#wpkvU

Jestem studentem III roku Grafiki Komputerowej, wybrałem ten kierunek ze względu na to, że już od niepamiętnych czasów bawiłem się różnymi programami graficznymi - po prostu to lubię i daje mi satysfakcję.

Przejdźmy dalej, zajęcia typu laboratoria, ćwiczenia stricte z grafiki idą mi świetnie, zaliczenia najniżej na 4. Ale ktoś "wyżej postawiony" doszedł do wniosku, że należy nam wrypać filozofię... Tak! Filozofię na Grafice Komputerowej, to jest jak wrypanie rozszerzonej matmy dla studentów prawa.

Tak więc wykładowca z filozofii jest bardzo ambitny, Mur Chiński przy jego ego to krawężnik. Oblałem termin zerowy egzaminu, oblałem termin główny, oblałem poprawkę, czas na warunek. Najbardziej mnie boli w tym wszystkim to, że wiem, że jestem dobry w tym co robię, czyli w grafice, a mogę nie ukończyć studiów przez durny system. Ch*j, że jesteś w czymś dobry, my zrobimy tak, że i tak nic ci to nie da.

Pozdrawiam Wszystkich, którzy mają ten sam ból :)

#4JsWu

Kiedyś przez lata byłam bardzo dobrze kojarzona w pewnym środowisku, co powodowało, że żyłam w przeświadczeniu, że ludzie są mili i otwarci, podobnie do mnie. Co prawda czasem spotykałam się z sytuacjami, kiedy słyszałam, że ktoś chwalił się, że mnie zna i wiem, że niektórzy z tej przyczyny zabiegali o znajomość ze mną.
Później nastąpiła sytuacja, kiedy pojawił się pato-fan-prześladowca. Przez lata mi zatruwał życie, aż w końcu po włamaniu na mój komputer i wykradzeniu moich prywatnych plików zorientowałam się, że on naprawdę mi zagraża. Policja nic nie mogła na to poradzić, portale, na których mnie prześladował, również nic nie chciały robić. Finał sprawy był taki, że musiałam się ukryć dla własnego bezpieczeństwa, odciąć od mojego poprzedniego życia zawodowego. Z tym że moje zawodowe życie było mocno połączone z moim prywatnym, w związku z czym straciłam 99% znajomych z wyjątkiem dwóch osób, które znałam na tyle dobrze żeby wiedzieć, że mój prześladowca nie ma w nich znajomych. Co do reszty nie miałam ani czasu, ani ochoty testować kto jest bezpieczny.
Myślałam wtedy, że szybko to nadrobię i zbuduję nowe kontakty. Możecie myśleć, że to naiwne z mojej strony, ale zawsze miałam łatwość w nawiązywaniu znajomości i żyłam w przekonaniu, że z wiekiem to się nie zmieniło (dwudziestka jest dawno za mną).

Jak się domyślacie, mocno się zdziwiłam, kiedy się przekonałam, jak bardzo się myliłam. Mieszkam od 3 lat w nowym (dla mnie), większym mieście i przekonałam się, że ludzie dbają tylko o to, czy można mieć jakieś korzyści z danej znajomości. Być może to specyfika tego miejsca, ale fakt jest taki, że kogokolwiek tutaj nie poznałam, to byłam miło traktowana w czasie rozmowy po poznaniu, a później olewana i kontakt się nie utrzymywał.

Mam całą masę zainteresowań, jestem kulturalną osobą, ciekawą świata, otwartą na ludzi i dobrze im życzącą. Żyłam przez lata w przeświadczeniu, że większość ludzi jest podobna do mnie mimo różnic zainteresowań i poglądów. Bardzo przykro mi jest teraz, kiedy widzę, jak się myliłam. Jak trudno mi się funkcjonuje w tej dziwnej samotności, gdzie zostały mi dwie bliskie mi osoby, które znam od lat. Jest taki utwór Surgical Meth Machine „I'm Invisible” – dokładnie tak się czuję, niewidoczna, ignorowana.
A przecież nie traktuję ludzi przedmiotowo, nie jestem nachalna, szanuję ich indywidualność i różne poglądy.

