#Gpi95

W gimnazjum zawsze podobały mi się koleżanki mamy – były dojrzałe, zawsze ładnie ubrane i bardzo seksowne. No i wpadłem na pewien pomysł... Moja łazienka jest łączona z pralnią, oddzielona drzwiami. W tym czasie akurat bardzo buzowały mi hormony i oglądałem dużo filmów dla dorosłych, więc zaaranżowałem typową scenę z jednego z nich... Ja, 15-latek bez ciuchów na sobie, stoję po ciemku w tej pralni i słyszę, że jakaś osoba wchodzi do łazienki. Szybka wojna myśli – robić to czy nie? Zdecydowałem się i wpadłem nagi do łazienki... gdzie moim oczom ukazała się koleżanka mamy, bombardująca kibel biegunką życia. Szybka wymiana spojrzeń, ona trochę zawstydzona, ja nie wiedziałem, co się dzieje i nagle punkt kulminacyjny – poczułem smród wytworzony przez panią Beatę... Porzygałem się.

Do dzisiaj, gdy się widzimy z księżniczką porcelanowego tronu, unikamy kontaktu.

#prYaK

Rzecz działa się w minione walentynki. Umówiłam się wtedy na randkę z chłopakiem poznanym przez internet. Wcześniej dużo pisaliśmy i rozmawialiśmy, okazało się, że mamy dużo wspólnych cech, np. oboje preferujemy naturalny wygląd i nie tolerujemy kłamstwa. P. dużo mówił o tym, jak irytują go sztuczne dziewczyny z kilogramami tapety i że nigdy by się z taką osobą nie umówił na randkę. To akurat mi odpowiadało, bo malować się za bardzo nie umiem i na co dzień tylko tuszuję rzęsy. Oboje też bardzo lubimy pływać, więc na miejsce naszego pierwszego spotkania P. zaproponował... basen. Powiem szczerze, lekko się zdziwiłam, w końcu to dość niecodzienne miejsce na randkę, ale ostatecznie się zgodziłam.

Praktycznie całe spotkanie było bardzo miłe, schody zaczęły się dopiero przy wychodzeniu z basenu, a dokładnie przy suszeniu włosów w szatni. P. zrobił to w 3 minuty, włosy miał obcięte jak amerykański żołnierz, więc nie stanowiło to problemu. Ja z kolei mam gęste włosy sięgające do połowy pleców. Basenowe suszarki nie należały do najmocniejszych, więc cały proces trochę mi zajął. W trakcie niego P. stawał się coraz bardziej niecierpliwy, pytał, czy długo jeszcze będę się bawiła we fryzjerkę, czy nie mogę już skończyć itp. Moje tłumaczenia, że na dworze jest zero stopni, a ja nie zamierzam się przeziębić, zupełnie do niego nie docierały. Pytałam, czy gdzieś mu się spieszy, powtarzałam, że jeżeli nie chce na mnie czekać, to może już iść. On jednak wolał zaczekać.

Kiedy już się wysuszyłam, widziałam, że ma nietęgą minę. Zapytałam, czy coś się stało, na to on odpowiedział, że nie może być z dziewczyną, która tyle czasu spędza przed lustrem (?) i tak o siebie dba (???). Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. Stałam tam jeszcze dobre 10 minut i zastanawiałam się, czy się nie przesłyszałam...

