Mój były chłopak wmawiał mi przez dłuższy czas, że mogłabym schudnąć, że powinnam ubierać się bardziej seksownie, że mogłabym o siebie zadbać, bo powinnam wyglądać jak te wszystkie modelki w internecie i telewizji.
Problem w tym, że przy wzroście prawie 170 cm ważyłam 49 kg. Nigdy nie uważałam się za osobę, która waży za dużo. Nie czułam się również dobrze w krótkich spódniczkach, które ledwo zakrywają majtki, i bluzkach z dekoltem do pasa. Ubierałam się ładnie, zawsze schludnie, ale i stosownie do okoliczności. Zawsze o siebie dbałam, higiena to u mnie podstawa.
Gdy w końcu z nim zerwałam, miesiąc później znalazł sobie nową dziewczynę. 150 cm, 80 kg, chłodzącą w tłustych włosach i zwykłych, sportowych ubraniach... I w zasadzie nic w tym złego, oprócz faktu, że próbował wmówić mi, że jestem gruba i zanim się od niego uwolniłam, wpadłam w straszne kompleksy.
O tym jak mój świat zawalił się dzięki 800+...
Mam 17 lat i jestem przeciętną uczennicą (średnia koło 4.0). Mam 5 rodzeństwa, 6 w drodze. Moja matka nie pracuje: teoretycznie zajmuje się domem, praktycznie obowiązek opieki nad młodszym rodzeństwem spada na mnie i na moją 2 lata młodszą siostrę. Mój ojciec pracuje na czarno. Sytuację w domu dotąd określiłabym jako normalną. Brak patologii, przeciętna duża rodzina. Jeśli chodzi o pieniądze, to nigdy nam się nie przelewało, ubrania zwykle dostawałam z drugiej ręki (od rodziny lub znajomych matki), nowe były od święta (w ramach prezentu od dziadków) - ot, norma w biedniejszych rodzinach. Nie narzekałam.
Miałam marzenia. Nie jestem zdolna, ale braku determinacji nikt nie może mi zarzucić. Chciałam iść na studia, wybrałam nawet jakie (nie elitarne, więc matury nie musiałabym pisać za wysoko). Chciałam, aby moje przyszłe życie wyglądało lepiej niż to teraz. Abym nie była uzależniona od programów społecznych. Chciałam móc pozwolić sobie na przyjemności, na wakacje, choćby te w Polsce. Nie wiedziałam, jak powiedzieć o tym rodzicom, bo bałam się, że nie będę mogła z powodu sytuacji materialnej naszej rodziny, no i przecież kolejne rodzeństwo w drodze... Ale wolałam uprzedzić już teraz, aby zrobić jakiś plan który pozwoliłby mi uzbierać jakąś kwotę do czasu ukończenia liceum. Ostatnio wspomniałam o tym matce.
Najpierw była awantura, że jak to, że nie mogę iść na studia. Że ktoś musi w domu jej przy dzieciach pomóc, że moi bracia są za mali, a moja siostra chodzić będzie wtedy jeszcze do szkoły! Że powinnam znaleźć faceta (nie męża, pierwszego lepszego faceta!!) i rodzić dzieci, bo przecież niedługo 800+ na pierwsze dziecko, to bardziej się opłaca niż pójście do pracy. Po co tracić czas na naukę, lepiej dzieci robić!!
Coś we mnie wtedy pękło. Całe życie godziłam się na warunki jakie są, pomimo że mogło być lepiej - wystarczyłoby, żeby matka poszła do pracy, ale po co, skoro można na dzieciach oszczędzać. Ja musiałam chodzić w ubraniach po kimś, ale ona kosmetyczek czy nowych ciuchów sobie nie odmawiała. Wygarnęłam jej co uważam o naszej sytuacji, zapytałam co zrobi, jak jej dzieci staną się pełnoletnie i skończy się 800+.
Spoliczkowała mnie. Zaśmiała się w twarz i powiedziała, że jest coś takiego jak alimenty i że chyba nie myślałam, że utrzymuje nas (dzieci) z dobroci serca. Na końcu zaśmiała się i powiedziała, żebym poszła sobie na te studia, przynajmniej jak znajdę dobrą pracę, to alimenty będą wyższe.
Jestem zrozpaczona. W jednej chwili mój świat się rozpadł. Nigdy nie miałam super stosunków z rodzicami, ale żeby aż tak?! Jak ona mogła powiedzieć mi, swojej córce, że utrzymuje mnie dla przyszłych alimentów?!
