#cLfKS

Czytałam tu niedawno wyznanie kobiety, która pisała, że dowiedziała się, że jest bezpłodna, jej mąż powiedział o tym swojej matce, a ta robiła aluzje aby ją zostawił. Mąż powiedział jednak, że tego nie zrobi. To wyznanie miało wiele komentarzy, a znaczna większość (na szczęście nie wszystkie) była za tym aby mąż jednak zostawił bezpłodną żonę teraz, bo i tak pewnie kiedyś to zrobi.



Moja historia jest bardzo podobna. Miałam męża, dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci i mąż mnie zostawił. Większość rodziny i znajomych stanęła po jego stronie (podobnie jak w komentarzach pod tamtym wyznaniem). Wszyscy mówili, że skoro mój mąż chce mieć własne dzieci (na adopcje stanowczo się nie zgodził), to miał pełne prawo mnie porzucić. Porzucić, bo tak właśnie się poczułam. Jak nikomu niepotrzebna rzecz, która się zepsuła. Jak przedmiot.


Jestem przerażona jak postrzegane są kobiety. Nieważne kim jesteś i jaka jesteś. Ważne, że rodzisz dzieci. To twoja rola i tylko do tego się nadajesz. Żywy inkubator. Nie potrafisz? To wynocha! Jesteś niczym, nic nie jesteś warta. I to ma być XXI wiek? To jest straszne. I tak, mam poczucie krzywdy. Nie uważam, że mąż miał prawo mnie zostawić. Ślubował mi przecież, że mnie nie opuści i będzie ze mną na dobre i na złe. To było właśnie to złe i co? Zmył się przy pierwszej okazji i to z pełnym przyzwoleniem społecznym. Ja natomiast zostałam okrzyknięta rozgoryczoną, samolubną babą, która chciała unieszczęśliwić swojego cudownego męża, trzymając go na siłę przy sobie. Ciekawe czy gdyby to on nie mógł mieć dzieci i to ja bym odeszła, to też ludzie by mówili, że dobrze zrobiłam? Czy może, że bezdusznie porzuciłam faceta, który nic złego nie zrobił, bo przecież to nie jego wina, że nie może mi zrobić dziecka?


Pamiętam, że świat mi się wtedy zawalił. Nie dość, że dowiedziałam się, że nigdy nie zostanę matką, to jeszcze zostałam porzucona z dnia na dzień i wszyscy się ode mnie odwrócili, bo śmiałam mówić, że to niesprawiedliwe. Powinnam przecież cierpieć w milczeniu i pogodzić się z losem bo? No właśnie bo co? Bo tak trzeba? Bo tak wypada? Bo ludzie tak mówią?



Teraz chodzę na terapię, ale nadal jest we mnie dużo żalu i złości. Mam poczucie krzywdy i nikt mi nie wmówi, że nie mam prawa się tak czuć! Mam pełne prawo. Właściwie to chyba tylko ta wściekłość mnie uratowała. Gdybym, tak jak każdy mi radził, po prostu pogodziła się z faktem, że bez dzieci jestem nic nie warta, to bym popełniła samobójstwo albo popadła w głęboką depresję.


Obecnie jestem sama i próbuje sobie ułożyć życie. Nie obchodzi mnie co ludzie sobie o mnie myślą, czy mówią. Nie nienawidzę też facetów przez to, że mój mąż okazał się być tylko niedojrzałym chłopcem.