#Eixsi

Jakieś 3 lata temu szukałem sobie samochodu. Jedna z ofert na portalu ogłoszeniowym przykuła moją uwagę. Zadzwoniłem do sprzedającego i umówiliśmy się na oględziny jeszcze tego samego dnia. Po dotarciu na miejsce szybko okazało się, że ta igiełka, którą Niemiec do kościoła jeździł, i to nie w każdą niedzielę, wcale nie jest igiełką, a w sumie nawet niezbyt przypominał ten egzemplarz samochód z ogłoszenia. No cóż, każdy kto starał się kupić samochód w Polsce, wie jak bardzo różnią się auta z ogłoszenia z tymi w rzeczywistości i jak ciężko dorwać egzemplarz bezwypadkowy, bez cofanego licznika. Przyzwyczaiłem się, więc po wytknięciu handlarzowi kilku różnic między ogłoszeniem a rzeczywistością, pojechałem obejrzeć inny samochód, który ostatecznie kupiłem. Kilka godzin później dostałem od handlarza SMS-a o treści:
„Nie chciałeś Pan kupić, a zaraz po Panu przyjechał inny i wziął z pocałowaniem ręki. Powodzenia w poszukiwaniu auta”. Nie pozostałem mu dłużny i odpisałem: „Mam tylko nadzieję, że poinformował Pan kupującego o wypadkowej przeszłości tego auta. Samochód dzisiaj kupiłem, tak że dziękuję”.
Po około dwóch miesiącach dostałem SMS od jakiegoś nieznajomego numeru. Wyszło na to, że właścicielem tego numeru jest pan handlarz, z którym wcześniej SMS-owałem. Wysłał mi zdjęcie samochodu z podpisem: „Kupiłem sobie taki samochód, z Niemiec. Dałem 14000 euro”. Stwierdziłem, że skoro on mi się chwali swoimi nabytkami, to ja też się pochwalę. Wysłałem mu zdjęcie mojej zmywarki, którą kupiłem tydzień wcześniej. I od tej pory aż do teraz średnio co miesiąc, dwa, wysyłamy sobie zdjęcia tego, co ostatnio kupiliśmy. Przez ten czas dowiedziałem się, że pan Mirek, handlarz, kupił sobie m.in. cztery auta, pralkę, skuter, lodówkę i robota kuchennego.

Wczoraj odwoziłem bardzo mi bliską koleżankę, która na co dzień mieszka i studiuje w większym mieście, do jej rodzinnej miejscowości. Zgadnijcie gdzie mieszka i kto jest jej ojcem...

I niech ktoś mi powie, że świat nie jest mały.

#YUP7y

Od jakiegoś czasu jestem z dziewczyną, z którą rozumiemy się bez przeszkód i jesteśmy bardzo podobni do siebie. Czuję się z nią lepiej niż z każdą inną z jaką byłem i zależy mi na niej i na jej szczęściu, bo w życiu nie ma łatwo. Problem polega na tym, że nie miała w dzieciństwie sporo miłości i też jeśli chodzi o związki, to ja jestem pierwszą osobą z jaką się spotyka. Niby wszystko to jest mi na rękę, bo mogę jej pokazać co to znaczy kochać i sprawić, żeby czuła się doceniana, kochana i potrzebna, ale ma też to swoje negatywne strony. Niedawno gdy wyszliśmy gdzieś razem spędziliśmy super dzień, na którego zakończenie postanowiłem pierwszy raz powiedzieć jej „kocham cię”, wcześniej było ciężko, bo przeszliśmy z zakochanych skrycie przyjaciół w związek. Przytuliliśmy się na pożegnanie i powiedziałem jej to wyznanie miłosne, na co ona odparła „dziękuję”. Nie powiem, że mnie to nie zabolało z lekka, ale później dodała, że jestem pierwszą osobą, która jej to powiedziała, później podziękowała, że w ogóle miałem ochotę się z nią spotkać. Cieszę się, bo widzę, że uważa mnie za wyjątkową dla niej osobę, ale z drugiej strony mi źle, bo nie mam pojęcia, czy nie potrafi okazać miłości, czy nie jest jeszcze na tyle oswojona z tym jako pierwszym związkiem, czy po prostu nie odwzajemnia takiego uczucia. Jestem dzięki niej szczęśliwy, ale jak tylko wracam do siebie, to myślę o tym, czy za jakiś czas nie usłyszę „to nie wypali...”. Nie mam pojęcia co myśleć ani co robić.

#KXevS

Jestem 25-letnim chłopakiem. Od kilku lat pod spodniami lubię nosić zwykłe damskie rajstopy, zarówno te cieńsze, jak i grubsze, w zależności od pogody. Uważam, że są dużo milsze i wygodniejsze niż kalesony, a przy okazji lepiej się sprawdzają przy podwiniętych spodniach z odsłoniętą kostką. Ot, taka moja mała tajemnica.

