#0dCJ5

Obecnie mamy w rodzinie dość przykrą sytuację. Dziadek, który mieszka sam w dużym mieszkaniu, który został samotny, bo zmarła mu córka (a moja ciocia) na nowotwór rozsiany, zachorował na alzheimera. Obecnie jeszcze nie jest to zaawansowany stan, ale jest coraz gorzej. W historii medycznej ma też depresję, cierpi na wiele lęków - a poza tym posiada ciężki, w rozumieniu ponad przeciętnie denerwujący charakter. Rodzice poświęcają mu wiele czasu, mama z uwagi na brak pracy pomaga mu w zakupach i ogólnych rzeczach od samego rana do wczesnego wieczora, a tata odwiedza go regularnie po pracy i wychodzi po położeniu dziadka spać. Nie jest to opieka stała czy nieprzerwana, jednak dziadek nie życzy sobie pomocy z zewnątrz, która wsparłaby rodziców. Ja bywam tam rzadko ze względu na uczelnię, pracę i opiekę nad psem oraz naszym domem - ze względu na sytuację to ja gotuję, sprzątam i ogólnie ogarniam nasze miejsce.

A teraz historia właściwa.

Z rady siostry dziadka, która mieszka na drugim końcu Polski i nienawidzi swojego brata za charakter, zainstalowaliśmy w jego mieszkaniu ukryte i małe kamery (dokładnie 4 sztuki), których jakość nagrań nie zachwyca, ale wystarczyła na udowodnienie, że dziadek ściemnia. Szykuje wszystkie scenki, jak chowanie przedmiotów w różne miejsca (np. rzeczy z lodówki do szafek, a leki wciska pod meble), specjalnie brudzi ubikację czy sypie rozkruszone papierosy na stół w kuchni, odwrotnie zakłada ubrania, przestawia zegarki, by kłócić się o godzinę, chowa pieniądze, by obwiniać kogoś o kradzież, wyłącza telefon, żeby wmówić komuś, że go zepsuł, i wiele, wiele innych.

Okłamał oraz omotał moich rodziców wokół palca, odgrywał swoje role przed ludźmi w sklepach czy przed lekarzami. Udawał, że jest coraz ciężej chory. Spowodował, że tata choruje nagle i poważnie na serce, a kłótnie w jego zgranym małżeństwem z mamą są codziennością.

Odwróciliśmy się od dziadka, a on w akcie rozpaczy, że nikt nie będzie jego naiwnym służącym, przestał udawać. Magiczne ozdrowienie.

#BCwSh

To co teraz napiszę może wydawać się kontrowersyjne, ale wiem, że są osoby, które się ze mną zgodzą.

Uważam, że ludzie to dupki, gnoje, ścierwa.
Większość myśli tylko o sobie i nie ma sumienia. Zabiliby was dla osiągnięcia własnych korzyści. Są też dobrzy ludzie, ale jest ich mało, a jeszcze inni tylko udają, a prywatnie zniszczyliby każdego człowieka, którego nie lubią bądź który im przeszkadza. Nie wspomnę o tym, że flora i fauna miałyby się lepiej bez nas.

Powinniśmy się wszyscy zabić, a ja mogę to zrobić pierwszy. Gdyby moja śmierć gwarantowała wymarcie wszystkich ludzi, nie wahałbym się ani minuty i jak najszybciej bym się zabił.
Jeżeli Bóg istnieje, to powinien się nas pozbyć, bo jesteśmy jedynym, co mu nie wyszło.

#EdOmp

Pewien czas temu poszłam ze znajomymi na imprezę. Mój tata był akurat w pracy, a mama została sama w domu. Poinformowałam ich, że wrócę mniej więcej o pierwszej w nocy. Impreza była super, wypiliśmy kilka drinków. Nadszedł czas, kiedy musiałam wracać do domu. Zabrałam swoje rzeczy i ruszyłam w stronę mieszkania. Jako że nie miałam siły na nic, weszłam do domu i w "opakowaniu" powędrowałam do swojego pokoju. Tam ściągnęłam buty i położyłam się spać. Cały czas zdawało mi się, że dzwoni mój telefon. Nie zwracałam jednak na to uwagi i spałam dalej. 
Godzina szósta rano, przebudziłam się. Kolejny telefon. Dzwoni tata. Zdziwiona odbieram telefon.
- Słucham?
- Gdzie ty jesteś?! Co ty narobiłaś?
Bardzo się zdziwiłam i przestraszyłam.
- Yyyy no jestem w domu... śpię.
- Aha... no dobra. 