Być może zawsze tak było i nie jest to rys współczesnych czasów, ale jest to zwyczajnie przykre i smutne dla mnie.

Chciałam się podzielić z kimś z zewnątrz mojej mikrogrupki tą refleksją.

#FYwLc

Studiuję pedagogikę. Pewnego lata zgodziłam się wyjechać wolontariacko na obóz z dziećmi. Większość z nich znałam, ale z racji mojego kierunku studiów dostałam pod opiekę najtrudniejsze dzieci. W tym Kacpra. Zaraz po przyjeździe zaczął swoje przedstawienie. Nie mógł się odnaleźć, co okazywał agresją. Wobec wszystkich. Naparzał szyszkami w każdego kto próbował mu przemówić do rozsądku, kolację wyrzucił na podłogę, generalnie nic mu nie pasowało.

Nie ci koledzy, nie ten domek, nie ta pogoda, nie te buty mu mama spakowała, itd. itp. Do 22 ani się nie rozpakowałam, ani nawet nie wysikałam. W końcu padła decyzja - dzwonimy do rodziców. Kierowniczka powierzyła mi to zadanie, bo sama w tym czasie zajmowała się tęskniącymi dziećmi i była z kimś na linii. Pierwszy dzień to kosmos. Spisała mi numer do mamy Kacpra. Wyzwanie dla przyszłego pedagoga. OK... Dam radę. 100% zaangażowania, pełen profesjonalizm. W głowie wszystkie hasła ze studiów.

Opowiedziałam wszystko ze szczegółami, mama Kacpra była w szoku. Przez pierwsze 15 min rozmowy ciągle powtarzała, że zna swoje dziecko i ono nie jest do tego zdolne. Przez kolejne 15 min bardzo przybita ustalała ze mną szczegółową strategię. Że porozmawia z synem, że damy mu szansę na zaaklimatyzowanie się, ale jeśli nic się nie zmieni, to rusza w drogę po swoje dziecko. 100 razy przepraszała za jego zachowanie. Ja oczywiście obiecałam, że zrobię wszystko żeby mu pomóc. OK. Wszystko obgadane.

Druga z kolei z listy najtrudniejszych rozmów telefonicznych w moim życiu za mną. Brawo. Pozostało oddać Kacprowi telefon, aby mama powtórzyła mu wszystkie nasze wspólne pomysły. 20 sekund później Kacper oddał mi telefon: "to nie moja mama".

Na kolonii był jeszcze jakiś inny Kacper...

Najtrudniejsza rozmowa mojego życia to był drugi telefon do mamy grzecznego Kacpra.

#wWgvm

Ja.... Trochę się kruszę od wewnątrz. Dużo dzieje się w moim życiu. Moja mama wyjeżdża za granicę do pracy, ojciec jest alkoholikiem. Niedługo moja ciocia (która jest dla mnie jak druga mama) wyjeżdża na zmianę do pracy za mamę. Dzisiaj widziałam się z nią po raz ostatni przez długi czas. Za każdym razem kiedy się zmieniają, to boli, czuję, że dramatyzuję, ale pękam wewnętrznie i łzy same cisną mi się do oczu. Przy nich zawsze się śmieję i mówię, że dam sobie radę. Ale mam już pomału dość. Zaciskam zęby, kiedy wracam do „domu” w stanie meliny, z masą kolegów ojca.