#e8TiU

Trzydziestkę skończyłam niedawno. Mam męża i kilka zwierzaków. W ostatnim czasie przeszłam kilka operacji, w tym dwie związane z moją chorobą – endometriozą. Starania o dziecko niewiele dają. Myślałam, że się pogodziłam z tym, że jest ciężko. Ogólnie wmówiłam sobie, że nie zależy mi na przekazaniu genów, że równie dobrze będę się czuć w roli matki dziecka adoptowanego. Próby przekonania męża do adopcji spełzły na niczym. I tak sobie żyliśmy spokojnie, bo nawet teściowa odpuściła temat, gdy powtarzałam, że nie mam potrzeby rodzenia dzieci, choć zawsze marzyłam o dużym domu z gromadką dzieci.
I trwałam sobie w tym stanie obłudy, dopóki bratowa męża nie pochwaliła się swoją ciążą. Coś we mnie pękło. Ciche gratulacje i jak nigdy wcześniej, zaczęły mi się trząść dłonie. Dotarło do mnie, że moje marzenia spełniają się innej osobie. Wcześniej się tak tym nie przejmowałam, po prostu przyjmowałam fakt, kiedy słyszałam, że ktoś się spodziewa dziecka, że komuś się urodziło maleństwo.
Jeszcze nigdy tak mocno nie leciały ze mnie łzy, gdy wróciłam do domu. Dotarło do mnie poczucie niesprawiedliwości, żal, frustracja, jakiej wcześniej nie czułam. Dlaczego inne kobiety tak łatwo zachodzą w ciążę, rodzą jedno po drugim, nawet się o to nie starając? Czemu kobiety, które traktują dzieci okropnie, biją, katują, nie dbają o nie, mają ich tak wiele, a kobiety mojego pokroju mają trudności z zajściem w ciążę i nie zostaną nigdy matkami? Dlaczego w naszym kraju leczenie niepłodności kosztuje tak ogromne pieniądze, że rodziny muszą się zadłużać, zakładać zbiórki lub rezygnować z marzenia, jakim jest posiadanie dziecka? A na końcu, czemu to spotyka mnie, gdy moje kuzynki rodzą dzieci, a ja jako jedyna w rodzinie mam problem i nie mogę zajść w ciążę?
I stoję właśnie w tym martwym punkcie, w którym przyszło mi wybierać. Zadłużyć się nie wiadomo na ile, żeby przejść procedurę in vitro, liczyć na czyjeś dobre serce i założyć zbiórkę, bo nie mam takich pieniędzy, żeby wyłożyć te kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy, czy próbować pogodzić się z faktem, że dzieci mieć nie będę i oszukiwać samą siebie, że jest dobrze jak jest i udawać, że cieszę się z czyjegoś szczęścia, gdy tak naprawdę w środku jestem wściekła, serce się rozdziera i jest mi żal.
Anonimowe w tym wszystkim jest to, że nikt oprócz mnie samej nie wie, co teraz przechodzę i jak się czuję. Być może wśród Was też jest jakaś kobieta, która mogła opryskliwie zareagować na taką wiadomość, bo też przez to przechodzi. Nie jest łatwo cieszyć się szczęściem innych, kiedy samemu ma się ten problem. I tego ludzie nie potrafią zrozumieć.

#2QEZJ

Pozory mylą :D

Ja i mój przyjaciel Kamil od podstawówki jesteśmy w jednej klasie, aktualnie jesteśmy na 1 roku.
Od zawsze miałam pewien talent do nauk ścisłych. Nie musiałam się uczyć w domu, po prostu rozumiałam wszystko od razu na lekcji. Kamil, choć też bardzo utalentowany, musiał jednak poświęcić na to trochę czasu w domu. No ale jakie dziecko myśli o matmie, kiedy na podwórku drzewa aż proszą, żeby się na nie wspinać?
Zawarliśmy układ już w 3 klasie podstawówki. Ja robię jego matmę, a on raz w tygodniu kupuje mi puszkę pepsi :D
Układ był dla mnie idealny, bo naprawdę lubiłam rozwiązywać zadania.

W 5 klasie dokonaliśmy pewnych zmian. Od tej pory nie tylko robiłam za Kamila prace domowe, ale też pisałam sprawdziany. Najpierw pisałam swój, a potem jego. Pisałam mu ołówkiem, a on przepisywał te zadania, które uznawał, że nie są dla niego "za mądre". Ja miałam zawsze szóstki, a on celował zawsze w czwórki. Ten układ działał przez resztę podstawówki, całe gimnazjum i pierwszą klasę liceum. Wtedy, dopiero wtedy po raz pierwszy zostaliśmy przyłapani. Jak? Nasza matematyczna to była naprawdę wspaniała nauczycielka, taka prawdziwa, z powołania. Ona wyłapała fakt, że Kamil ma inny styl rozwiązywania zadań na lekcji przy tablicy, a inny na sprawdzianach. Nie dała nam żadnej kary ani nie obniżyła Kamilowi oceny. Powiedziała mi natomiast coś, co bardzo wzięłam do siebie: że na maturze nie będzie szans, żebyśmy się zamienili pracami.