Mam nadzieje, że autorce tamtego wyznania wszystko się ułoży. Życzę jak najlepiej.
karmazynka Odpowiedz

Przykre jest to, z jaką hipokryzją musimy się spotykać. Przysięganie "w zdrowiu i w chorobie", a jak okazuje się, że kobieta nie może mieć dzieci to jest pełne przyzwolenie na odejście męża. Trzymaj się, wierzę, że dasz Rasz radę stanąć na nogi i znaleźć kogoś, kto będzie Cię kochał bezgranicznie ♥️

Odpowiedzi (1)
NeedYou Odpowiedz

Pierwszy raz w życiu nie wiem, od czego zacząć komentarz. Najbardziej dziwię się rodzinie, która uważa, że Twój były mąż mógł Cię w ten sposób potraktować. Jak dla mnie rola małżeństwa nie powinna opierać się na posiadaniu potomstwa. Bo po co bierzesz ślub? Dla posiadania dzieci? I bez ślubu można je mieć. Instytucja małżeństwa powinna opierać się przede wszystkim na Was. Ile ludzi, tyle poglądów.

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (43)

#R5ag2

O zaburzeniach odżywiania.

Jak jeszcze mieszkałam z babcią, to w domu zawsze były słodycze. Jako dziecko nie potrafiłam ich sobie odmówić. Dodatkowo babcia podsuwała mi pod nos co najmniej czekoladę dziennie.
W szóstej klasie podstawówki przy ok 1,50 m ważyłam 75kg. Niestety dopiero idąc do gimnazjum zauważyłam jak wyglądam naprawdę.

Pamiętam ten dzień. To właśnie on zaczął moją chorobliwą walkę żeby schudnąć.
Zaczęłam się głodzić i ćwiczyć do upadłego. Potrafiłam chodzić na stepperze po kilka godzin z ciężarkami. W pewnym momencie jadłam jogurt dziennie + kilka wafli ryżowych.

Rodzice na początku nic nie zauważyli. Pracowali od porannych godzin do wieczornych, więc praktycznie ich nie widywałam.
Gdy zrzuciłam pierwsze pięć kilo bardzo mnie pochwalili. Powiedzieli, że to świetnie, że ograniczam słodycze i ćwiczę.
Po kolejnych pięciu zaczęło się gadanie. Czy przypadkiem nie za szybko chudnę? Czy na pewno jem normalnie? Czy wszystko w porządku? Zawsze odpowiadałam z uśmiechem, że tak.
W trzeciej klasie (moment jogurtu dziennie), mój organizm uznał, że to przesada. Przy 1,70 m ważyłam 43 kg. Zemdlałam na lekcji, zawieźli mnie do szpitala. Nad rodzicami zawisła groźba, że jak nie zgodzą się na leczenie psychiatryczne, to mogą im odebrać do mnie prawa.

Tak więc przesiedziałam pół roku w ośrodku. Początek był straszny. Krzyczałam, że się zabiję, jeżeli będą mnie zmuszać do jedzenia. Karali mnie kiedy ćwiczyłam. Jednak po jakimś czasie zrozumiałam, że jak się zmuszę do wykonywania ich rozkazów, to szybciej mnie wypuszczą.
Myślałam, że się wyleczyłam. Zaczęłam normalnie jeść, pozwalać sobie na słodycze, znalazłam chłopaka. I przestałam ćwiczyć. Bałam się, że wracając do ćwiczeń wrócę do poprzedniego stanu. Nie chciałam.

Kilka tygodni temu mój chłopak powiedział mi, że mogłabym zrzucić parę kilo. Nie wie o mojej przeszłości. Nie wie co teraz obudził. Znowu się głodzę, znowu liczę kalorie, znowu ćwiczę po nocach. I nie mogę z tego wyjść. W mojej głowie krzyczy zdanie "jesteś za gruba".
Takasobiepani Odpowiedz

Więc wytłumacz mu spokojnie, że takie słowa cię ranią. Jeśli cię kocha to zrozumie.

Pppppppppuuhhhgy Odpowiedz

Pokaz mu to wyznanie

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (11)

#FC3mQ

Jestem studentką i wynajmuję mieszkanie z trójką współlokatorów, każde z nas ma oddzielny pokój zamykany na klucz, ale kuchnia, salon oraz dwie łazienki są wspólne. Akurat tak się złożyło, że dwa pokoje zajmują chłopaki - Tomek i Gabriel, a pozostałe dwa ja oraz Patrycja. Jedna łazienka jest chłopaków, a druga Patrycji i moja.

