Mam trzydziestoletniego syna, który po skończeniu liceum nie chciał iść na studia, tylko stwierdził, że idzie do pracy. Tylko że pracował jakieś dwa miesiące, a później a to szef wyzyskiwacz, a to płacą grosze... i tak przesiedział ponad dziesięć lat na mojej kanapie, nie dokładając się nic do domowego budżetu i mając tylko wymagania.
Gdy dziś przyszłam do domu z pracy po wyjątkowo ciężkim dniu, to jak zwykle on na kanapie, zlew pełen naczyń i nawet po chleb nie poszedł do sklepu. Nie wytrzymałam i wyrzuciłam go z domu. A teraz moja mama i reszta rodziny wydzwania do mnie, że jestem wyrodną matką... A ja mam już dość. I choć strasznie mi go żal i martwię się, co teraz z nim będzie, to boję się, że się złamię. Serce chce jego powrotu, a głowa mówi, że dalej tak być nie mogło.
Mój były zaproponował mi kilka dni temu spotkanie, aby zakończyć nasz związek.
Niby nic, ale rozstaliśmy się ponad dwa lata temu. :D
Mam dzieci. W tym bliźniaki. A że bliźniaki były wcześniakami, to różnica wiekowa od starszego dziecka jest bardzo mała.
Jak każdy rodzic wie, przychodzi ten czas, że trzeba wyjść z pieluch. Najstarsze już chodziło, a bliźniaki raczkowały. Zaczęliśmy uczyć najstarsze używać nocnika. Na początek ustaliliśmy, że w domu będzie bez pieluchy, więc jak tylko zauważymy, że ma zamiar coś zrobić, to lecimy z nocnikiem.
Pewnego dnia gadaliśmy o czymś w kuchni i nie uważaliśmy na dzieciaki. Gdy się odwróciliśmy, żeby je sprawdzić, zobaczyliśmy najbardziej obrzydliwą rzecz, jaką można sobie wyobrazić. Jeden z bliźniaków zajadał się gównem starszego dziecka...
To jak szybko zareagowaliśmy, prawdopodobnie może znaleźć się w Księdze rekordów Guinnessa. Ilość dziecięcej pasty do zębów użyta w tej sytuacji to jedna tubka. Ja i mój partner obiecaliśmy sobie, że nikt nigdy o tym się nie dowie, nawet wspomniane dzieciaki. A całus w usta od moich dzieci nigdy nie został w naszym domu przyjęty, między innymi dzięki temu wydarzeniu.
PS Wiem, że niektórzy rodzice dają buziaka w usta swoim dzieciom. Ja uważam to za obrzydliwe. I to nie ze względu na wyznanie. Mój ojciec był wychowany w ten sposób i nie widział w tym nic złego.
Czekam na windę. Obok mnie stoi madka z małym Brajanem. Dziecko podchodzi do mojego psa i wkłada mu palec do ucha. Mówię mu, że nie wolno. OK, zanotowane. Wchodzimy do windy, biorę psa na ręce, a mały wyciąga swoje rączki w jego stronę. Myślę sobie, co się może stać? Kładę pieska na ziemię, a mały gówniak zaczyna bić go po pysku. Mówię mu grzecznie, że piesek cacy i nie wolno. Niezanotowane. Kopnął go. Krzyknęłam na niego, madka jakby wybudziła się z transu i zareagowała, bijąc (!) Brajana w rękę.
Dla mojego psa była to zapewne zabawa. Gówniak mały jeszcze, to i siły brak. Jednak czemu obca osoba ma tłumaczyć dzieciakowi, że zwierząt bić nie wolno? Madka powinna zająć się czymś więcej niż trzymaniem rowerka, bo jakby mój pies ugryzł małego, to pewnie zrobiłaby się afera.
Od jakiegoś czasu pracuję jako kelnerka w restauracji. Jak to w takich lokalach bywa, klienci organizują u nas różne imprezy okolicznościowe, takie jak na przykład urodziny. Impreza jak impreza. Rodzina, jedzenie, alkohol. Urodziny odbywały się na drugim piętrze (restauracja ma dwa piętra). Jako że obsługiwałam tę imprezę, byłam zmuszona do biegania w górę i w dół. Podczas moich maratonów z daniami oraz talerzami mój wzrok przykuł jeden z gości. Młodzieniec mniej więcej w moim wieku (ok. 20 lat), cały czas wpatrzony we mnie i w każdy mój ruch. Nie ukrywam, zbytnio nie podobała się ta sytuacja, ale cóż, taka praca kelnerki.