Mam dość tego, że zawsze muszę się z kimś żegnać co kilka miesięcy. Mam dość, że dorastam. Nie chcę być pełnoletnia, czuję, że wtedy stracę ogromną część siebie. Nie chcę dorastać. Kilka lat temu nie myślałam, że w ogóle dotrwam się do tego czasu, próbowałam się zabić kilkukrotnie. Jestem pod opieką specjalisty. Chciałabym, żeby ktoś mnie wsparł w tym okresie i pomógł mi wejść w dorosłość. Ale mamy nie będzie, ma pracę. Mówię jej, że to dzień jak co dzień i nie musi się przejmować, ale wcale tak nie jest, to specjalna data. Chcę świętować urodziny. Żaden prezent czy inna rzecz nie potrafią wynagrodzić mi jej braku. Czuję się bezużyteczna, wszystko trzymam w sobie. Nie potrafię się uzewnętrznić. Codziennie w drodze do szkoły płaczę pod nosem, żeby w budynku stać się duszą towarzystwa. Zawsze taka byłam i czuję przymus sprawiania pozorów. Wiem, że jestem irytująca dla otoczenia, ale nie chcę żeby ktoś widział, że coś jest nie tak. Nie chcę się użalać, a jednocześnie mam dość trzymania wszystkiego w sobie.

#MZqw5

Cześć!
Jestem w szpitalu (powód nieistotny), a razem ze mną jest mała blondyneczka lat 7. Poprosiła mnie o zrobienie warkoczyków, a jako że umiem je robić, to z chęcią je zrobiłam.

Zaczęłam czesać jej złocistą grzywę i z podziwem mówię:
"Ale masz piękne i mięciutkie włosy! Jak dorośniesz, to dbaj o nie, to będzie twój największy skarb".
A ona powiedziała coś, co nawet nie przyszło mi do głowy (i założę się, że większości z was również nie):
"Ale moim największym skarbem są mama i tata".

Niby zwykłe zdanie, ale robi wrażenie. Nie wiedziałam co powiedzieć.

#jMOUw

Historia o zranionym sercu i zemście doskonałej.

Nigdy nie byłam zbyt lubiana w podstawówce. Chorowite grube kujonki nie mają łatwo wśród rówieśników. Miałam dwie koleżanki, które jako tako mnie akceptowały. Wciągnęły mnie nawet do grupy starszych dziewcząt, tworzących tzw. "elitę 12-latek".

Gdzieś pod koniec roku szkolnego, gdy byłam w piątej klasie, zorganizowano trzydniową wycieczkę. Wybłagałam mamę, by dała mi te 200 złotych. Nie przelewało nam się, ale widząc moją radosną minę z wyjazdu z "przyjaciółkami" zgodziła się.

Już pierwszego dnia wycieczki dziewczyny mnie ignorowały. Chodziłam sama i patrzyłam, jak one świetnie się bawią. Bolało. Pierwszej nocy zbudziły mnie głosy koleżanek z klasy (X i Y). Udawałam, że śpię i podsłuchiwałam je.

X: Co, nasza Śpiąca Królewna śpi?
Y: Phi, już dawno.
X: Co to, dziecko, że kładzie się o dziesiątej? Hmmm... Kiedy ona ma tak w ogóle urodziny?
Y: Bo ja wiem? Chyba w marcu (mam we wrześniu).
X: Taki smarkacz? Ty ze stycznia. Jakbyś urodziła się kilka dni wcześniej, chodziłabyś z nami do klasy.
Y: No, a tak muszę męczyć się z takimi idiotkami jak ona.

I dalej tak na mnie gadały, aż położyły się spać. Przez resztę nocy ryczałam w poduszkę. Serce pękło mi na kawałki, ale w mojej głowie rodził się plan zemsty doskonałej. Co zrobiłam następnego dnia?

Naplułam do zupek z torebki, które chętnie "zgodziłam się" im zrobić. Dodatkowo nasikałam na ich szczoteczki do zębów, a do buteleczek z perfumami dolałam wodę z kibla, czerpaną ich kubkami, z których piły herbatę/napoje.

I wiecie co? Nadal jestem z siebie dumna i gdy mijam A. i G., czuję tą samą satysfakcję co tamtego dnia kilka lat temu.