Okazało się że moja mama nie słyszała, jak wchodzę do domu. Kurtki ani butów nie było w korytarzu, więc pomyślała , że nie wróciłam do domu i coś się stało. Milion nieodebranych połączeń i SMS-ów od mamy. Obdzwoniła kilka moich koleżanek, czy nie wiedzą, co się ze mną dzieje i gdzie jestem. Te zaczęły wydzwaniać do mnie, a jedna z nich o 6 rano jeździła rowerem i szukała mnie w mojej miejscowości. Stan pełnej gotowości, mama chciała nawet wzywać policję. A ja przez ten cały czas smacznie spałam w moim pokoju na piętrze.

#mbl4U

Byłam molestowana przez mamę od 13 roku życia. Mam niestety zespół stresu pourazowego i syndrom sztokholmski, bałam się o tym powiedzieć komuś w rodzinie, przez to też czułam się bardzo nieatrakcyjna dla mężczyzn, bo kto chciałby być w związku z osobą, która była molestowana? Za duże obciążenie psychiczne dla większości ludzi. Do tego od zawsze mama wmawiała mi, że jestem grubsza i mam problemy z jedną nogą (niby od urodzenia, i że problemy z tą nogą będą ciągnęły się za mną już zawsze). Ja w to wszystko uwierzyłam. Muszę jeszcze dodać, że mama od podstawówki nie pozwalała mi spotykać się ze znajomymi, a jak pozwalała, to tylko raz na kilka miesięcy, więc zdziczałam w domu. Reszta rodziny pomagała nam czasem, tylko z przymusu, a do tego są bardzo wierzący, więc pewnie by nie uwierzyli, że mama mogła robić coś takiego...

Czasem myślę, że lepiej byłoby, gdyby mnie nie było.

Tym wyznaniem chciałam poinformować szerszą grupę ludzi, że kobiety też mogą molestować dzieci, nawet matki. Otwórzmy szerzej oczy na ten problem, a może ktoś nie będzie bał się nam zwierzyć.

#fAlJ0

Pewnie każdy z was miał taką sytuację, że gdy jest na jakimś przyjęciu, imprezie przedstawia mu się większa grupa osób. Wymieniają swoje imiona po kolei Arek, Tomek, Krzysiek, Dawid, Ania, Ola, Julia, Paweł, Agata, Sebastian, Paulina, Renata. A ty ściskasz ich dłoń i powtarzasz: Daniel, Daniel, Daniel, Daniel... No, chyba że tak się złożyło, że nie masz na imię Daniel, wtedy przedstawiasz się inaczej. I teraz moje pytanie do was - jak miała na imię szósta osoba z mojej listy? Pewnie właśnie musiałeś to sprawdzić...

Taka też mnie sytuacja spotkała. Na przyjęciu przedstawiła mi się większa grupka osób, a ja nie zapamiętałem imienia jednej dziewczyny. Pewnie nie tylko jednej, ale z tą jedną będzie związana moja historia. Na całe szczęście podczas rozmowy z jedną osobą nie używamy raczej jej imienia. I pani Niezapamiętana (tak ją na razie nazwijmy) spędziła ze mną cały wieczór. Pod koniec imprezy wymieniliśmy się numerami.

Jak to czasem w życiu bywa, zakolegowałem się z Niezapamiętaną. Chodziliśmy razem na piwo, spacery, okazało się, że tak jak ja lubi w nocy oglądać gwiazdy z dachu. Mijały tygodnie, a ja wciąż nie wiedziałem, jak ona ma na imię. A głupio było po takim czasie zapytać "a tak właściwie to jak masz na imię?". Któregoś dnia zaprosiła mnie na grilla. Kilka razy poszliśmy do niej na działkę, braliśmy piwo, coś na ruszt i grillowaliśmy sobie sami. Myślałem, że ma na myśli takiego grilla. Okazało się, że byli tam jej rodzice i pies - taki mały wkurzający, głośny, upierdliwy... właściciele takich małych piesków często je rozpieszczają. Atmosfera o dziwo nie była napięta, jej rodzice okazali się bardzo w porządku. Zaczęliśmy jeść, a jej pies wciąż ode mnie żebrał! Ale właściciele zabronili dokarmiać zwierza, więc tego nie robiłem. W końcu dał mi spokój i wskoczył na kolana mamie. 