Nie wiem co robić. Czuję, jakby moje życie się skończyło, zanim jeszcze się zaczęło...
Jako dziecko kradłam czymś kradzionym. Jak?
Razem z koleżankami z bloku bawiłyśmy się pod oknami i balkonami sąsiadów. Koleżanka zauważyła, że na jednym z balkonów na parterze leżą stare monety, które są zdecydowanie lżejsze od tych prawdziwych i w zasadzie bezwartościowe, ale za to kształtem przypominają 1-2 zł. Brałyśmy je na raty w dosyć sporych ilościach.
Używałyśmy tych monet do maszyn na kulki. Chodzi o te maszyny, do których wkłada się monetę, przekręca i wypada kulka z jakąś zabaweczką lub gumą.
Zdobyłyśmy w ten sposób mnóstwo fantów i robiłybyśmy to znacznie dłużej, gdyby nie kartka zawieszona na automacie z informacją, że za wrzucanie fałszywych monet kary będą ponosić rodzice.
Gdy chodziłam do podstawówki, mojej mamie bardzo zależało na tym, żebym miała dobre oceny i czerwony pasek na świadectwie. Ja nie widziałam sensu w zakuwaniu rzeczy, które uważałam za nieprzydatne - o wiele bardziej wolałam spotkać się z koleżankami na podwórku. Szkoła do której chodziłam, była pod względem wyników jedną z najlepszych w województwie, więc nauki było mnóstwo - pamiętam, że poświęcałam jej cały czas wolny, żeby przygotować się na wszystkie sprawdziany i odrobić prace domowe. Było mi bardzo przykro, że w weekendy moi rówieśnicy spotykali się ze sobą lub mieli czas na swoje pasje, a ja musiałam siedzieć w domu i się uczyć. Co prawda byłam jednym z najlepszych uczniów w klasie, ale nie zależało mi na tym, bardziej spełniałam ambicje mojej mamy.
Było tak aż do sprawdzianu z przyrody pod koniec 5 klasy. Materiału było naprawdę dużo, i jak na ten etap edukacji był dość ciężki - musieliśmy mi.n nauczyć się wszystkich, najważniejszych kości człowieka i potrafić wskazać, gdzie się znajdują. Pamiętam, jak przed zaśnięciem pokazywałam na sobie, gdzie mam jaką kość ;) W końcu nadszedł dzień sprawdzianu, i okazało się, że znajdują się na nim rzeczy, których nauczycielka nie podała w zagadnieniach - pomimo tygodnia intensywnej nauki, dostałam 3. Oczywiście byłam zrozpaczona, że przeznaczyłam tyle czasu na naukę czegoś, czego ostatecznie nawet nie było na sprawdzianie. Moja mama natomiast w końcu zrozumiała, że zakuwanie nie ma większego sensu. Nadal jednak zależało jej, żebym miała dobre oceny, więc wpadła na pewien pomysł.
Mój dużo starszy brat znalazł kontakt do nauczycielki, która sprzedawała uczniom gotowe sprawdziany (większość nauczycieli nie układała ich sama, tylko korzystała z tych stworzonych przez wydawnictwa - ja dokładnie pamiętałam, z jakich wydawnictw korzystali moi nauczyciele, bo na sprawdzianach były zawarte ich logo). Aż do końca szkoły podstawowej kupowałyśmy „gotowce”, a ja po prostu uczyłam się na pamięć odpowiedzi - dzięki temu w końcu miałam czas wolny, i równie dobre oceny jak wcześniej.
Czy było to uczciwe? Oczywiście, że nie, ale byłam dzieckiem i takie rozwiązanie było dla mnie wybawieniem - w końcu nie musiałam zakuwać całymi dniami. Z perspektywy czasu stwierdzam, że kosztem swojego dzieciństwa nie warto poświęcać całego swojego czasu na naukę. W dorosłym życiu nikt nigdy mnie nie zapytał, czy w szkole podstawowej byłam wzorowa :)
To będzie typowa historia udowadniająca, że lenistwo to ojciec prostych i skutecznych rozwiązań. Otóż, od zawsze mieszkałam z starszą o 5 lat siostrą w jednym pokoju. Oczywiście pojawił się odwieczny problem kto wieczorem zgasi światło. Na początku miałyśmy regułę, że gasi ta co ostatnia się położy, ale pewnego dnia(a raczej wieczoru) jak miałam tak z pięć latek, zawołałam mamę, żeby mnie pocałowała na dobranoc.