#y9spm

Odkurzałem stare płyty CD i DVD nagrane w młodości i trafiłem na jeden plik.

Było to w okolicach 2000 r., miałem wtedy 16 lat. Moi rodzice mieli dom, a że koło tego domu była przybudówka po dawnym zakładzie, to przebudowali ją na dom gościnny i wynajmowali dwa pokoje dla studentów. Zysk niewielki, ale zawsze. W każdym razie wynajmowały jeden z pokoi dwie dziewczyny. Koleżanki z jednego kierunku.

W pewną czerwcową niedzielę rodzice pracowali w szpitalu i rozpoczynali nocną zmianę. To ja, szczęśliwy nastolatek, miałem czas na komputer i gry. Szczególnie iż był to czerwiec i oceny w większości juz ustalono. A że w poniedziałek miałem lekcje od 10.00, i to WF, to super. HOMM3 wymiata. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Okazało się, iż jest to Marta. Wpadła i z uśmiechem nr 5 prosi o przysługę. Wydrukowanie kilku kartek, dla niej i Sylwii.
OK, kilka kartek... Te kilka kartek to około 30, i to w kolorze. OK, tusz mam, ale poszło o co innego. Wcześniej kilka razy drukowałem dziewczynom jakieś sprawozdania i wielokrotnie miałem obiecywane „oddam za tusz”, „pójdę i napełnię” itd. I wiedziałem także, że koło ich uczelni punkt ksero i wydruki są czynne najwcześniej o 7:00, a ich zajęcia tak się rozpoczynały.
W każdym razie sprawozdanie, które miałem wydrukować miało poprawiony błąd typu 2+2x2=8 na poprawne 6, ale jako iż wynik wyskakiwał w wielu tabelkach, a błąd był typu krytycznego, to musiały go poprawić, zwłaszcza iż oddanie sprawozdania było wejściem na kolokwium. Zatem oddadzą i wejdą, ale nie zdają, bo błąd, lub nie wchodzą i też nie zdają.

Wtedy w mym nastoletnim umyśle narodził się pewien plan, przy sporym udziale hormonów (kilka dni wcześniej grałem z koleżanką z rozbierane karty i rozebrałem ją do goła, a byłem singlem i prawiczkiem wtedy). Plus te jaja z oddawaniem za tusz...
Walnąłem, wiedząc, że dziewczyny są pod ścianą „OK, druknę, ale wpierw seks z tobą lub Sylwią”. Marta w szoku mówi „Daj mi 5 minut”.
Słyszałem przez okno, jak dyskutują i wzajemnie się oskarżają o nieoddanie kasy, o błąd we wzorze itd. Chciały nawet dzwonić do znajomych z uczelni o wydruk, ale zero odpowiedzi. W końcu przychodzi Marta i mówi jedno słowo: „Drukuj”.

Dumny nie byłem, ale przeżycie super.

#qQkuH

Zdarzyło się to, kiedy miałam może 5-6 lat. Lubiłam chodzić z babcią do kościoła. Podczas właśnie takiego niedzielnego wyjścia zdarzyło się owe wydarzenie.

Usiadłam z babcią w jakiejś ławce i wszystko było OK, do czasu aż zaczęli zbierać na tacę. Dostałam monetę i postanowiłam sama podejść do pana, który zbierał pieniążki. Gdy go wrzuciłam, on powiedział tradycyjne "Bóg zapłać",  a ja potraktowałam to dosłownie. Pan zagadał się z kimś siedzącym w ławce obok. Więc nie widział, gdy wyciągnęłam mu z koszyczka 10 zł. Zadowolona, że Bóg raczył mi zapłacić za spacer do kościoła, wróciłam do babci i jak gdyby nigdy nic usiadłam w ławce.

