#3MW0D

Miesiąc temu wracałam do domu "świetnym'' Inter City. Jak zwykle opóźnienie, pełno ludzi na stacji. Jak już wsiadłam wkurzona do przedziału, poznałam miłego kolegę. Od razu wpadł mi w oko. Uśmiechaliśmy się do siebie, aż w końcu zaczęliśmy rozmawiać. Ja jak to ja, zaczęłam się wdzięczyć. Umówiliśmy się, że jakoś się spotkamy.

W tym momencie zaczęła się seria wtop. Najpierw mówiąc coś do niego oplułam go gumą, potem tak nerwowo się śmiałam, że zaczęłam chrumkać jak świnka, a na końcu pierdnęłam... Wtedy on powiedział, że przynajmniej poznał mnie już z każdej strony i sam pierdnął. Nie myślałam, że tak zacznie się nasza przygoda...

PS Jeszcze nie jesteśmy razem, ale działam :)

#eubyL

Gdy miałem 10 albo 11 lat, mój starszy brat zaprosił swoich kolegów do siebie na nocowanie. W tym wieku ludzie chyba po prostu zaczynają gadać o seksie, opowiadać sprośne żarty i w ogóle. Szwendałem się po pokoju z kąta w kąt i starałem się jakoś dołączyć do rozmowy, gdy podsłuchałem, że mówią o masturbacji. Jeden z nich zażartował sobie i zapytał: „Co, będziesz dziś jeszcze walił konia?" i potrząsnął zaciśniętą pięścią na wysokości krocza ‒ ten gest, który naśladuje masturbację. A ja nie wiedziałem, jak się masturbować, więc gdy to zobaczyłem, pomyślałem: „O rany, więc tak to się robi!".

Tej nocy, gdy szedłem spać ‒ a nie miałem erekcji, bo przecież w wieku 10 lat takie rzeczy zbyt często się nie zdarzają ‒ kiedy leżałem już w łóżku, zacisnąłem pięść i zacząłem się nią okładać po moim miękkim ptaku. Chryste, ale to bolało! Na jakieś dwa lata dałem sobie spokój z masturbacją. Myślałem sobie: „nie, to chyba nie dla mnie".

#phTw5

Każdy w podstawówce miał lekcje, na których rozmawiano o zawodach swoich rodziców, rysowano je. U mnie do tego doszedł dzień z rodzicami, na którym każdy z nich opowiadał o swojej pracy itd.
Wszystko byłoby super, gdyby nie jeden mały szczegół.

Mój tata jest grabarzem, a mama ginekologiem.

#Ib1H7

Jak już się usamodzielniłam, to nadeszła ta pora, aby posiadać stałego partnera. No i po kilku różnych randkach poznałam Piotra. Fajny, usamodzielniony, i co ważne, w identycznym wieku jak ja, 26 lat. Pracował jako projektant systemów i dość często wyjeżdżał, ale mniejsza o to.

Jedna randka, druga, kolejna i... zaproponowałam, żebyśmy pojechali do niego.
OK. Po drodze, już w tracie jazdy, wypowiedział jedno zdanie "Tylko odbiorę małego od opiekunki"... Ja w szoku i już planuję zerwać tę znajomość, bo sorry, miał być singlem, a nie facetem z dzieckiem i pewnie w kontakcie z eks... Uknułam więc plan - on pójdzie odebrać dziecko, a ja poczekam i jak wróci, to powiem "Sorry, miałam pilny telefon, muszę jechać do pracy".

Gdy szedł do auta, ujrzałam najcudowniejszego malucha na świecie. Jego 3-letniego rudego kocura. Okazało się, że jak wyjeżdża na 2-3 dni, to oddaje go do hotelu.

PS Tak, jesteśmy razem ;)

#Z2JRc

3 lata temu uratowałem komuś życie. Leżąc na fotelu. Jakoś zaraz po 18 urodzinach zarejestrowałem się w bazie potencjalnych dawców szpiku. Nie minęło nawet pół roku - telefon "ktoś pana potrzebuje". Dodatkowe badania, wszystko się zgadza, mogę zostać dawcą.