Wyznanie dotyczy Patrycji - pochodzi z dość zamożnej rodziny, studiuje oraz pracuje, chociaż rodzice dają jej niemałe pieniądze. Generalnie uchodzi za odpowiedzialną i ułożoną dziewczynę. Ale tylko z pozoru.

Jakiś miesiąc po wprowadzeniu zaczęły mi znikać rzeczy i kosmetyki kończyły się szybciej niż zazwyczaj. Pomyślałam sobie, że to wszystko przez moje roztargnienie. Mniej więcej w tym samym czasie chłopaki zaczęli narzekać na to, że giną im skarpety. Później znikały mi ciuchy oraz drobne sumy pieniędzy ze skarbonki. Pomyślałam, że coś jest na rzeczy, bo chłopakom również ginęły ciuchy i artykuły spożywcze. Jednemu nawet zginęła bielizna, którą jego dziewczyna zostawiła u niego. Zapytałam Patrycji, czy jej też znikają rzeczy. Odpowiedziała "tak, tak, skarpety mi ciągle giną". Pytałam się jej, czy przypadkiem nie wyprała mojej koszulki/spodni/bluzy/skarpet/majtek i nie ma tego u siebie. Za każdym razem stanowczo zaprzeczała.

Raz była wyjątkowo zabiegana, a ja szukałam swojej kolejnej koszulki, kazałam jej sprawdzić, czy nie ma jej u siebie w pokoju. Stwierdziła, że jak wróci, bo nie ma czasu, zaproponowałam więc, że sama poszukam. Rozpętało się piekło.
Przez bite 10 minut darła się na mnie, że ją osądzam o kradzież, a ona na takie szmaty jakie ja noszę by nawet nie spojrzała i jej uwłaczam. W tym momencie stwierdziłam, że tam gadać nie będziemy, skorzystałam z jej nieuwagi i dorobiłam klucz do jej pokoju, bo to w jaki sposób się zachowała wskazywało jednoznacznie na to, że to ona zabiera nasze rzeczy. Poczekałam aż wyjedzie do rodziców i po prostu tam weszłam.

W jej bałaganie było wszystko, czego szukaliśmy przez ostatnie parę miesięcy.
Musiała nurkować w koszu na brudne pranie, bo było tam nawet kilka moich par majtek, których nie mogę prać w pralce, więc prałam ręcznie i suszyłam na ręczniku w swoim pokoju.
Warto zaznaczyć, że w każdej z łazienek jest osobny kosz na pranie, więc musiała również wchodzić do łazienki chłopaków.
Przez parę chwil byłam zła, ale później zaczęłam się zastanawiać, czemu ona to robi, skoro o pieniądze nie musi się martwić.
I nie wiem teraz co zrobić, bo zachowałam się tak jak ona i weszłam do jej pokoju bez pozwolenia. Wziąć naszych rzeczy nie mogę, bo by się zorientowała, że jednak tam byłam i musiałam mieć skądś klucz...
tradycyjna Odpowiedz

1. Pogadać z chłopakami.
2. Pogadać z właścicielem mieszkania, żeby wywalił złodziejkę.
3. Może laska jest kleptomanką?

asienaebaam Odpowiedz

Ja bym zabrała swoje rzeczy. Twierdzi, ze nic nie ukradła, jak nie ukradła, to rzeczy nie miały prawa być u niej w pokoju, jeśli nie były to Ty tam nie wychodziłaś.
Przecież nie zrobi Ci awantury o coś czego nie zrobiłaś?

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (11)

#vwLM4

Krótka historia o tym, jak dorośli ludzie mogą mieć niepoukładane w głowach.

Pracuję w banku, akurat mieliśmy przerwę, przychodzi do mnie kolega i mówi: słyszałeś jaka afera na 4 piętrze? Ja mówię, że nie, pytam co się stało, na co on, że ktoś w łazience na lustrze fekaliami napisał "gówno".