Kiedy mama wychodziła powiedziałam: A zgasisz przy okazji światło? Mama zgasiła, wyszła, a ja szepnęłam w konspiracji do siostry: to się nazywa automatyczne gaszenie. Od tego momentu siostra zawsze mówiła: Nie chce mi się gasić. Zgasisz automatem?
Przez 10 lat walczyłem z łupieżem. Najpierw różnymi szamponami, miksturami, olejami, potem kilka lat przy pomocy dermatologów. W końcu wybrałem się do pana znachora, specjalisty od medycyny tradycyjnej. Zapytał czy często się drapię, powiedziałem, że tak. A on na to, "to przestań". Okazało się, że to wystarczyło. Oczywiście uzasadnił swoją poradę po tym jak zacząłem się śmiać.
Okazało się, że drapanie to częste zachowanie kompulsywne. Ludzie drapią się, wprowadzając bakterie i inne syfy pod naskórek. Tworzą się rany, stany zapalne, grzybice i inne, które swędzą i wtedy drapię się jeszcze bardziej. Po miesiącu świadomego powstrzymywania się od drapania oraz stosowaniu szamponu bez chemii, łupież zniknął. Dermatolodzy naciągnęli mnie na niezłą kasę, więc czasem dobrze wysłuchać alternatywnych pomysłów.
Takie wyznanie trochę o depresji.
Piszę, bo może ktoś tu ma podobnie i zrozumie.
Mam prawie 27 lat. Za sobą ponadprzeciętną ilość doświadczeń życiowych. Zawsze lubiłam próbować nowych rzeczy. Mieszkałam w wielu miejscach, studiowałam różne dziedziny, w ramach zainteresowań przetrzepałam większość tego, co dostępne.
Miałam plany, cele.
Ale to się skończyło.
Mam dwubiegun, czyli całe życie męczą mnie nawracające depresje (tak, leczę).
W tej chwili nie interesuje mnie NIC. I obawiam się, że to już nie po prostu depresja, tylko wyczerpanie złoża. Wszystko jest nudne, wszystko należy do jakiejś kategorii, którą znam, jeśli nie znam nawet wybiórczo danego przedmiotu (dla przykładu ćwiczyłam kilka rodzajów sztuk walk, ale nie znam np. taekwondo, ale należy ono do kategorii, którą znam i wiem, jak to byłoby mieć znowu treningi tylko robić coś innego). Wiem, do ilu rzeczy nie mam predyspozycji. Wiem, w czym widzę potencjał, ale z doświadczenia nie nadaję się do danej dziedziny.
Z powodu zdrowia fizycznego musiałam przerwać studia kilka razy. Ostatecznie jestem z niczym, ale już NIC mnie nie pociąga. A coś musi, jeśli mam kontynuować tę męczarnię zwaną życiem. Po co? Żeby pracować i być samodzielnym.
To uczucie, kiedy mam podjąć kolejną aktywność, ale wiem już, do jakiego poziomu mogę dojść, gdzie utknę, co będzie problemem, za co mogę znienawidzić daną rzecz, jakie jest miejsce tej rzeczy w świecie, czy jest potrzebna czy raczej nabędziesz kolejną "ciekawą cechę".
Mam już dość "ciekawych cech", nie mam marzeń, bo większość zrealizowałam albo nie jestem w stanie ich zrealizować albo... Nie warto(było. I na tej podstawie wiem, że coś nie będzie warte).
Chcialabym już przestać uczestniczyć w tym świecie, ale bardzo ciężko przełamać instynkt, który nakazuje żyć mimo wszystko.
Mam raczej dosyć nietypowy problem.
I pewnie wielu z was na początku pomyśli sobie, że taki problem to nie problem, dramatyzuję i typ podobne, ale to zaczyna być naprawdę uciążliwe.
Mam hiperrealistyczne sny. I brzmi to dziwnie, bo to tylko sny, ale ja nie odróżniam tego co działo się w śnie od rzeczywistości.
Przykład? Byłem święcie przekonany, że moja ciocia nie żyje, przecież pamiętam, jak ją opłakiwałem, byłem na jej pogrzebie.
Pamiętam jak dziś wisielca na drzewie nad rzeką, w co był ubrany, jak miotało go na wietrze. Co prawda ktoś rzeczywiście kiedyś się tam powiesił, ale nie mogę tego pamiętać, bo było to 60 lat temu.
