#Tlwti

Kiedy rodzice budowali dom, praktycznie mieszkałam u babci. Miałam wtedy jakieś 5-6 lat. Umiałam już jako tako czytać, a babcia miała całkiem sporo książek dla dzieci z lat 50. Czytałam jedną po drugiej, bo w okolicy nie było żadnych dzieci, z którymi mogłabym się bawić.

O tym, że nie żyjemy już w Polskiej Republice Ludowej i że raczej nigdy nie zostanę przodownikiem pracy w kopalni, dowiedziałam się dopiero w szkole.
Gro9 Odpowiedz

Ale powiedz: ucieszyłaś się czy zasmuciłaś ??

(to nie jest pytanie dla żartu, w latach 50tych w gazetach i książkach było tak wiele propagandy sukcesu komunizmu że ciekaw jestem czy sprał tak małemu dziecku mózg)

Zihat Odpowiedz

Spokojnie, kopalnie dalej funkcjonują, więc nie jest za późno ;)

Zobacz więcej komentarzy (5)

#f67R4

Cierpiałam na bezsenność. Jej powodem była trauma - byłam wielokrotnie molestowana w dzieciństwie. Chodziłam do kilku terapeutów, brałam leki nasenne, uprawiałam sport do wycieńczenia, ale nic nie pomagało mi zasypiać.

Pewnego dnia mój mąż przesunął łóżko do ściany, u nóg postawił szafę, a sam położył się od zewnątrz. Od kiedy łóżko jest zagrodzone z każdej strony, śpię jak niemowlę.

Tyle lat męczyłam się z tą przypadłością, a tak banalne rozwiązanie, którego nie był w stanie zaproponować żaden terapeuta, okazało się rozwiązaniem problemu.
Postac Odpowiedz

Dopiero w takich warunkach czujesz się bezpiecznie. Proste rozwiązanie, a trudne do wymyślenia

Odpowiedzi (1)
HoustonNaZadupiu Odpowiedz

Cierpielismy z mezem na bezsennosc w nowym mieszkaniu. Wystarczylo, ze przestawilismy lozko w taki sam sposob jak bylo w poprzednim lokum i dolegliwosci ustapily 🤗

Zobacz więcej komentarzy (6)

#tpk9N

Ostatnio wyprowadziłam się na swoje, ponieważ denerwował mnie religijny fanatyzm moich rodziców. Nie akceptowali tego, że nie wierzę w Boga. Teraz jestem szczęśliwa, gdyż nikt nie zmusza mnie do chodzenia na poranną mszę czy modlitwę dziesięć razy dziennie.

Kilka miesięcy po tym moi rodzice postanowili mnie odwiedzić. Wpuściłam ich, porozmawialiśmy. W pewnym momencie tata poprosił mnie, żebyśmy się przeszli - okej. Poszliśmy do parku nieopodal. Mama nie poszła z nami, powiedziała, że źle się czuje i że się położy.

Podczas rozmowy tata prosił, bym wróciła do domu, ale ja kategorycznie odmówiłam - nie miałam zamiaru wracać do starych czasów. Tata pomruczał coś pod nosem, potem poszedł kupić nam lody i znów próbował mnie przekonać, ale byłam nieugięta. Wróciliśmy do domu.

Myślałam, że zejdę na zawał po przekroczeniu progu.

Na ścianach już nie wisiały obrazy, które powiesiłam. Wisiały jakieś religijne malowidła i święte krzyże.
Moja cała kolekcja książek o Wiedźminie i jeszcze kilka innych fantasy paliła się słodko w kominku.
Na stole nie stał już bukiet świeżo kupionych kwiatów, tylko jakaś figurka Jezusa.
Moja szafa też na tym ucierpiała - wszystkie koszulki, które nie spodobały się mojej mamie (miałam kilka koszulek z różnymi "zakazanymi symbolami" i Harrym Potterem) zostały pocięte. Tanie one nie były.

Nie wytrzymałam. Zrzuciłam wszystkie obrazy ze ścian, figurką rzuciłam w matkę i natychmiast wygoniłam ich z domu, a drzwi zamknęłam na klucz. Ostatni raz wpuściłam rodziców do domu.

Nie wiem, co mam o tym myśleć. Dzięki moim rodzicom straciłam około czterysta złotych. Oprócz tego straciłam do nich zaufanie i cały szacunek. Chce mi się ryczeć.
DeathFairy Odpowiedz

400zł na kolekcję książek, kilka koszulek i obrazów? Coś za tanio.