Rozumiecie to? Dorośli ludzie, głównie po studiach, a ktoś pośród nich gównem umazał lustro, pisząc jakże elokwentny napis. Zastanawiam się tylko dlaczego, bo jeśli to żart, to żenujący, oraz czym to pisał.
NocnaZmora Odpowiedz

Myślę że ktoś się podpisał po prostu

KryzysTworczy Odpowiedz

Ej, ale to prawie sztuka współczesna. To błyskotliwe. Inteligentne. Pomysłowe. Nowatorskie. "Gówno", niby taki wulgarny, bardzo potoczny wyraz, ale i rozpowszechniony w różnych znaczeniach, tu, dzięki materiałowi wykorzystanemu, by go zapisać, wraca do swojego pierwotnego, dawnego, naturalnego znaczenia. Wyraz zapisany własnym desygnatem. Wow.

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#sQMkb

O higienie niektórych dziewczyn, które odwiedzają salony kosmetyczne.

Kilka razy zdarzyło mi się odmówić stylizacji paznokci - pani pracująca na mięsnym miała pod paznokciami mięsko, które czuć było zaraz jak usiadła, mdłości mam do teraz. Oczywiście jest więcej dziewczyn, które akurat sprzątały, robiły coś do jedzenia i wpadały na pazurki... Nie miejcie pretensji, jak ktoś wam grzecznie odmówi. Bo później dajecie jakieś negatywne opinie, że stylistka odmawia.
Sztuczne rzęsy - średnio co drugą panią muszę upominać, że te rzęsy też się myje! Grudy ropy, każda rzęsa w inną stronę i lata z takim mopem... Powiedzenie "jak zrobisz sobie te rzęsy 5D, to wstajesz i idziesz do pracy" to jest MIT. Więcej z tymi rzęsami zachodu niż z tuszem :)
Damy, które przychodzą od rana "bez mejkapu" - profilaktycznie zawsze robi się demakijaż. I tu bardzo często się zdarza, że są niedomyte - widać resztki podkładu czy pandę pod oczami...
Co do porannych wizyt - niektóre panie chyba zębów nie myją. No zrzygać się idzie, zawsze dyskretnie częstujemy je gumą do żucia. Połowa odmawia.

Muszę też przyznać, że takie sytuacje zdarzają się tylko u kobiet. Panowie przychodzący na depilację zawsze są czyści i zadbani (a jest ich sporo).
Uprzedzając wasze komentarze - lubię tę pracę i na szczęście większość pań zna zasady higieny. To tylko taka sugestia do tych, które może nawet nie pomyślą o tym, że mogą kogoś czymś zarazić. I do nich mówię: MYJCIE SIĘ!
Lindab Odpowiedz

Obawiam się, że do tej małej części nie dotrzesz wyznaniem na anonimowych.

Odpowiedzi (2)
Nefcia Odpowiedz

Ja tam za bardzo w temacie nie siedze, ale mi moja "dziewczyna od rzes" mowila, zebym unikala ich moczenia, dala za to szczotke do wyczesywania. Swoja droga nigdy zadnych grud ropy czy innych syfow nie mialam, moje znajome chodzace do niej takze.

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#2rcj3

Gnębienie w szkole. Temat rzeka. Naczytałam się anonimowych historii, tych gnębionych i ich pretensji do rodziców, że nic nie zrobili. Natchnęło mnie, aby opisać moją historię, ale od strony rodzica.

