#T5d8G

Mój pięciolatek od dłuższego czasu namawiał mnie na kupno królika. W końcu przemyślałam sprawę i zdecydowałam, że to najwyższy czas na nowe zwierzątko w domu - naukę odpowiedzialności itd. Kupiłam królika i zanim pozwoliłam go nawet pogłaskać, to wzięłam młodego i tłumaczyłam mu wszystko co związane z opieką nad zwierzęciem. Pogadanka zajęła z godzinę, a na koniec kazałam mu wszystko powtórzyć. W połowie odpowiedzi uciął i stwierdził "Kurczę... strasznie tego dużo... a nie moglibyśmy go po prostu zjeść?".

#Fe6bD

Jestem w 3 klasie technikum. Zawaliłam matematykę przez co będę pisać poprawkę w sierpniu. Boję się że nie zdam bo nie wiem jak opanować materiał i czy dam radę w 2 miesiące ogarnąć cztery działy.

To nie tak że się nie uczę. Miałam na początku trojki i jedynki - mózgiem z matematyki nie jestem, ale wystarczyło żeby mieć dwójkę na półrocze. W drugim półroczu niestety same jedynki. Na korepetycjach i w domu umiem, a w szkole stres i czarna dziura w głowie jakbym się nigdy tego nie uczyła.

Miał ktoś taki sam problem z anonimów lub podobny? Jeżeli tak to jak się nauczyliście i poradziliście sobie ze stresem?

#9f35k

Nienawidzę własnej matki. Wśród ludzi jest lubiana i uważana za super kobietę, ale ja jej szczerze niecierpię, przez wszystkie drobne i duże rzeczy, które robiła przez całe moje życie.

Jestem od niej zależna finansowo, bo jeszcze studiuję i nie daję rady się sama utrzymywać, z normalną pracą jest tutaj bardzo ciężko. Marzę, że jak się całkiem usamodzielnię, nie będę musiała jej już więcej oglądać.

#UZrkf

Przed ślubem wielokrotnie rozmawialiśmy z już mężem na temat dzieci, modelu rodziny jaki chcemy stworzyć. Byliśmy jako tako świadomi, że wyobrażenia i rzeczywistość to odległe światy, ale w takich podstawach jak chcemy budować rodzinę byliśmy bardzo jednomyślni.

Jakiś czas po ślubie powiedziałam mężowi, że ja już jestem gotowa na dziecko. Informacja bez spiny jak sam będzie chciał to możemy działać. Żadnych nacisków. Po kilku tygodniach mąż cały happy przyszedł do mnie, że na niego też już przyszedł czas.

Ogólnie poszło nam szybciej niż myśleliśmy, w życiu mieliśmy jeszcze troche bajzel typu moja obrona, jego długa praca, mieszkanie kątem u rodziców, potem nasz remont i przeprowadzka. Ogolnie działo się dużo, ale do porodu zdążyliśmy ze wszystkim. Moja ciąża przebiegała różnie typu ogromne mdłości = kilka tyg wyłączenia, potem powrót do pracy, potem kilka tyg infekcji (nie ma jak możliwości leczenia w ciąży), ale ogólnie jakoś dawałam radę. Mąż mnie bardzo wspierał przez cały ten czas, nawet jak normalnie do gin chodziłam sama to zawsze zainteresowany co i jak, ale przede wszystkim miałam w nim ogromne wsparcie psychiczne, a w ciąży przy huśtawce hormonalnej, do której dochodzi strach o dziecko jest to mega ważne.

Dziecko jest zdrowe, mój mąż jest świetnym ojcem. Zaczęliśmy przebąkiwać o kolejnym dziecku. Na początku bardziej mąż podsuwał temat jeszcze bez konkretnych deklaracji, potem ja stwierdziłam, że to już ten czas, że jestem gotowa i znowu bez nacisków czekałam na decyzję męża, a gdy ta nadeszła znowu poszło nam szybko.

Obecnie jestem blisko połowy ciąży, mój mąż dużo mniej pracuje, mieszkanie 100% zrobione, dyplomy w szafie leżą.

Ja ciąże przechodzę zdecydowanie gorzej, praktycznie całą spędzam w domu. Z dzieckiem jest ok, ale u mnie niekoniecznie i nie jest to moje widzimisię, tylko decyzja lekarza. Jak mam lepszy dzień to posprzątam, ugotuję, pranie robie na bieżąco, bo to nie jest duży wysiłek, wszystko co da się załatwić zdalnie ogarniam - zakupy, rachunki, różne zapytania, do tego mamy zmywarkę, więc talerze też nie stoją. Starszak chodzi do żłobka, mimo, że ja jestem w domu, bo nie zawsze byłabym w stanie zapewnić mu opiekę, czy posiłek na czas, już nie mówiąc o spacerach. Po prostu taka ciąża.