Odpowiedzi (8)
Keira1983 Odpowiedz

Niech zwrócą spalone książki. W zębach niech nowe przyniosą

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (24)

#UP7C9

Mieszkamy z mężem z teściami od dwóch lat, za kilka miesięcy się wyprowadzamy. Teść jest alkoholikiem/pijakiem, teściowa i reszta rodziny (oprócz mojego męża) wykazuje typowe objawy współuzależnienia. Teść długo nie pił, był po zawale, niestety jakieś pół roku temu znowu zaczął pić. Jest z tych awanturujących się alkoholików, więc możecie sobie wyobrazić co się działo w domu, zwłaszcza,że mamy roczne dziecko (które już zaczyna rozumieć co się dzieje). Ponieważ i tak wyprowadzić mieliśmy się w ciągu najbliższych miesięcy, postanowiliśmy zacisnąć zęby i zaczekać (nie było innej możliwości).

Dwa miesiące temu teść poważnie zachorował, jest częściowo sparaliżowany. Teraz wszyscy się nad nim użalają, jaki on biedny, taki zdrowy chłop był, a tu choroba z niczego itp. Każdy też żałuje teściowej, bo musi się nim opiekować (choć jego picie jest po części z jej winy, zawsze na to pozwalała). A ja się cieszę. Cieszę się, że już nie ma w domu awantur, że nikt nie musi się codziennie bać w jakim stanie on wróci do domu, nie trzeba go szukać po całej wiosce, żeby pijanego przywieźć do domu (zawsze robiła to teściowa). Cieszę się, że zachorował, w ogóle mu nie współczuję (czasem tylko teściowej, bo widzę jak się męczy). Ale w stosunku do teścia nie ma we mnie nawet odrobiny współczucia, zrozumienia. Nikomu tego nie powiem, ale nawet nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Jestem zła.
Anonimowy09 Odpowiedz

Uważam że ludzie którzy nie szanują swojego zdrowia, nie zasługują na nie, masz dobitny przykład tego.

wolves Odpowiedz

Nie jesteś zła. Człowiek, który żyje z awanturującym się alkoholikiem przestaje na niego patrzeć jak na człowieka. Tym bardziej, że jego choroba nie wzięła się z nikąd. Wcale się Tobie nie dziwię i całkowicie rozumiem.

Zobacz więcej komentarzy (14)

#EN5h9

Najbardziej przykrą rzecz, jaką ktokolwiek mi powiedział, usłyszałam od męża. Podczas kłótni stwierdził, że wstyd mu ze mną chodzić za rękę po ulicy, ponieważ jestem aż tak gruba. Co by nie było, miałam siedem kilo nadwagi po urodzeniu dziecka. Serce mi po prostu pękło. Pomimo tego, że przeprosił i powiedział, że tak nie myśli, ja już nie potrafię z nim normalnie obcować. Zawsze mam z tyłu głowy to, co powiedział. Nawet gdy mnie komplementuje, to uważam to za kłamstwo, gdy stara się mi doradzić, odbieram to jako atak. Przy czym cały czas mi mówi, że robię z igły widły, że powiedział to dwa lata temu, a ja nadal to przeżywam... I nie wiem, czy to ze mną jest problem, ale siedzi to we mnie cały czas. Nie chcę się rozstawać, ponieważ mamy dzieci, na co dzień jest cudownym mężem. Tu chodzi po prostu o moje nastawienie, o te słowa, które nie chcą wyjść z mojej głowy.

Może się to wydawać błahe. Jedno zdanie na całe lata małżeństwa, narzeczeństwa i związku, ale bardzo mnie to dotknęło. Nie czuję się już atrakcyjna. Wróciłam do dawnej wagi, ale wciąż czuję się jak pełzające monstrum. Za rękę już też z nim nie chodzę, wolę wziąć córeczkę na ręce jak widzę, że mąż wystawia w moją stronę dłonie. Wiem, że jemu też jest przykro z tego powodu i to ja powinnam się ogarnąć, wziąć w garść i zapomnieć. Ale cały cholerny czas mam to w głowie.
sznurowka Odpowiedz

Rozumiem Cię, nawet nie wiesz jak bardzo! Na początku studiów usłyszałam od byłej już przyjaciółki, że mam twarz jak karpatka (takie pofałdowane na wierzchu ciasto). Fakt, miałam wtedy dość poważny trądzik. Nigdy w życiu nie było mi tak przykro jak wtedy. Do dziś jak ktoś mi się przygląda to mam wrażenie, że z pogardą, a trochę wody już upłynęło.

Odpowiedzi (1)
mitochondrion Odpowiedz

Współczuję i nie dziwię ci się w sumie. Mnie też by zabolało

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (44)

#3CbV5

Mój brat zawsze był strasznie zaniedbany. Uważam, że nie jest brzydki, ma naprawdę śliczne rysy, ładne błękitne oczy i gęste brązowe włosy. Jednak kompletnie nie potrafi o siebie zadbać. Ostatnio płakał mi w ramię, że nigdy nie miał dziewczyny, że żadna go nie chce. Prosił też mnie o pomoc. Jako dobra młodsza siostra chciałam mu pomóc, jednak on na wszytko reagował krytyką.