Mój syn dyslektyk, mały geniusz z wysoką inteligencją, ale problemem z pisaniem i czytaniem. Od 11 roku życia zapisałam go na wszystkie możliwe zajęcia poprawiające jego dysfunkcje. Stosowne orzeczenie z poradni zaniosłam do szkoły, licząc na pomoc i wsparcie. Co otrzymałam? Przez dwa lata nauki młodego bywałam 2 razy w miesiącu w szkole, wzywała mnie wychowawczyni. Za każdym razem słyszałam, iż młody za mało pracuje, a ja za mało go "cisnę". Raz nawet wezwano mnie na spotkanie pedagog plus wychowawczyni, wręczono pismo, na którym oficjalnie napisano, iż zaniedbuję dziecko pedagogicznie i szkoła żąda ode mnie stosownej reakcji. Nie wspomnę już o tyradzie wychowawczyni, która stwierdziła, że nie radzę sobie, bo jestem młoda matką!
W międzyczasie z młodym zaczęło się coś dziać. Nie chciał chodzić do szkoły. Chodził z niechęcią, wracał zdenerwowany, a niekiedy z płaczem. Czuł się w klasie niechciany, nielubiany i nieakceptowany. Wychowawczyni potrafiła przy całej klasie stwierdzić, że jest leniem i nieukiem, a w jej ślad poszły dzieci. Był wyzywany, obrażany. Reagowałam, zgłaszałam problem. Wytuptałam ścieżkę od wychowawcy do pedagog, skończywszy na dyrekcji. Za każdym razem słysząc to samo: jest lubiany w klasie, odwraca pani uwagę od swojej nauki, szukając winy w innych, nie w sobie. Zaczęłam wątpić - jak i w siebie jako matkę, tak i niestety w młodego.

To wszystko trwało dwa lata. Wyprano mi mózg, czułam się bezsilna. Nasz los odmieniło jedno zdarzenie. Podczas apelu młody dostał od "kolegi" krzesłem w łeb. Wylądowaliśmy na SOR-ze. Przez te 6h czekania na badanie, w nas obojgu coś pękło. Podjęliśmy z młodym decyzję o zmianie szkoły. Byliśmy oboje wykończeni. Szukanie nowej szkoły wcale łatwe nie było. Byłam w pięciu, w każdej brak miejsc. W szóstej szkole po prostu się rozkleiłam i opisałam wszystko, prosząc o pomoc.

Dziś, po pół roku nauki w nowej szkole, mój młody wraca ze szkoły z uśmiechem. Ma średnią 4,0, co w poprzedniej szkole było wręcz nieosiągalne. Ma wspaniałą wychowawczynię, która ciągnie go w górę i którą on ubóstwia, pomimo iż uczy jego znienawidzonego przedmiotu: polskiego. Inni nauczyciele go wspierają, jak sprawdzian pisemnie mu nie pójdzie, poprawę robią ustną. Okazało się, że młody ma bardzo dużą wiedzę, nie umie jej tylko przełożyć na formę pisemną. W klasie jest lubiany i akceptowany. Czy zatem przez te dwa lata horroru młodego byłam złą matką, nieczułą na jego żalenie się? Przecież mówił mi, że jest źle. Skarżył się. Czy kiedyś opowie swoją wersję, w której jego zła matka kazała mu cierpieć dwa lata w klasie, w której go gnębiono?
majer Odpowiedz

Zapomniałaś wytuptać ścieżkę do kuratora.

Odpowiedzi (1)
Ookami Odpowiedz

Tyle że ty coś zrobiłaś, chodziłaś do nauczycieli, walczyłaś o swoje dziecko. Faktycznie mogłaś zmienić szkołę wcześniej, ale jednak to nie tak, że nie robiłaś całkiem nic. Kiedy mnie gnębiono w szkole, moja mama zawsze wierzyła że wina leży po dwóch stronach. W połączeniu z wychowawczynią która uważała że wszystko jest moją winą, bo jeśli większość konfliktów w klasie ma związek ze mną, to na pewno ja je zaczynam, dawało to ciekawy efekt. Przykładowo, dwie dziewczyny goniły mnie po szkole i wyzywały, nie dały się też zamknąć w kabinie w łazience. W pewnej chwili tak trzasnęły drzwiami, że szyba nie wytrzymała i poleciała na mnie, poharatała mi rękę. Czyja to była wina? Moja, na pewno je sprowokowałam do takiego zachowania.