Teraz chcę zdementować wszystkie plotki dotyczące pobierania szpiku: przede wszystkim NIE MA IGŁY W KRĘGOSŁUP. Nie ma, nie było i nie będzie. Szpik pobiera się w 70% z krwi. Pozostałe przypadki to pobranie z talerza kości biodrowej (z tych dołeczków na plecach) w pełnej narkozie. Po co pobierać szpik z małych kosteczek kręgosłupa, jak można z wielkiej kości talerza biodrowego.
Ja oddawałem z krwi. Jedną ręką krew wypływa, przechodzi przez separator, drugą wraca. 4 godziny na fotelu, to wszystko!
Po oddaniu dostałem telefon: "Dziękujemy, pana biorca to 16-letni chłopak z Polski". Więcej informacji dostać nie mogłem. Po 2 latach dawca i biorca mogą się spotkać, jeśli obaj wyrażą chęć. Rok temu minęły te dwa lata. Bardzo chciałem poznać mojego bliźniaka. Dostałem jednak list, że chłopak zmarł. Nie mogli mi powiedzieć kiedy, jak i dlaczego. Nie udało się go uratować, jednak dałem mu przynajmniej rok z rodziną i z tego się bardzo cieszę. Zachęcam każdego do ŚWIADOMEJ rejestracji, bo można zrobić dużo dobrego.
Żałuję tylko, że nie mogłem poznać chociaż jego imienia.

#42pnN

Kiedy miałam z 6 lat, na przystanku autobusowym zaatakował mnie niepełnosprawny umysłowo mężczyzna. Nie wiem co sobie wtedy myślał, może mu kogoś przypomniałam, ja się nieźle wystraszyłam. Na szczęście mama mnie uratowała. Pamiętam jedną rzecz - ludzie nie zareagowali. Czy z obojętności, czy przez to, że mężczyzna był niepełnosprawny i dosyć młody (miał może z 20 lat) - tego nie wiem. Od tego czasu nie lubię mieć kontaktu z takimi osobami.

Niedawno przeprowadziłam się na małe osiedle w jeszcze mniejszej wiosce, gdzie mieszka taka kobieta. Ma ponad 40 lat, zachowuje się na poziomie 10-latki. Zaczepia ludzi, dzieci, jęczy, czasami okropnie krzyczy, co oczywiście słychać po mieszkaniach. Gdy jej coś nie pasuje, potrafi coś rozwalić. Teoretycznie jest nie groźna, bo jest zamknięta na swoim podwórku. Teoretycznie.

Jako że zaczepia ludzi, rozmawia z nimi, a wielu z nich jest głupio powiedzieć, że nie chcą z nią rozmawiać, to ona uważa, że ma bardzo dużo przyjaciół. Było tak i tego dnia, kiedy wyszłam na spacer ze znajomą z małym dzieckiem w wózku. Okazało się, że furtka owej sąsiadki była otwarta i ta zadowolona wyszła porozmawiać. Ja przez swoje lęki odeszłam kawałek dalej, przyglądałam się sytuacji. Wszystko było w porządku, jednak po chwili nie spodobało jej się, że dziecko śpi i z całej siły kopnęła wózek. Dziecku na szczęście się nic nie stało, jednak jako że kobieta ma z 170 cm i na oko w okolice 100 kg wagi, gdyby było w spacerówce, a nie w zwykłym wózku, na pewno by się wywróciło na chodnik. Sama jestem w ciąży i stwierdziłam, że nie mogę dopuścić do takiej sytuacji. Nie mam jej za złe, nie jej wina, że nie myśli nad konsekwencjami, dlatego ja sama muszę myśleć nad nimi. Więc za każdym razem kiedy krzyczała do mnie, zadawała pytania, po prostu odpowiadałam, że nie mam czasu. Jednak jej to nie wystarczyło, więc pewnego dnia powiedziałam jej wprost, że jestem jej sąsiadką, możemy sobie mówić "dzień dobry", ale nie jestem jej przyjaciółką i nie chcę z nią rozmawiać. Na tyle się zdziwiła, że nie odpowiedziała nic. Ja miałam już spokój. Do czasu.

Po około tygodniu okazało się, że jestem okropną osobą, bez serca, że znęcam się i wyzywam (!) tę niepełnosprawną umysłowo kobietę. Skąd takie przypuszczenia? Starsze panie, które siedziały na podwórku i słuchały jak tłumaczyłam tej kobiecie, czemu nie chcę z nią rozmawiać, uznały to za duże chamstwo z mojej strony. Bo przecież jak mogę nie być miła dla tej biednej pani...

Uprzedzając pytania. Tak. O tym, że kopnęła ten wózek, a także jak się okazało o wielu innych sytuacjach wiedziały. Ale przecież ona nie wie, nie rozumie, jest jak małe dziecko. Trzeba jej wybaczyć i dalej się narażać na tego typu sytuacje.
I nie, sama nie mam problemu, że ktoś z nią rozmawia. Po prostu sama nie chcę i nie mam takiego obowiązku.