Dopiero teraz zauważyłam, jak wypaczony ma obraz męskości. Regulacja brwi nie (no tak lepiej chodzić z klocami), maseczka nie (co tam pryszcze, mazidła są dla bab i tyle!), zgolenie kilkudniowego zarostu też nie. Brat zapierał się w każdy możliwy sposób. Nie rozumiał, że powinien się myć codziennie, częściej myć włosy czy używać kremu do twarzy. Przecież to taaakie niemęskie!

Czy naprawdę minimalne dbanie o siebie odbiera wam męskość? Serio, panowie?
Martynozaur Odpowiedz

Podejrzewam że to nie tylko z wyglądem jest problem, ale z charakterem :v

Odpowiedzi (1)
KryzysTworczy Odpowiedz

Kontra dla ostatniego wyznania o "niemęskich" facetach :')

Zobacz więcej komentarzy (19)

#oN5Z4

Praktycznie już od końca podstawówki bałam się, że skończę z facetem takim, jak mój ojciec. Omijałam szerokim łukiem wszystkich, którzy przejawiali jakieś podobieństwa.
Ostatnio uświadomiłam sobie, że jestem zaręczona z męską wersją mojej matki.
Whereru Odpowiedz

A to dobrze czy źle?

Odpowiedzi (1)
Jawiem1210 Odpowiedz

Gdy ja powiedziałam, że mój chłopak charakterem jest podobny do mojego taty, to mama od razu kazała mi z nim zerwać. xD Żeby nie było, oni wyglądali na zgrane małżeństwo, a mama rozpaczała po jego śmierci.

Odpowiedzi (8)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#HLaIS

Mieszkam na starym rynku, gdzie zawsze jest masa gołębi. Lubię biegać i zazwyczaj przeganiam je biegnąc tak jakby ich nie było, a one uciekają.

Ostatnio byłem u kuzynki na wsi i to samo chciałem zrobić ze stadem gęsi. Tylko że nie wiedziałem, że gęsi w przeciwieństwie do gołębi nie uciekają - atakują...
KryzysTworczy Odpowiedz

W moim mieście gołębie są tak głupie, że już nawet nie uciekają. Zawsze kiedy jadę rowerem muszę je wymijać, żeby na cholery nie wjechać :/

Odpowiedzi (7)
Suomen Odpowiedz

No widzisz, a dla wielu kogutów to i w miejscu mógłbyś stać, a i tak by się na Ciebie rzuciły :D
Swoją drogą, ile Ty masz lat, że bawi Cię bieganie za przerażonymi ptakami? Osiem?

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#7avvX

Od zawsze byłam społecznikiem, mnogość młodszego rodzeństwa, kolonijne i obozowe wyjazdy (najpierw jako podopieczna, a potem wychowawca), sporo czasu spędzonego w szpitalach i sanatoriach we wczesnej podstawówce, mój temperament, charakter, to wszystko sprawiło, że mam w sobie sporo empatii, wrażliwości na krzywdę innych. Często potrafię zrezygnować z siebie, odłożyć swoje potrzeby, by innym było lepiej. Najczęściej to do mnie wraca, czasem trafiam na niewdzięczne pijawki, ale ogólnie lubię to w sobie i nie poddaję się.

Po szkole średniej naturalną koleją rzeczy były studia pedagogiczne, poszłam na nie z powołania, ze świadomego wyboru i cieszyłam się zdobywaną tam wiedzą.
Po studiach trochę wolontariatu, trochę pracy za granicą, aż w końcu miałam marzenie osiąść w Polsce i dostałam pracę w domu dziecka.

Pracuję tu od dwóch lat i niejedno już widziałam. Wychowawca nie jest nauczycielem, nie dotyczą go wszystkie przywileje pt. Karta Nauczyciela, całe wakacje wolne itp. Moje dyżury to także weekendy, święta, sylwester czy 3 maja. Wiedziałam o tym i nie przeszkadzało mi to. Muszę być też nauczycielem wszystkiego: czasem przyjdzie dzieciak z podstawówki z prośbą o pomoc w odrobieniu zadania z angielskiego, czasem gimnazjalista z matematyką, licealista, który nie radzi sobie z napisaniem wypracowania, trzeba pomóc i muszę mieć jako taką wiedzę. Jestem pielęgniarką: dzieci przyjeżdżają do nas często z interwencji, z niewyobrażalnych warunków. Zdarzyło mi się odwszawiać podopiecznych, robactwa było tak wiele, że skakało mi na ubranie. Musiałam smarować dzieci maścią na świerzb, pilnować brania tabletek antykoncepcyjnych, podawać lek na robaki. Jestem rodzicem, psychologiem, który musi pocieszyć, dodać odwagi, pomóc w poradzeniu sobie z niejedną traumą. Jestem policjantem, który musi też czasem ukarać, dopilnować wykonania testu na narkotyki.
Mój dyżur nie kończy się z wybiciem określonej godziny, często muszę zostać dłużej, bo przedłużyła się wizyta u lekarza, jestem na szkolnych przedstawieniach moich podopiecznych (i nikt mi za to nie płaci, dyrekcja stwierdziła, ze może to być najwyżej wolontariat), zostaję dłużej, gdy dzieciak coś przeżywa i chce ze mną rozmawiać.