Msza się skończyła i podczas powrotu do domu bawiłam się moim bogactwem, rozmyślając co ja kupię za tyle pieniędzy. I właśnie wtedy babcia zapytała skąd mam te pieniądze, no więc wyjaśniłam, że pan z koszyczkiem powiedział, żeby Bóg mi zapłacił. Babcia kazała mi iść z nią na mszę w przyszłą niedzielę i oddać "Bogu" pieniądze.

Rodzina dalej się ze mnie śmieje.

#BL0u3

O mojej babci, zagorzałej katoliczce.

Pochodzę z mocno wierzącej rodziny. Sam również jestem wierzący (mimo że teraz nie jest to „modne”), choć toleruję LGBT i pozostałe „inności” – uważam ich za część społeczeństwa, wychodzę z założenia, że bez nich świat byłby nudny. Podobnie jak moi religijni rodzice. Jednak pozostali, szczególnie babcia, o której jest to wyznanie, tak nie uważają. Babcia widzi we wszystkim Kościół. Dla niej w sumie nie istnieje nic innego – spędza w nim dużo czasu, co najmniej dwa razy w ciągu dnia idzie tam na mszę/modlitwę/adorację, na dodatek sprząta.
Podam jedynie przykłady jej stwierdzeń/podejść do różnych rzeczy.

– Niedawno przy rodzinnym stole wypowiedziała się o osobach niechodzących do kościoła „jak oni w ogóle mogą żyć”.

– Każdy wywód na temat jakichś osób zaczyna stwierdzeniem, czy dana osoba chodzi do kościoła, czy nie. Ostatnio do jej wioski przyjechały dwie ukraińskie rodziny, które zamieszkały w wielkim domu naprzeciwko niej. Babcia zrobiła nam przy ostatnich odwiedzinach analizę tego, czy poszli w niedzielę do kościoła, bo „po południu wychodzili z domu, ale ja ich nie widziałam na nabożeństwie, jak oni mogli gdzieś indziej iść”. Za nic do niej nie dochodziło, że mogą nie wierzyć, że mogli iść na spacer. Nie, nie mogli, niedzielę spędza się w kościele, a nie ma spacerach. Jak opowiada o kimś, zawsze zaczyna tekstami: „chodzi/nie chodzi do kościoła”, „tydzień temu go nie było w kościele, jak on mógł?”, „dlaczego nie chodzi, przecież zdrowy/zdrowa jest”. Jak kogoś nie widzi w kościele, ona zastanawia się czemu, po co, dlaczego, co takiego mogło się zdarzyć. Dla niej jedynym „usprawiedliwieniem” nieobecności w kościele jest... śmierć. Mówię poważnie.

– Przyprowadziłem ostatnio dziewczynę, wierzącą. Wywołałem tym niemałe poruszenie, nikt się tego nie spodziewał. Babcia poczuła w tym swój żywioł. Nie zainteresowało jej nic poza jej stosunkiem do kościoła. Pierwsze pytanie, które zadała – „A chodzisz ty do kościoła?”, później padło „a jak często?”. Jak dziewczyna odpowiedziała, że tylko w niedzielę, babcia wpadła w szał. „Co z ciebie za katoliczka, jak chodzisz tylko kiedy musisz?”. Jak z nią zerwałem, babcia z kolei załamała się bardziej ode mnie, bo jak ja mogłem zerwać z tak porządną kobietą. Mówiła tak tylko dlatego, że może jako tako, ale chodziła do kościoła – sama szczerze to przyznała. Jak kilka tygodni później przyprowadziłem „dla jaj” niewierzącą dziewczynę (dla sprawdzenia jej reakcji), babcia dosłownie wypędziła ją z domu, po drodze jeszcze lejąc na nią wodę święconą – serio.

– Zdaniem babci ślub cywilny to nie ślub, tylko „cyrk”.

To tylko i tak łagodniejsze z jej opinii. Przez to, co ona wygaduje, dziś rzadko kiedy do niej jeździmy, tylko na święta. Jej podejście sprawia, że mamy jej dosłownie dosyć.
Dodaj anonimowe wyznanie