Także no. Jasne, zawsze można zrobić więcej. Ale jak na moje to i tak bardzo się starałaś, nie uważałaś że to syn jest winny, widziałaś problem.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (15)

#RaGYL

2 klasa gimnazjum, czyli rok temu. W szkole okropnie zachciało mi się pierdzieć, no myślałam, że mi rozsadzi dupsko. Była biologia, cisza jak makiem zasiał, a ja mam rewolucję w brzuchu. Wykorzystałam moment, kiedy zaczęła się dyskusja, a ja odsunęłam głośno krzesło do tyłu i w końcu sobie ulżyłam. Kilka sekund później ludzie z klasy zaczęli narzekać na smród. Pani wytłumaczyła wszystkim, że okno jest otwarte, a koło szkoły jest wywożone szambo. Szczęście głupiego, nawet nie zwróciłam na to uwagi.
DzikieWeze Odpowiedz

Może kryła samą siebie 😂

Zobacz więcej komentarzy (4)

#q9vvR

Jestem żołnierzem zawodowym.
Ostatnio 16 godzin spędziłem na manewrach i ćwiczeniach na poligonie.
Po zajęciach droga do jednostki, a później standardowo zdanie ekwipunku do magazynów, prysznic, przebranie się w cywilne ciuchy i następnie powrót krakowskim MPK do domu.
Siedzę i czuję, że powoli odpływam w objęcia Morfeusza, gdy nagle nieidentyfikowane babsko szturcha mnie i drze ryja (prośbą tego nazwać nie mogę), że zająłem jej miejsce.
Nie wiem, czy to zmęczenia, czy z powodu jej wrzasków wstałem i wydarłem się:
"STÓJ BO STRZELAM!".

Efekt był taki, że babsko się zmyło, a innym pasażerom wytłumaczyłem, że nie posiadam przy sobie broni.

PS. Pozdrawiam kierowcę MPK z autobusu 144, który miał niezły ubaw :D
AleksanderV Odpowiedz

Poszła stać.

Odpowiedzi (1)
ProstowOczy Odpowiedz

właśnie to mnie wkurza - że jakieś osoby uzurpują sobie prawo do wrzasków na inne, siedzące osoby. Co z tego, że ktoś jest młodszy? Jak może mieć za sobą ciężki dzień, źle się czuć, być chorym na coś itd. I to często inne miejsca są wolne, ale nie, bo ta konkretna osoba musi siedzieć tu i koniec. Ostatnio w Krakowie jakiś ponad 70-letni "dziadek" pobił młodą dziewczynę, bo ośmieliła się siedzieć, a potem uciekł przez okno.. na to jakoś siły miał...

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#OYngM

Opowiem Wam historię o tym, jak zniszczyć człowieka za pomocą Internetów.

Wszystko zaczęło się po 2015 roku, miałam wtedy bardzo dobry okres w życiu, więc ktoś wpadł na pomysł, żeby się ze mną zabawić. Pojawiały się fejk konta, wypisywanie do znajomych, wyłudzanie od nich danych itd. Początkowo olałam sprawę, bo różne oszołomy chodzą po świecie i liczyłam, że się znudzi. Nie znudził się. Konta powstawały coraz częściej. Poukrywałam wszystkie profile, bo się po prostu zaczęłam bać. Okazało się, że używał moich zdjęć na portalach randkowych. Nie wiedziałam co ten ktoś pisze do innych, nie wiedziałam, czy ktoś na ulicy mnie nie rozpozna. Pojawiły się u mnie problemy ze zdrowiem, najbardziej ucierpiało serducho, po prostu stres mnie wykończył, ciągłe zastanawianie się, czy dzisiaj też znajdę jakieś fejkowe konto doprowadzało mnie do szału. Więc jako młoda dziewoja łykam już leki na serce.