Od tej pory przestałam pomagać Kamilowi. Kamil natomiast zaczął pomagać mi w prowadzeniu "korepetycji" dla naszej klasy. Okazało się, że nie dość, że drań wszystko umie, to jeszcze rewelacyjnie tłumaczy.
Wtedy zrobiłam chyba bardzo głupia minę, bo powiedział mi, że zawsze ogarniał matmę, ale widział jaką frajdę sprawia mi rozwiązywanie zadań, więc po prostu dawał mi je robić.

Tak więc no, pozdrawiamy z matematyki stosowanej i życzymy najlepszego wszystkim maturzystom!!

PS. Cała nasza klasa napisała podstawę na ponad 60%, a ja i Kamil ugraliśmy po 100% na rozszerzeniu :D

#6rIvh

Kiedy internet był luksusem, a gazetki Bravo kupowało się z wypiekami na twarzy, głównym źródłem wiedzy o seksie byli młodociani znawcy tematów, czyli starsze koleżanki, które temat rozmnażania miały za sobą na przyrodzie. Dzięki nim właśnie dowiedziałam się, że od pocałowania kolegi nie zajdę w ciążę (i że nie da się zajść w ciążę z ziemią, którą całowało się w ramach wyzwań), że nie wszystkie lody są na patyku lub w rożku czy kubeczku i oczywiście – do czego służą prezerwatywy.

Nie wiem jak dziewczęta doszły do takiego wniosku, ale przez długi czas myślałam, że prezerwatywy służą do szybszego zajścia w ciążę. Nakłada się je po to, żeby wycisnąć z penisa plemniki, a potem przetransportowuje się je za pomocą czegoś w stylu strzykawki do pochwy.

Najlepsze jest w tym wszystkim to, że lekcje na przyrodzie czy biologii jakoś specjalnie nie rozwiały moich wątpliwości w tym temacie. Było o tym, że plemnik do jajeczka musi trafić, żeby powstało dziecko, jak się rozwija ciąża, o tym, jak wyglądają narządy... ale jakoś nikt nigdy bezpośrednio nie powiedział, że penisa się wkłada pochwy.

Wiecie kiedy dowiedziałam się prawdy? Na wspólnych dla całej szkoły zajęciach o HIV w liceum, kiedy jak krowie na rowie tłumaczyli co z czym, jak, dlaczego, po co są zabezpieczenia, jak działają, o chorobach wenerycznych, jak się przed nimi chronić itd.
Wszyscy się cieszyli z tych zajęć, bo dzięki nim przez cały dzień nie było normalnych lekcji i śmiali się z tego, że tłumaczą takie oczywiste oczywistości.

W życiu się im nie przyznam, że byłam prawdopodobnie jedyną nieuświadomioną osobą, której te zajęcia się na coś przydały...

#26I1F

Mój tata jest osobą, która potrafi zasnąć w sekundę i to nieważne gdziekolwiek się znajdzie. Natomiast ja z mamą niestety potrzebujemy kompletnej ciszy, dziesiątek minut wyciszania i dopiero zaśniemy.

Parę lat temu w Polsce był koncert Bon Jovi. Wielce uradowani kupiliśmy bilety i pojechaliśmy do Warszawy. Jak byliście na stadionie na jakimkolwiek wydarzeniu, to wiecie, że cała konstrukcja dosłownie „pracuje”, jak jest głośno, tym bardziej podczas koncertu Bon Jovi na Narodowym, który był wypełniony po brzegi. Podczas jednej z piosenek, gdy cały stadion bawi się, skacze, odwracamy głowy, spoglądając na siebie z bananami na twarzy, a tata.. śpi. Normalnie oczy zamknięte, kark w tył, dłonie jak w kościele. Mój tata to potężny Janusz, niestety żałuję, że tego nie nagrałem, chociaż ludzie dookoła mieli ubaw wraz z nami :)
Dodaj anonimowe wyznanie