Pamiętam dokładnie sylwestra, na którym całowałem się z koleżanką i później nie odzywaliśmy się do siebie 3 miesiące. Sęk w tym, że wspominając z kolegami sylwestra okazało się, że w ogóle jej tam nie było. A nie odzywaliśmy się do siebie, bo po prostu raczej rzadko rozmawiamy. I wiem, że to sny, przynajmniej w większości, bo zazwyczaj są to sny, z których się budzę, po czym kładę się od razu spać. Praktycznie nigdy nie pamiętam tych snów po kolejnym przebudzeniu. Działa to też w drugą stronę. Długo miałem paranoję po tym, jak Kinga (imię zmienione), z którą przez jakiś czas byłem w związku, powiedziała mi, że to wszystko nie miało miejsca, ubzdurałem sobie i jestem chory psychicznie. Byłem taki skołowany, że dopiero po paru dniach przypomniałem sobie, że przecież są zdjęcia z tego wesela, mam rozmowy z nią, jej różne zdjęcia zapisane gdzieś w rolce aparatu czy snapa.
Raz kłóciłem się z mamą, że przecież sąsiad żyje, widziałem go w tamtym tygodniu w sklepie, raz nawet mnie podwoził do miasta, żebym nie musiał stać na przystanku.
Doszło do tego, że zacząłem zapisywać każdy sen jaki miałem. Problem tylko w tym, że nie każdy sen wbrew pozorom się pamięta. A w moich snach nie ma żadnych nadnaturalnych zdarzeń. Próbowałem nawet robić reality check (czytanie w śnie podobno nie działa, tak jak sprawdzanie godziny - tak w dużym skrócie), ale średnio mi to wychodzi. Boje się, że w końcu zwariuję.
Rzecz miała miejsce w 2006 roku, gdy miałem 15 lat i leżałem w szpitalu z powodu arytmii serca. Na oddziale były różne dzieci, od najmniejszych, po 17 lat. Wkurzał mnie pewien przemądrzały chłopiec, który miał ok. 6 lat, wtrącał się w rozmowy starszych, popisywał się, opowiadał różne rzeczy itp.
Pewnego razu podszedł do mnie i powiedział, że ma mieć USG i się trochę boi, bo nie wie co to znaczy. Ja zrobiłem przerażoną minę i powiedziałem mu, że to coś strasznego, a USG to skrót od Usuwanie Starego Gówna i włożą mu wielką rurę, która będzie mu czyścić wnętrzności z resztek kupy, która mu gdzieś zalega i jest to długie, bolesne i bez znieczulenia. Chłopiec się bardzo wystraszył i siedział cicho. Myślał ciągle o tym USG, a my mieliśmy spokój.
Pamiętam, że potem z płaczem podbiegł do pielęgniarki i krzyczał "Ja nie chcę USG! Ja nie chcę USG!". Na szczęście ja nie miałem żadnych konsekwencji z powodu straszenia młodszego.
Niedawno byłam z dwoma koleżankami w klubie. Chociaż wszystkie wystroiłyśmy się w fajne ciuchy i zrobiłyśmy sobie precyzyjny makijaż, to jednak one zdecydowanie wyróżniały się w tłumie. Nie musiały długo czekać, aż w naszym pobliżu pojawił się najpierw jeden, potem drugi facet. Każdy chciał z nimi zatańczyć, wypić drinka. A. i K. były tym bardzo ucieszone, ja mniej, bo z racji tego, że non stop ktoś je brał na parkiet i zagadywał, mi przypadł zaszczyt grzania ławy, pilnowania napojów i torebek. Po paru godzinach poczułam na sobie czyjś wzrok - fajny mężczyzna, na oko niewiele starszy ode mnie, siedział przy barze z piwem w ręku.
Po chwili wstał, podszedł do mnie i zapytał, czy może się dosiąść. Byłam w siódmym niebie. Miałam ochotę krzyknąć do dziewczyn "patrzcie, nie jestem aż takim pasztetem, ktoś jednak chce ze mną pogadać!". Przedstawił się jako Krzysiek i zaproponował, żebyśmy wspólnie napili się wódki. Uśmiechnęłam się nieśmiało i powiedziałam, że wolę nie pić czystej i czy nie weźmiemy sobie czegoś łagodniejszego. Na co Krzysiek odpowiedział - "wtedy będę za trzeźwy, ta operacja wymaga większego kalibru".
Cóż, jak sobie o tym pomyślę, to sama nabieram ochoty na coś mocniejszego...
Dodaj anonimowe wyznanie