#Fe6bD
To nie tak że się nie uczę. Miałam na początku trojki i jedynki - mózgiem z matematyki nie jestem, ale wystarczyło żeby mieć dwójkę na półrocze. W drugim półroczu niestety same jedynki. Na korepetycjach i w domu umiem, a w szkole stres i czarna dziura w głowie jakbym się nigdy tego nie uczyła.
Miał ktoś taki sam problem z anonimów lub podobny? Jeżeli tak to jak się nauczyliście i poradziliście sobie ze stresem?
#9f35k
Jestem od niej zależna finansowo, bo jeszcze studiuję i nie daję rady się sama utrzymywać, z normalną pracą jest tutaj bardzo ciężko. Marzę, że jak się całkiem usamodzielnię, nie będę musiała jej już więcej oglądać.
#hakBU
#UZrkf
Jakiś czas po ślubie powiedziałam mężowi, że ja już jestem gotowa na dziecko. Informacja bez spiny jak sam będzie chciał to możemy działać. Żadnych nacisków. Po kilku tygodniach mąż cały happy przyszedł do mnie, że na niego też już przyszedł czas.
Ogólnie poszło nam szybciej niż myśleliśmy, w życiu mieliśmy jeszcze troche bajzel typu moja obrona, jego długa praca, mieszkanie kątem u rodziców, potem nasz remont i przeprowadzka. Ogolnie działo się dużo, ale do porodu zdążyliśmy ze wszystkim. Moja ciąża przebiegała różnie typu ogromne mdłości = kilka tyg wyłączenia, potem powrót do pracy, potem kilka tyg infekcji (nie ma jak możliwości leczenia w ciąży), ale ogólnie jakoś dawałam radę. Mąż mnie bardzo wspierał przez cały ten czas, nawet jak normalnie do gin chodziłam sama to zawsze zainteresowany co i jak, ale przede wszystkim miałam w nim ogromne wsparcie psychiczne, a w ciąży przy huśtawce hormonalnej, do której dochodzi strach o dziecko jest to mega ważne.
Dziecko jest zdrowe, mój mąż jest świetnym ojcem. Zaczęliśmy przebąkiwać o kolejnym dziecku. Na początku bardziej mąż podsuwał temat jeszcze bez konkretnych deklaracji, potem ja stwierdziłam, że to już ten czas, że jestem gotowa i znowu bez nacisków czekałam na decyzję męża, a gdy ta nadeszła znowu poszło nam szybko.
Obecnie jestem blisko połowy ciąży, mój mąż dużo mniej pracuje, mieszkanie 100% zrobione, dyplomy w szafie leżą.
Ja ciąże przechodzę zdecydowanie gorzej, praktycznie całą spędzam w domu. Z dzieckiem jest ok, ale u mnie niekoniecznie i nie jest to moje widzimisię, tylko decyzja lekarza. Jak mam lepszy dzień to posprzątam, ugotuję, pranie robie na bieżąco, bo to nie jest duży wysiłek, wszystko co da się załatwić zdalnie ogarniam - zakupy, rachunki, różne zapytania, do tego mamy zmywarkę, więc talerze też nie stoją. Starszak chodzi do żłobka, mimo, że ja jestem w domu, bo nie zawsze byłabym w stanie zapewnić mu opiekę, czy posiłek na czas, już nie mówiąc o spacerach. Po prostu taka ciąża.
Do tego wszystkiego jestem w tej ciąży sama. Mam wrażenie, że mój mąż ma mnie za wariatkę, czy hipochondryka. Wiecznie słyszę, że nic nie robię, że mam wziąć się w garść, czy, że o czymś mogłam pomyśleć. Tyle, że po domu naprawdę widać kiedy się dobrze czuję, a kiedy nie, na badania jeżdżę sama, nie potrzebuję nańki, na sor pojechałam raz kiedy zdecydowanie źle się czułam - tak kazał mi mój lekarz. Psychicznie jest mi mega ciężko, nasze małżeństwo jest zimne jak nigdy, a ja się nawet nie mam komu wygadać.
#HTGow
Byłam w ośrodku leczenia uzależnień, tam poznałam Filipa (imię zmienione). Był psychologiem i okazał się moim wybawcą. Pomógł mi wyjść z nałogu, zakochaliśmy się w sobie, myślałam, że znalazłam w końcu partnera na całe życie. Filip kochał mnie mimo wszystkich moich wad, zaakceptował moją przeszłość, dzięki niemu znalazłam nową pracę i stopniowo spłaciłam pożyczki. Naprawdę wyprowadził mnie na prostą, a ja... No cóż, po jakimś czasie zaczęło mi brakować adrenaliny, on był zbyt przewidywalny, a ja potrzebowałam się jeszcze wyszaleć. Zerwałam przez SMS, od dwunastu lat nie mamy kontaktu. Regularnie go stalkuję, wiem, że założył rodzinę, wydaje się szczęśliwy.