Nie przyznam się nikomu z mojego otoczenia, że przytyłam licząc na to, że to zniechęci tego kogoś do podszywania się pode mnie. Tłumaczę to tym, że to hormony mi szaleją. Przestałam wychodzić na miasto, żeby nie wracać wieczorami sama na mieszkanie, staram się nie wychodzić po zmroku. Odwróciłam się od znajomych, ograniczyłam się do 5 osób, z którymi przebywam, i które znają mój aktualny adres zamieszkania. Przestałam też robić sobie jakiekolwiek zdjęcia, żeby ten ktoś nie miał dostępu do tego, jak aktualnie wyglądam. Jeśli ktoś w tramwaju przygląda mi się dłużej, zaczynam panikować i wysiadam na najbliższym przystanku. Samotne wyjście z domu jest dla mnie męczarnią, dla osoby, która uwielbiała ludzi i ich towarzystwo. Wypisywanie durnych komentarzy, że czego to ja nie robiłam, gdzie mnie można spotkać wraz z moimi danymi zaczęło być normą, mam nawet przygotowaną formułkę, którą wysyłam do moderatorów.

Reakcja ludzi na moją sytuację? "Sama się prosiłaś, po co ci te fejsbuki i instagramy?!" Po usłyszeniu tego za pierwszym razem poczułam, jakby ktoś napluł mi w twarz, bo jakim cudem jestem winna tego, że ktoś się na mnie uwziął? Dlaczego to ja mam się czuć winna?! Sytuację zgłosiłam na policję, ale no cóż...

Piszę to po to, aby uświadomić Wam, że takie (pewnie dla Was) głupie rzeczy mogą bardzo zniszczyć człowieka.
Biedronkawkropki Odpowiedz

Całe wyznanie myślałam, że nie pójście na policję to twój największy błąd, aż na samym końcu napisałaś, że jednak poszłaś. Mi w podobnej sytuacji policja bardzo pomogła, dlatego jestem zdziwiona, że u ciebie nic nie zrobili.

Odpowiedzi (1)
Jutrzenka2104 Odpowiedz

Też miałam takiego stalkera w liceum. Obiecał mi, że po wakacjach szybko zmienię szkołę- już on o to zadba. Jeździł za rozmaitymi osobami z mojej klasy, robił im zdjęcia, tworzył strony z tymi zdjęciami, danymi tych osób i informacjami jakimi "zawodami" się parają. Wszystkim do tego wmawiał, że dane dostarczyłam ja. Afera rozkręcona, ale policja niestety nie pomogła, bo jak mieli znaleźć kogoś, kto nie wiadomo jak wygląda i jak się nazywa. Gość kontaktował się wyłącznie przez telefon. Co najlepsze, nic mu nie zrobiłam, z nudów urządził sobie rozrywkę. Szkoły nie zmieniłam, chociaż było ciężko, a sprawa sama się rozmyła. Pewnie koleś się znudził. Teraz jak mam dzieci (a matka chroniąca dziecko to straszna furia) to pewnie zapłaciłabym jakimś znajomym Sebixom, żeby kolesiowi łomot spuścili. Może by się ogarnął. Tak czy siak współczuję. Wiesz w ogóle kto to? Może wynająć detektywa, żeby gościa zlokalizował i wtedy odpowiednio działać? Na policji też by było łatwiej z dowodami.

Zobacz więcej komentarzy (3)

#x47gr

W liceum przez rok wychowania fizycznego uczył nas prawdziwy buc - nazwijmy go pan Łysolec.
Facet okropny pod względem podejścia do lekcji i oceniania - normalnie, kiedy ktoś się nie czuje na siłach wykonać jakiegoś ćwiczenia, czy to w zwykłej rozgrzewce, czy potem przy większych zadaniach, to ma pełne prawo po prostu nie wykonywać tego zadania. Mówię tu np. o ćwiczeniach mocno "rozciągających" okolice miednicy w czasie miesiączki u dziewczyn czy jakichś wyskokach przy nadwyrężeniu kostki. Tymczasem u pana Łysolca za odmowę wykonania absolutnie każdej pierdoły dostawało się jedynkę/brak pracy na lekcji/ minusa. Kabaret.
Pan Łysolec nie pozwalał również pod żadnym względem wyjść do ubikacji na lekcji. Bo przerwa od tego była, a teraz mamy siedzieć na lekcji i już (u nas była ta trudność, że na salę szłyśmy z klasy na drugim końcu szkoły, a kolejki do toalety były masakryczne i ewentualne ustanie w niej kończyło się 5-minutowym spóźnieniem na lekcję - również nieakceptowalnym, mimo solidnego wyjaśnienia).