Kiedy już impreza dobiegała końca, a goście się zbierali, ojciec owego młodzieńca podszedł do mnie z nietypowym problemem. Problem był następujący: „Proszę pani, wiem, że sprawa jest dość nietypowa, ale mój syn jest bardzo nieśmiałym chłopcem i bardzo wstydzi się podejść. Bardzo mu się pani spodobała i proszę w jego imieniu o jakiś namiar”. Ja trochę w szoku, spławiłam go. Kiedy już pierwsza fala zażenowania odeszła, przyszła kolejna w postaci jego matki. Kobieta, podziwiając moje maratony w górę i w dół, przyznała, że ja to muszę mieć naprawdę dużo siły i dobrą kondycję. I wtedy nagle i niepodziewanie wyparował z tekstem mój „adorator”, mówiąc: „Ale za to jaką ma pani fajną dupę, he, he”. I wtedy nastała cisza, a wzrok gości (w tym dzieci, które na słowo „dupa” reagują niekontrolowanym śmiechem) spoczął na moich biednych pośladkach.
Taki to był nieśmiały chłopiec...
Od roku mam bardzo dobrze płatną pracę. Naturalnym jest dla mnie fakt, że to ja robię zakupy, opłacam rachunki itp. Wcześniej moje zarobki i zarobki mojego Towarzysza Życia były na podobnym poziomie, więc dzieliliśmy się opłatami.
Ostatnio TŻ oświadczył się, co – jak się dowiedziałam – planował już od roku.
Może nie byłoby mi przykro, że nie wydał na pierścionek nawet 200 zł (wiem, że nie wypada, ale sprawdziłam cenę), gdyby nie drogie przyjemności, na które wydaje „oszczędzone” na rachunkach pieniądze. Ostatnio kupił tablet, gry komputerowe, nowy rower... Rozumiem, że 200 zł to dla niektórych dużo i liczy się gest, ale on potrafi więcej wydać na obiad. Zaczynam się zastanawiać, czy po 11 wspólnie spędzonych latach moje ostatnie wypłaty nie wpłynęły na podjęcie decyzji o oświadczynach.
Nie mam dzieci i wakacje szkolne z reguły nie powinny mnie dotyczyć, ale mam dwoje siostrzeńców (obecnie 12 i 14 lat). Od czasu podstawówki na cały okrągły miesiąc dzieci przyjeżdżają do mnie na wakacje, mieszkam na wsi i do tego mam własną działalność, a to według rodziny oznacza czas i sielankę. Dzieciaki są w porządku, ale wkurza mnie, że od kilku lat nikt nawet dla pozorów nie zapyta, czy mogą do mnie przyjechać.
W tym roku powiedziałam dość i oznajmiłam siostrze, że wyjeżdżam na trzy miesiące do pracy i inaczej muszą zorganizować wakacje dzieciom. Ale był kwik...
Anonimowe? Mogłam z łatwością wyjazd zorganizować na czerwiec, lipiec i sierpień lub wrzesień, październik i listopad, a wybrałam okres wakacyjny, by nie być oczywistą opcją i aby odczuli, że pomoc z mojej strony była duża.
Dzieci mają czworo dziadków, szwagier ma siostrę i brata, mogą jakoś zorganizować dzieciakom wakacje. Zwyczajnie byłam wygodną opcją, a zaczęło się kilka lat temu od mojej mamy, która wpadła na ten „genialny” pomysł.
Po śmierci mojego syna wszystko straciło rozpędu, radości i braku możliwości, żeby to wszystko gdzieś zniknęło.
Chcę zapomnieć, nie myśleć. Została mi tylko moja żona, która na pewno też cierpi, ale ja staram się tego nie zauważać, bo pewno jestem złym człowiekiem, egoistą.
Nie mam już empatii do ludzi, a może nigdy jej nie miałem.
Boję się wszystkiego. Wstydu, niemocy, okrucieństwa ludzi, bólu, rozmowy. Nie wiem co dalej. Nie chce mi się już żyć.
Mam męża, który jest chory, przez tę chorobę ma ograniczone możliwości ruchowe. Kiedyś silny, pełen energii, teraz, zanim rano nie weźmie leków, ma problemy z podniesieniem kubka kawy. Jestem z nim szczęśliwa. Na początek znajomości ochrzaniłam go za „użalanie się nad sobą”, ale na szczęście to był tylko jego czarny humor (bo skoro nie może się wyleczyć, to przynajmniej się pośmieje). Był bardzo zadowolony, że w końcu ktoś traktuje go normalnie, a nie jak biednego kalekę. Kocham go bardzo. Wychodzimy razem na spacery, szukamy bardziej alternatywnych rozwiązań, które pomagają mu się rozruszać. Dzięki temu może w te wakacje będziemy razem jeździć na rowerze.
Szkoda tylko, że duża część znajomych odwróciła się od niego, jak zachorował. Powody: bo z nim już nie można było wyjść, zaszaleć jak wcześniej, albo nie wiedzą, jak się zachować.
W szkole średniej zdałam egzaminy z języków obcych, czyli angielski, niemieckiego i rosyjskiego tylko i wyłącznie przez to, że nałogowo gram w gry i dzięki temu biegle się tymi językami posługuję. Z każdym innym przedmiotem sobie nie radzę...
Dodaj anonimowe wyznanie