Ja obiecałam sobie, że nigdy nie wrócę do dragów i dotrzymałam słowa. Od kilku lat mam też stałą pracę w korpo, zarabiam całkiem nieźle, ale wciąż nie radzę sobie z kontrolowaniem wydatków. Oczywiście znaczna część idzie na wynajem, poza tym jakieś ciuchy czy impreza w klubie i efekt jest taki, że praktycznie nie mam oszczędności. Najgorsze, że większość czasu spędzam sama. Większość dawnych koleżanek ma mężów i dzieci, niektóre zerwały kontakt. Jak uda się gdzieś wyjść raz na pół roku, to już jest sukces. Z facetami też już jest gorzej, mam ponad 40 lat i większość z nich automatycznie mnie skreśla. Oczywiście to się nie stało z dnia na dzień, ale jednak widać różnicę. Ja teraz chcę stabilnej relacji, nie mam już siły na jednorazowe przygody. Ostatnio piję coraz więcej wina, boję się, że znowu będę musiała iść na odwyk. Tylko że już nie będzie Filipa, nikt inny nie pokocha mnie tak jak on. Czuję, że zmarnowałam życie.
#ck5nF
To, że nie spłukuje się wody po jednym czy dwóch siusianiach, to zapewne podejście klasyczne, stosowane przez wiele osób. Niespuszczanie wody po dwójeczce to już hardkor. Ale bardziej hardkorowe jest nieużywanie spłuczki w ogóle. Zamiast tego zaś posiłkowanie się jednorazowymi woreczkami, które ukradło się z biedry w ilościach hurtowych. Wygląda to tak, że siostra rozpościera woreczek pod dupą, przytrzymuje pośladami, żeby nie odpadł i robi swoje. Potem wyjmuje, zawiązuje i wrzuca do kosza. W ten sposób – jak twierdzi – potrafi przez kilka tygodni nawet nie spuszczać wody (siusiu często trzyma do prysznica albo robi w pracy).
Jak się o tym dowiedziałem? Zdziwiło mnie, że jedna z szuflad w regaliku łazienkowym wypchana jest plastikowymi torebeczkami (szukałem czegoś do „lektury” podczas posiedzenia). Szczęśliwie dla wszystkich wokół siostra nie nalega, aby goście załatwiali się w ten sam sposób co ona.
#0FsJy
Jestem rolnikiem, sadzę głównie truskawki, no i właśnie tu jest problem. Otóż nie ma komu ich zbierać! Wbrew powszechnej opinii nie śpię na forsie, nie stać mnie na te wszystkie maszyny, a od Unii nie wezmę, bo to złodzieje. Zawsze szukałem ludzi do pomocy, młodych ludzi, bo to trzeba się schylać. Ja wiem, jak teraz wygląda szkoła, w czerwcu oni się tylko nudzą, a mogliby w tym czasie przyjść i pomóc sąsiadowi. Płacę dość dobrze, 4 zł za kobiałkę. Nie za godzinę, bo niektórzy się obijają. Ja w ich wieku nawet tyle nie miałem i uważam, że to jest dobra stawka dla kogoś, co jeszcze nic nie umie. Zresztą co to za praca, to jest bardziej wypoczynek na świeżym powietrzu, lepszy niż te wszystkie siłownie.
Muszę powiedzieć, że jestem rozczarowany dzisiejszą młodzieżą. Za moich czasów sąsiedzi pomagali sobie nawzajem i nikt nawet nie pomyślał, żeby chcieć pieniędzy. A teraz oni wolą przez całe wakacje się lenić i brać forsę od rodziców. No, niektórzy są ambitniejsi, szukają pracy na wakacje. Ale to jest dla mnie niezrozumiałe, wolą jeździć 30 kilometrów do miasta, zamiast tu pod nosem sobie zarobić. Albo ta cała „praca zdalna”, kto to widział, żeby brać pieniądze za siedzenie przed komputerem. Przecież jak ja oglądam telewizor, to mnie nikt nie płaci, gdzie tu sprawiedliwość? Przez to wszystko truskawki mi zgniły i znowu będę musiał się zapożyczać. Co to za chore czasy, żeby roszczeniowe dzieciaki dyktowały warunki? Ja bym ich posłał do wojska, dziewczyny też, bo to, co sobą reprezentują, to woła o pomstę do nieba.
#JZ84W
#pOCO5
W końcu wujek umarł – po pijaku uderzył w coś głową i zrobił mu się krwiak na mózgu.
A teraz najlepsze: nieraz go wspominają przy rodzinnych spotkaniach, jaki to on super gość był. Jak to słyszę, to zawsze się pytam, czy mówią o tym wujku alkoholiku, co okradał własną siostrę. Fajne uczucie :)