#X5PVr

Spotkałem ostatnio biednego szczeniaczka. Padał deszcz, ja biegłem do domu po pracy i niemal go nie zauważyłem, ale w ostatniej chwili dojrzałem, jak spomiędzy auta wystają jego czarne, błyszczące oczka.

Mały piesek chroniący się pod autem przed ulewą - myślałem, że mi pęknie serce. Podszedłem do niego powoli, wyciągałem rękę i miałem przed oczami wizję naszej pięknej, wieloletniej przyjaźni, która na pewno się zawiąże po tym koszmarnym, ponurym, deszczowym dniu.
Już prawie miałem dla niego imię.
Tak bardzo chciałem pomóc tej małej istotce... Kucnąłem, wyciągnąłem rękę, zacmokałem i powiedziałem spokojnym głosem: "Chodź tu, maluchu, idziemy do domu!".
Piesek powoli wylazł spod auta i... upierdolił mnie w rękę do krwi. Dwa razy.

Właśnie wracam po ostatniej serii zastrzyków przeciwko wściekliźnie.
Wspaniale.

#ljGYz

Całe życie byłam grzeczną córeczką swoich rodziców. Uczyłam się znakomicie, nie sprawiałam żadnych problemów, nie powiem, czasami coś "odpaliłam", ale w granicy rozsądku, albo po prostu, bez wiedzy rodziców. 

Kiedy miałam 18 lat, moja mama znalazła mój pamiętnik i czar prysł, tak dowiedziała się, że nie jestem już dziewicą. Nie puszczałam się, miałam chłopaka i tylko z nim to robiłam, ale to było bez znaczenia bo i tak usłyszałam bardzo wiele przykrych słów skierowanych w moim, i właśnie tego chłopaka, kierunku. Miałam rozkaz zerwania z nim wszelkich kontaktów i od tamtej pory każdy mój ruch był w pełni kontrolowany. W taki sposób stałam się mistrzynią kłamstw, wymyślania i kombinowania, bo, mimo wszystko, byłam zakochana i chciałam kontynuować naszą znajomość. I tak, spowiadałam się z każdego wyjścia, zdawałam raport z każdego spotkania z "koleżankami", albo z dokładnością opisywałam jak przebiegała trzydniowa "wycieczka szkolna". 

Niestety, wszystkim naszym potajemnym spotkaniom towarzyszył paniczny strach przed tym, co by było, gdyby dowiedzieli się o tym moi rodzice. Zazwyczaj spotykaliśmy się u niego w domu, nie było mowy o wspólnym wyjściu na imprezę, do kina, czy gdziekolwiek. Byłam tak zafiksowana na tym punkcie, że z czasem zaczęło mnie to męczyć i zaczęłam obmyślać genialny plan, aby "na siłę" poznać kogoś nowego, zakochać się i zacząć wszystko od początku. Mój plan spalił na panewce, bo, choć byli potencjalni kandydaci, to nie potrafiłam związać się z nikim innym. Zamiast się przygotowywać do matury, a później, jak już byłam na studiach, do sesji, to ja zamykałam się w pokoju i płakałam z bezsilności bo nie wyobrażałam sobie przyszłości z tym chłopakiem... bez niego tym bardziej. 

Lata mijały, a my nadal się spotykaliśmy, oczywiście po kryjomu. Stwierdziłam, że nadal tak być nie może i, kiedy pewnego razu mama zapytała, gdzie się wybieram, powiedziałam prawdę. Usłyszałam tylko: "Myślałam, że jesteś mądrzejsza".
Mam 25 lat i od kilku żyję w ciągłym stresie, że nie spełnię oczekiwań rodziców, co do ich przyszłego zięcia. Nie rozumiem, dlaczego mam coś zmieniać, jeśli jestem szczęśliwa z tym, a nie innym człowiekiem...
Wczoraj były moje urodziny. Kurier dostarczył mi paczkę, w której było pięknie zapakowane pudełko z napisem: "nasz nowy start".

To nie był pierścionek.

To bilet lotniczy do jednej z europejskich stolic, gdzie mój ukochany mieszka i pracuje... bilet w jedną stronę. 

Myślę, że to najwyższa pora.

#1RsKw

Wczoraj w końcu wylądowałam w łóżku z kolegą, za którym uganiałam się od dłuższego czasu. Byliśmy na imprezie, kiedy nieoczekiwanie wyznał mi, że zakochał się we mnie i że nie chce być „tylko” moim przyjacielem. No i skończyło się tak, jak się skończyło.
Dziś rano, kiedy się obudziliśmy, spojrzał na mnie ze zdziwieniem i zapytał, co robię w jego łóżku. Okazuje się, że był tak pijany, że niczego nie pamiętał...
Dodaj anonimowe wyznanie