Po jakimś czasie pani domu zadała mi pytanie, czy polubiłem Maję. Jest! Po takim czasie w końcu dowiedziałem się jak ma na imię! Maja! Uszczęśliwiony odpowiadam, że tak. Znamy się tylko miesiąc, ale jest moją przyjaciółką, a na dodatek ma bardzo miłych rodziców. Ale patrzę, że jej ojciec spogląda na mnie spod byka. Myślę sobie — jak to ojciec, nie lubi, gdy ktoś się kręci wokół jego córki. Więc przyhamowałem trochę z entuzjazmem i zacząłem opowiadać o tym, co ostatnio robiliśmy. Opowieść przerwał mi wkurzony tatusiek słowami "Maja to pies"...

#SALoz

Piszę tutaj, bo potrzebuję waszej pomocy. Nie będę się rozwodzić, ale w skrócie chodzi o to, że moja matka jest osobą toksyczną. Wiem to odkąd skończyłam 13 lat, jakoś wtedy przez przypadek przeczytałam artykuł o toksycznych rodzicach. Gdy zorientowałam się, że ma bardzo podobne cechy zaczęłam bardziej drążyć temat, przeczytałam mnóstwo stron i przeorałam całego YouTube'a. Opiszę wam przykładową sytuację, żebyście mieli rozeznanie.

W poniedziałek (trzy dni temu) sprzątała, ja odkurzyłam podłogę i dostałam mopem w nos za to, że zrobiłam to niedokładnie. Nie wspomnę o ilości wyzwisk, bo to jest akurat norma. Oczywiste jest to, że się popłakałam, boli mnie to, jak mnie traktuje - z tego powodu zarobiłam siniaka na plecach, bo jak zwykle beczę. Szybko musiałam się ogarnąć, ponieważ wymyśliła, że chce jechać na zakupy, a ja MUSZĘ z nią jechać.

Piszę to po to, abyście mi pomogli. Mam 14 lat i za bardzo nie mogę się wyprowadzić, a nie wiem jak mam sobie z nią radzić. Proszę, potraktujcie mnie poważnie, nie jestem histeryczną dziewczyną, która szuka atencji. Jest mi naprawdę bardzo źle, a nie mam się komu zwierzyć.

#LgVOP

Dwa lata temu, a dokładnie 9 stycznia 2013 roku, miałam moje trzecie podejście do egzaminu na prawo jazdy. Po raz pierwszy udało mi się wyjechać z placyku. Od razu zauważyłam, że mój egzaminator zgrywa ważniaka, żeby mnie zestresować. Wyjechaliśmy na miasto. Chciałam zamknąć okna bo chłodno było, ale ze stresu pomyliłam guziki i otwarłam egzaminatorowi okno do połowy. Zestresowałam się 3 razy bardziej, więc zostawiłam tak jak było. 

W momencie kiedy miałam zmieniać pasy za każdym razem ktoś mnie przepuszczał w tym radiowóz policyjny. Pan egzaminator był bardzo poirytowany widząc to. Podjechaliśmy do świateł, bo akurat było czerwone światło. Na pas obok podjechał jakiś facet i zaczął krzyczeć: "Powodzenia! Niech się pani nie stresuje!". Uśmiechnęłam się i pomachałam, na co mój egzaminator surowym głosem powiedział, że natychmiast mam zamknąć okno i rozmowa z innymi kierowcami jest niedozwolona. Zamknęłam okno i pojechaliśmy dalej.

Chciałam rozluźnić atmosferę i zaczęłam opowiadać, jak to na jazdach było, że jeszcze wczoraj leżał śnieg, a dziś już suche drogi. Ale surowy pan nie podjął pogawędki i jechaliśmy w milczeniu. Prowadził mnie w miejsca, gdzie najczęściej oblewają, ale poradziłam sobie i czułam się już pewnie. Wjechaliśmy na uliczką jednokierunkową. Po dwóch stronach ulicy stały zaparkowane auta. Wjeżdżając na przejście dla pieszych zauważyłam, że popełniłam błąd, bo jakaś pani obfitych kształtów, w białym płaszczu stała przy pasach i czekała na możliwość przejścia przez jezdnię. Postanowiłam olać sytuację, ale egzaminator to zauważył i zapytał czy wiem, że popełniłam błąd. Oznajmiłam, że nie wiem i czy może powiedzieć jaki. Odparł, że nie przepuściłam pieszego na pasach. Na co ja, że myślałam, że to... zaspa. Pan nie wytrzymał i zaczął się śmiać na cały regulator. 