Do tego wszystkiego jestem w tej ciąży sama. Mam wrażenie, że mój mąż ma mnie za wariatkę, czy hipochondryka. Wiecznie słyszę, że nic nie robię, że mam wziąć się w garść, czy, że o czymś mogłam pomyśleć. Tyle, że po domu naprawdę widać kiedy się dobrze czuję, a kiedy nie, na badania jeżdżę sama, nie potrzebuję nańki, na sor pojechałam raz kiedy zdecydowanie źle się czułam - tak kazał mi mój lekarz. Psychicznie jest mi mega ciężko, nasze małżeństwo jest zimne jak nigdy, a ja się nawet nie mam komu wygadać.

#HTGow

Odkąd poszłam na studia do dużego miasta, chciałam poczuć się jak królowa życia. To był przełom wieków, kontrast między imprezową metropolią a rodzinną postpegieerowską wsią był nie do opisania. Od razu złapałam kontakt z kilkoma koleżankami z kierunku, chodziłyśmy razem na wszystkie możliwe dyskoteki, wyrywałyśmy facetów, odurzałyśmy się substancjami legalnymi i nielegalnymi... Po prostu kosmos, przez pięć lat zaliczyłam więcej chłopaków niż egzaminów w pierwszym terminie. Po studiach postanowiłam jeszcze trochę przedłużyć młodość, pojechałam z ówczesnym chłopakiem na wycieczkę po Europie, on był muzykiem, więc zbieraliśmy kasę, grając na ulicach miast. Potem wróciłam, co chwila zmieniając facetów, prace i wynajmowane pokoje... Przyszedł kryzys, przez ponad dwa lata siedziałam na bezrobociu, ale nie zmieniłam stylu życia. Pożyczałam pieniądze od koleżanek, potem w parabankach, przez pewien czas próbowałam rozkręcić kanał na YouTube, ale nic z tego nie wyszło. W 2011 znalazłam się na krawędzi. Uzależniona od narkotyków, w długach, bez jakiegokolwiek pomysłu na siebie.

Byłam w ośrodku leczenia uzależnień, tam poznałam Filipa (imię zmienione). Był psychologiem i okazał się moim wybawcą. Pomógł mi wyjść z nałogu, zakochaliśmy się w sobie, myślałam, że znalazłam w końcu partnera na całe życie. Filip kochał mnie mimo wszystkich moich wad, zaakceptował moją przeszłość, dzięki niemu znalazłam nową pracę i stopniowo spłaciłam pożyczki. Naprawdę wyprowadził mnie na prostą, a ja... No cóż, po jakimś czasie zaczęło mi brakować adrenaliny, on był zbyt przewidywalny, a ja potrzebowałam się jeszcze wyszaleć. Zerwałam przez SMS, od dwunastu lat nie mamy kontaktu. Regularnie go stalkuję, wiem, że założył rodzinę, wydaje się szczęśliwy.

Ja obiecałam sobie, że nigdy nie wrócę do dragów i dotrzymałam słowa. Od kilku lat mam też stałą pracę w korpo, zarabiam całkiem nieźle, ale wciąż nie radzę sobie z kontrolowaniem wydatków. Oczywiście znaczna część idzie na wynajem, poza tym jakieś ciuchy czy impreza w klubie i efekt jest taki, że praktycznie nie mam oszczędności. Najgorsze, że większość czasu spędzam sama. Większość dawnych koleżanek ma mężów i dzieci, niektóre zerwały kontakt. Jak uda się gdzieś wyjść raz na pół roku, to już jest sukces. Z facetami też już jest gorzej, mam ponad 40 lat i większość z nich automatycznie mnie skreśla. Oczywiście to się nie stało z dnia na dzień, ale jednak widać różnicę. Ja teraz chcę stabilnej relacji, nie mam już siły na jednorazowe przygody. Ostatnio piję coraz więcej wina, boję się, że znowu będę musiała iść na odwyk. Tylko że już nie będzie Filipa, nikt inny nie pokocha mnie tak jak on. Czuję, że zmarnowałam życie.

#ck5nF

Co Wy wiecie o skąpstwie... Opiszę jeden z genialnych sposobów mojej siostry na zaoszczędzenie pieniędzy.

