża, potem siostra się przerzuciła na kotki.

No ale ona ciągle się rozmyślała, a ja ciągle, że chcę jeżyka. Wakacje nad morzem? Jeż z bursztynami. Wyjazd na narty? Jeż-narciarz. Znowu nad morze? Jeż z muszelkami. Każdy napotkany pluszowy jeż też musiał być mój.

Wszyscy wiedzą, jak bardzo kocham jeże. Moja dziewczyna zawsze też mi jakieś kupuje. Za kilka(naście) lat mój syn pewnie wrzuci do Internetu historię "mój stary to fanatyk jeży, cały dom zawalony jeżami". Na drodze jak widzę rozjechanego jeża, to się zatrzymuję i spycham go na pobocze, żeby spoczął we "względnym" spokoju. Ostre hamowania przed jeżami to też norma. Spotkam jeża w parku? Biorę go i bronię przed psami. 1% z podatku odprowadzam na fundację "Jerzy dla Jeży". No po prostu kocham jeże.

Teraz jak to opisuję, to w zasięgu wzroku mam 14 jeży (zabawek). W aucie jeżdżą ze mną 3. KAŻDY ma imię i funkcję w mojej "jeżowej społeczności". Jest jeż prezydent, jeż rajdowiec, jeż policjant, mam nawet takiego, co chyba miał służyć jako zabawka edukacyjna "jak rodzą się dzieci" - ma kieszeń na małe jeżyki w wiadomym miejscu. Marzę o małej hodowli jeży pigmejskich. Mam ponad 20 lat, nie zasnę bez przynajmniej jednego z nich obok mnie, kilka mam takich, co robią za poduszkę, pościel w jeże też mam.

Dziewczyna na szczęście to akceptuje i śpimy w trójkę, a nawet w czwórkę i piątkę :)

#j4uXB

Przedstawię wam moją kuzynkę, Natalię. Jest dla mnie jak siostra, jej mama jest siostrą mojego taty i mieszkałyśmy za dzieciaka obok siebie - ona w domu rodzinnym mojego taty, my w wybudowanym na sąsiedniej działce domku. Jest ode mnie rok starsza.

Kiedy byłyśmy dziećmi, co niedzielę należało grzecznie dreptać do kościoła, obowiązkowo roraty, drogi krzyżowe, sypanie kwiatów w oktawie Bożego Ciała itd. Dorośli bardzo tego pilnowali, jednak nie było to ze strony naszych rodziców czy dziadków wymuszane - tak byłyśmy nauczone i nikt z tym nie dyskutował, ot zwykła niedziela dzieci z lat 80/90 - rano Hugo, potem msza, na obiad rosół i schabowy przy Familiadzie.

Minął czas, dorosłyśmy, wyszłyśmy za mąż. Kuzynka z mężem długo starali się o dziecko, jedno stracili, więc kiedy okazało się że Natalia jest w ciąży oboje oszaleli ze szczęścia. Jednak u Nati poszło to trochę za daleko - uznała, że ciąża, w dodatku bliźniacza to cud, sam Bóg ujrzał jej rozpacz i pragnienie macierzyństwa i wysłuchał modlitw. Od tej pory zamieniła się w takiego mohera w skórze 30-latki, kiedy się widziałyśmy potrafiła na przykład spytać czy byliśmy w kościele, a jeśli nie, to dlaczego. Sama w maju nie opuściła ANI JEDNEGO nabożeństwa.

Kiedy urodziła dwie śliczne dziewczynki, zabroniła nawet swojemu mężowi tak zwanego "pępkowego" - powiedziała mu, że trzeba iść do kościoła Bogu dziękować za dzieci, a nie z kolegami na wódkę.

Ich dziewczyny już od małego są uczone pościć w piątek, modlić się, ale co do tego nie mogę mieć pretensji bo to w końcu jej dzieci. Gorzej, że kiedy się widujemy potrafi powiedzieć moim synom (7 i 5 lat), że "Bozinka jest zła, bo nie byliście w kościółku", albo przepytywać starszego jak ksiądz na katechezie z pacierza, przykazań itd.

Dzieci i mąż zaczynają mi się buntować, niechętnie jadą ze mną do kuzynki, młody ostatnio zapytał o Boży Gniew - serio, nastraszyła czterolatka Apokalipsą... Ja też jestem wierząca, ale moim dzieciom przedstawiam Boga jako dobrego ojca, troskliwego i opiekuńczego, a nie zagniewanego na dziecko, które opuściło mszę lub miało ochotę na kanapkę z szynką w piątek. Nie jesteśmy święci, nie chodzimy w każdą niedzielę na mszę, ale staramy się wychować synów na dobrych ludzi. Natalia jednak stawia Kościół na pierwszym miejscu i nijak nie możemy się w tej dziedzinie porozumieć.

Nie ma w tej historii nic anonimowego, może jednak ktoś z was jest w podobnej sytuacji i podpowie jak zachować bliskie relacje z kuzynką, a jednocześnie pozostać przy swoich przekonaniach.

#FGbGY

2 lata temu lekarz poinformował mnie o tym, że już nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Zaczęłam chorować na depresję, bo zawsze pragnęłam być mamą, nigdzie nie wychodziłam, tylko płakałam całymi dniami. Mój mąż był bezradny, próbował mi pomóc, podnieść i wyleczyć z tej depresji, i jakoś mu się to w końcu udało. Pogodziłam się z tym i próbowałam zacząć normalnie żyć.

Dziś dowiedziałam się, że jestem w 3 miesiącu ciąży. Lekarz był w szoku. Uwierzcie, że nigdy tak bardzo nie płakałam ze szczęścia jak dziś.
Cuda się zdarzają.
Dodaj anonimowe wyznanie