Gdy podjechaliśmy pod ośrodek, wyciągnął swój notatnik, zasłonił go tak, żebym nie widziała co pisze i powiedział: "Nie umie pani jeździć, parkować też nie, nie przepuszcza pieszych na pasach i łamie przepisy drogowe". W tym momencie odsłonił kartkę, na której widniał napis POZYTYWNY.

#GIl7r

Nienawidziłam dzieci odkąd pamiętam. Nawet gdy byłam jednym z nich, to wolałam towarzystwo dorosłych. Na lekcji WDŻ (w gimnazjum) z planowaniem rodziny powiedziałam, że nie chce mieć żadnych dzieci. Od razu zostałam zaatakowana przez osoby z klasy. Nie miałam życia przez ten tydzień czy dwa, dopóki im się nie znudziło. Męczyli mnie pytaniami typu: ale dlaczego nie chcesz? Jak to? Za parę lat na pewno będziesz mieć kilka, przecież dzieci są takie słodkie, chcesz całe życie spędzić sama? Itd., itp.

Nikt nie rozumiał, że dla mnie nie są słodkie, brzydzą mnie i nie chcę mieć z dziećmi nic wspólnego. To po prostu nie dla mnie, nie potrafiłabym się nimi zająć i najważniejsze - czy w ogóle bym je potrafiła pokochać?  To moje zdanie i tak jak oni chcą zrobić z siebie króliki i mieć 6 sztuk, to ja nie chcę mieć żadnego. Nie obnoszę się z tym, ale po prostu mnie to wkurza, że gdy tylko np. na jakimś przyjęciu rodzinnym schodzi temat na dzieci, to chociaż nie chcę o tym rozmawiać i próbuję jakoś omijać ten temat, to i tak jestem przekonywana do posiadania dzieci, a najlepiej dwójki, bo jedynak będzie smutny bez rodzeństwa. Padają sformułowania: "będziesz starsza, to zrozumiesz", "uważaj, bo jak ktoś tak mówi, to zawsze ma kilka", "zobaczysz, że będziesz żałować" i wszyscy mają na twarzach szydercze uśmieszki, że "na pewno będę miała". Irytuje mnie to do takiego stopnia, że mam ochotę wtedy po prostu wstać i wyjść bez słowa, a najbardziej pieprznąć komuś w twarz, żeby mu się ten uśmieszek przekrzywił.

Na szczęście mój partner ma dokładnie takie samo zdanie jak ja, ale jego też ludzie nie oszczędzają. "Co z ciebie za mężczyzna, musisz mieć dzieci", "ja chcę mieć wnuki!".

Takim działaniem ludzie coraz bardziej zniechęcają mnie do posiadania dziecka, nie czuję się dobrze w gronie rodziny, czuję się po prostu jak odrzutek, a oni wciąż naciskają, że "jeszcze zmądrzeje". Jak przez 25 lat mój stosunek do dzieci się nie poprawił, a może nawet i pogorszył, to raczej się już nie zmieni, a jak się zmieni, to się zmieni i tyle. Nikt nie powinien na siłę wmawiać, że się mylę i będę czegoś żałować, gdy bez tego jest mi bardzo dobrze.

Boli mnie, że w XXI wieku niektórzy ludzie (i wszyscy, których spotkałam oprócz mojego partnera) nie potrafią przyjąć do wiadomości, że ktoś nie chce mieć dzieci. Boli mnie też, że mężczyźni mogą bez problemu poddać się zabiegowi wazektomii, a podwiązanie jajowodów jest przestępstwem w naszym kraju. Mam już po prostu tego dość, na każdym kroku spotykam się z brakiem zrozumienia i nawet jestem wytykana palcami "bo to ta, co nie chce mieć dzieci".

Ja nie mam już siły na kolejne spory, czuję się źle w towarzystwie, odcinam się powoli od rodziny, mam dość "naprostowywania mnie". Próbuję o tym nie myśleć, ale skutecznie odbiera mi to radość z życia. Pragnę zamknąć się gdzieś na odludziu, na jakiejś wsi i żyć sobie spokojnie, mając w dupie wszytko i wszystkich, chociaż takie życie w ogóle do mnie nie pasuje. Po prostu muszę wybrać mniejsze zło, żeby w spokoju żyć.
Dodaj anonimowe wyznanie