To, że nie spłukuje się wody po jednym czy dwóch siusianiach, to zapewne podejście klasyczne, stosowane przez wiele osób. Niespuszczanie wody po dwójeczce to już hardkor. Ale bardziej hardkorowe jest nieużywanie spłuczki w ogóle. Zamiast tego zaś posiłkowanie się jednorazowymi woreczkami, które ukradło się z biedry w ilościach hurtowych. Wygląda to tak, że siostra rozpościera woreczek pod dupą, przytrzymuje pośladami, żeby nie odpadł i robi swoje. Potem wyjmuje, zawiązuje i wrzuca do kosza. W ten sposób – jak twierdzi – potrafi przez kilka tygodni nawet nie spuszczać wody (siusiu często trzyma do prysznica albo robi w pracy).

Jak się o tym dowiedziałem? Zdziwiło mnie, że jedna z szuflad w regaliku łazienkowym wypchana jest plastikowymi torebeczkami (szukałem czegoś do „lektury” podczas posiedzenia). Szczęśliwie dla wszystkich wokół siostra nie nalega, aby goście załatwiali się w ten sam sposób co ona.

#0FsJy

Witam, chcę podzielić się moim problemem. Mam 70 lat, więc piszę z pomocą wnuka, bo te komputery to dla mnie czarna magia.

Jestem rolnikiem, sadzę głównie truskawki, no i właśnie tu jest problem. Otóż nie ma komu ich zbierać! Wbrew powszechnej opinii nie śpię na forsie, nie stać mnie na te wszystkie maszyny, a od Unii nie wezmę, bo to złodzieje. Zawsze szukałem ludzi do pomocy, młodych ludzi, bo to trzeba się schylać. Ja wiem, jak teraz wygląda szkoła, w czerwcu oni się tylko nudzą, a mogliby w tym czasie przyjść i pomóc sąsiadowi. Płacę dość dobrze, 4 zł za kobiałkę. Nie za godzinę, bo niektórzy się obijają. Ja w ich wieku nawet tyle nie miałem i uważam, że to jest dobra stawka dla kogoś, co jeszcze nic nie umie. Zresztą co to za praca, to jest bardziej wypoczynek na świeżym powietrzu, lepszy niż te wszystkie siłownie.

Muszę powiedzieć, że jestem rozczarowany dzisiejszą młodzieżą. Za moich czasów sąsiedzi pomagali sobie nawzajem i nikt nawet nie pomyślał, żeby chcieć pieniędzy. A teraz oni wolą przez całe wakacje się lenić i brać forsę od rodziców. No, niektórzy są ambitniejsi, szukają pracy na wakacje. Ale to jest dla mnie niezrozumiałe, wolą jeździć 30 kilometrów do miasta, zamiast tu pod nosem sobie zarobić. Albo ta cała „praca zdalna”, kto to widział, żeby brać pieniądze za siedzenie przed komputerem. Przecież jak ja oglądam telewizor, to mnie nikt nie płaci, gdzie tu sprawiedliwość? Przez to wszystko truskawki mi zgniły i znowu będę musiał się zapożyczać. Co to za chore czasy, żeby roszczeniowe dzieciaki dyktowały warunki? Ja bym ich posłał do wojska, dziewczyny też, bo to, co sobą reprezentują, to woła o pomstę do nieba.

#JZ84W

Czy tylko ja nie jestem zwolenniczką "balów ósmoklasisty"? Przeraża mnie ten przepych, traktowanie tego jak studniówkę. Nie uważam, że zakończenia podstawówki nie powinno się świętować, no ale nie ukrywam, wygląda to trochę dziwnie, kiedy dziewczynki uczestniczące w tym wydarzeniu wyglądają jak maturzystki. Można uczcić to skromniej, przy zwykłym poczęstunku, nie wydając fortuny na imprezę dla dzieci kończących szkołę dla dzieci.

#pOCO5

W mojej rodzinie był wujek, który był alkoholikiem. Oczywiście nie pracował, bo go wywalili za picie. Nie miał swojej rodziny, mieszkał u swojej siostry, która była starą panną. Wynosił z jej domu rzeczy, kradł jej pieniądze. Ogólnie szkodnik, leczyć się nie chciał. Siostra miała go dość.
W końcu wujek umarł – po pijaku uderzył w coś głową i zrobił mu się krwiak na mózgu.
A teraz najlepsze: nieraz go wspominają przy rodzinnych spotkaniach, jaki to on super gość był. Jak to słyszę, to zawsze się pytam, czy mówią o tym wujku alkoholiku, co okradał własną siostrę. Fajne uczucie :)
Dodaj anonimowe wyznanie