Oprócz tego pan Łysolec miał tabelki oceniania wszelkich sprawdzianów prawdziwie z kosmosu, gdzie czas biegu na czwórkę był wyższy niż u drugiego nauczyciela na szóstkę.
Wielokrotne bunty, skargi, wyprawy rodziców do dyrekcji i samego Łysolca dały wielkie zero, więc jako klasa samych dziewczyn byłyśmy mocno zdruzgotane. Ale nie byłoby wyznania, gdyby coś nie zmieniło tej sytuacji.

Dwie godziny wf-u pod rząd, miałam okres. Oczywiście nie zdążyłam na przerwie do toalety, więc zaryzykowałam i od 20 minuty lekcji wręcz błagałam Łysolca o pozwolenie na wyjście do tej cholernej ubikacji. Po 3 odmowach powiedziałam mu wprost, że muszę zmienić podpaskę, inaczej zaraz będzie tu plama krwi.
A Łysolec spokojnie odparł, że to mój problem.
Owszem, mogłam wtedy mieć wywalone i wyjść mimo to, jednak wpadłam na pomysł, który okazał się przełomem.

Nie poszłam do toalety. Zaczęłam za to ćwiczyć intensywnej, wyginałam cały dół w najdziwniejsze pozy. Efekt był taki jak oczekiwałam - całe szare legginsy pokryły się plamą, na czym nie przystopowałam i ostatecznie czerwone ślady pokryły kawałek posadzki.
Łysolec jak zobaczył co się stało, baaardzo się zmieszał i łaskawie pozwolił mi wyjść do toalety oraz po jakąś ścierkę.

Niee, oczywiście na tym się nie skończyło! Dzięki temu tego samego dnia do szkoły wparowały wściekłe i obrzydzone mamy z moją na czele, robiąc największe piekło jakie mogły Łysolcowi i dyrekcji.

Po wszystkim nauczyciel finalnie został zmieniony (w szkole pozostał, ale słysząc wieści z innych klas, całkiem zmienił również podejście i stał się potulny jak baranek).

Owszem, mogłam użyć zwolnienia na Librusie, jednak zwyczajnie lubię ćwiczyć, czemu więc miałabym tego nie robić :)
pyzabezmiesa Odpowiedz

Odbiegając ciut od tematu, nie potrafię zrozumieć nagonki na to, że "od sikania jest przerwa". Jeszcze z podstawówki pamiętam, że gdy ktoś chciał wyjść do toalety na lekcji, w większości przypadków musiał przedstawić nauczycielowi lekarskie oświadczenie, że ma problemy z pęcherzem. Wiadomo, że zawsze się znajdzie cwaniaczek, który wycieczki do kibla będzie traktował jako wymówkę, ale ludzie, trochę wyrozumiałości. Sama nie mam problemów z pęcherzem, ale zwyczajnie często muszę go opróżniać - jedna herbata, trzy spacery do toalety w przeciągu najbliższych 30 minut. Ani to moja wina, ani niczyja. Uważam, że niepozwalanie dzieciakom w szkole na załatwianie spraw fizjologicznych w ciągu lekcji to ogromna głupota.

Kończąc dygresję, piękne zagranie! :)

Odpowiedzi (12)
Luna2 Odpowiedz

Szanuję za taki sposób. Czasami na takich to trzeba kreatywnie :)

Zobacz więcej komentarzy (14)
Dodaj anonimowe wyznanie