Wynagradzają mi to uśmiechy dzieciaków, ich "jest ciocia najlepszą ciocią na świecie" i serce mi pęka, bo mogę pracować tam tylko do końca miesiąca. Kocham te dzieciaki, ale przy pensji 1860 zł (netto) nie utrzymam się w Warszawie. Wiem, ludzie pracują za mniej, ale po pierwsze jestem sama i nie wystarcza mi to na życie, a po drugie czy chcę tak wiele za lata włożone w moją edukację, za pełnienie dość ważnej przecież roli społecznej? Czy godna pensja to coś wielkiego?
W ciągu tych 2 lat mojej pracy przez naszą placówkę przewinęło się kilkanaście osób, pensja sprawia, że fajni wychowawcy odchodzą, tracą na tym dzieci, ale co mogę zrobić?
szinigami Odpowiedz

Bo widzisz, do takiej pracy jak Ty idzie się zazwyczaj z powołania. Mało kto ma ochotę mieć do czynienia z zaniedbanymi dziećmi i nadmiarem obowiązków. Dlatego pensje są i będą niskie - po prostu najzwyczajniej w świecie wykorzystuje się powołanie takich społeczników, wiedząc, że i tak nie zmienią zawodu (albo zmienią dopiero po pewnym czasie) na lepiej płatny, bo tylko w tym konkretnym się odnajdują. Oczekuje się od was, że wystarczy wam niska pensja, a resztę wynagrodzi wam przysłowiowy uśmiech bombelka
Ci, którzy sobie to zaplanowali są okrutnymi, ale jednocześnie niezwykle łebskimi ludźmi.

Odpowiedzi (3)
Stayweird Odpowiedz

Proponuję zrobić zrzutkę pieniędzy, żeby te wszystkie osóby, które są za pro life i "najwyżej oddasz do domu dziecka jak urodzisz" w końcu pomogły tym wszystkim dzieciom o których życie tak walczą.

Odpowiedzi (6)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#vRIh5

Mam 24 lata i niedługo kończę studia informatyczne na dość dobrej uczelni. Dodatkowo pracuję już w zawodzie za dobre pieniądze.

W dzieciństwie zawsze lubiłem chodzić na wesela - głównie dlatego, że bardzo dobrze bawiłem się do biesiadnych i tanecznych piosenek. Widziałem też jak weselnicy świetnie się do tej muzyki bawią i zawsze jest pełny parkiet. Moim marzeniem było założenie takiego zespołu i granie na weselach. W wieku 14 lat byłem na ostatnim weselu, na następne musiałem czekać 10 lat. Przez ten czas o tym marzeniu się "zapomniało", gdyż inne sprawy miałem na głowie.

Po 10 latach przytrafiła się impreza u kuzynki. Wiejskie wesele, 250 osób, zespół starszych facetów, którzy śpiewali klasyki jak "Wódko ma", "Wesele, hej wesele", "Ja do lasu nie pojadę" czy "Cyganeczka Zosia". Do tego granie przy stołach biesiad i przyśpiewek. Zespół robił przerwy tylko jak nie było nikogo na parkiecie.

To była najlepsza impreza, na jakiej kiedykolwiek byłem, zostawiając w tyle imprezy klubowe i inne tego typu. Spore grono gości również podzielało moją opinię. Po poprawinach ciężko było ustać na nogach, bo to była powtórka z rozrywki. Jednocześnie zauważyłem, jaką satysfakcję ma zespół z tego, że zapewnił dobrą zabawę gościom.

Po imprezie przypomniało mi się moje marzenie... postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Skończę studia, ale nie zamierzam pracować w zawodzie. Założę zespół weselny, wzorując się na starszych panach pod względem podejścia i repertuaru.

Kupiłem już keyboard i w wolnym czasie ćwiczę grę oraz śpiew.
PurpleLila Odpowiedz

Facet, który grał w zespole na moim weselu jest lekarzem pracującym w zawodzie. Także da się połączyć dwie rzeczy

Odpowiedzi (6)
Nieoczywista1234 Odpowiedz

Możesz grać w weekendy a na codzień pracować w zawodzie

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (15)
Dodaj anonimowe wyznanie