#edyOt

Każdy ma swoje zdanie na temat zdalnych lekcji, wiem, że temat pojawia się dosyć często, ale chciałam się gdzieś wygadać jako rodzic, bo mnie to dobija.

Mój syn jest w 6 klasie, od marca zeszłego roku był w sumie półtora miesiąca w szkole, reszta zdalne lekcje. To co zdążyłam zaobserwować nie zapowiada nic dobrego. Nie będę wspominać o tym, że 11-, 12-latki nie potrafią płynnie czytać czy nie rozumieją poleceń nauczyciela. Siedzę teraz w domu, więc wszystko słyszę/widzę, nie ingeruję póki nie muszę, ale szlag mnie trafia, gdy słyszę teksty typu "proszę pani, bo ja już skończyłam". "OK, to czekaj", "Proszę pani, jak też skończyłem", "To czekaj na resztę" - takich zdań pojawia się około 8 w ciągu kilku minut. Czy ja jestem jakąś dziwna czy jednak ten 12-latek powinien zrozumieć, że jedna osoba ma czekać jak skończyła, to oczywiste, że kolejne też czekają, bez zbędnego chwalenia się... Takich akcji jest 3-4 w tygodniu, nie na każdych lekcjach.

Teraz sprawa zeszytów. Mój syn stwierdził, że nie będzie nic pisał w zeszycie, bo pani nie sprawdza. No i oczywiście zeszyty zapisane do października, a później pusto, no chyba że jest jakieś zadanie, to czasem zrobi w zeszycie. Z matmy zadania robi na lekcji i tyle, w razie jak go pani zapyta, rozwiązuje na bieżąco na lekcji. Wiele razy prosiłam „rób notatki, zapisz najważniejsze rzeczy”, no ale jak grochem o ścianę, bo pani nie każe i nie sprawdza.

Nie mówię już o tym, że całe lekcje siedzi na discordzie albo na grach, a w tle słychać nauczyciela, niby coś tam słucha. Oczywiście po ocenach widać zmianę, ze średniej w zeszłym roku na koniec 4,7 teraz na półrocze miał 3. Ale zauważył dużą różnicę w prowadzeniu zajęć nauczycieli, na większości lekcji jest powtórka, pani pyta wszystkie dzieci, dużo nauczycieli również wstawia plusy czy 5 z aktywności, no ale w klasie mają 4 "kujonów", to oni się wiecznie zgłaszają.

Ehh... Gdybym tak cofnęła się wiekiem i miała taką sytuację, inaczej bym to zrobiła, nie wiem, czy te dzieci są na tyle niedojrzałe, żeby nie zauważyć plusów zdalnych? Mojemu synowi nawet książki się nie chce wyciągnąć i z pytania potrafi jedynkę dostać, a wystarczyłoby wyciągnąć książkę i dosłownie zrzynać z niej...

Zauważyłam u syna pierwsze objawy depresji - to, co wcześniej sprawiało mu radość, teraz jest dla niego obojętne. Boję się o niego, zapewne jak każda matka. Po prostu brakuje mi już pomysłów, tłumaczę, radzę, pomagam jak mogę, no ale nic.

Może ktoś ma jakiś złoty środek? Bo ja już straciłam motywację, chętnie bym wygoniła wszystkie dzieci wreszcie do szkoły, niech ta korona się skończy.
czterdziesciicztery Odpowiedz

Syn musi zrozumieć, jak wielkie korzyści może dać nauka i zdobywanie wiedzy. W tym celu powinno mu się znaleźć hobby, która jest wymagające, a jednocześnie daje dużą frajdę i pasuje do jego zainteresowań. To hobby pozwoli mu wyzwolić się z ograniczeń, jakie na każdego ucznia nakłada szkoła.

Skoro edukacja w dobie pandemii funkcjonuje źle, uczeń musi uniezależnić się od szkoły. Powinien sam się uczyć, sam wyznaczać sobie cele i sam kontrolować postępy. Wyrobienie w dwunastolatku takiej postawy zajmie trochę czasu, ale po paru latach może dać zadziwiające rezultaty.

Trzeba sprawić, by syn odkrył w sobie zamiłowanie do wiedzy. Nie jest to proste, bo szkoła skutecznie zniechęca do niemal każdej formy aktywności w tym kierunku. Dlatego konieczne jest znalezienie dziedziny nieskażonej przez ten fasadowy system, który jedynie udaje, że czegoś uczy.

To tylko propozycja, ale mógłby zainteresować się programowaniem. Skoro często gra na komputerze, to może zmotywuje go perspektywa tworzenia własnych gier? Sam, gdy miałem 12 lat, zainteresowałem się programowaniem i bardzo mi się to podobało.

Korzystałem wtedy z kursu języka C++ udostępnianego na youtube przez niejakiego Mirosława Zelenta. Chyba najlepszy do nauki absolutnych podstaw.

Nauka kodowania była dla mnie prawdziwą rewolucją. Zrozumiałem, jak wiele może przynieść samodzielne zdobywanie wiedzy. Podejście, które wyrobiłem sobie podczas poznawania programowania, zacząłem wykorzystywać w przygotowaniach do szkoły. Nagle odkryłem, że wszystkie zagadnienia nauczane w klasie są po prostu dziecinnie proste. Przygotowywanie się do szkoły stało się dla mnie całkowicie niepotrzebne, bo wszystko mogłem wyciągnąć z lekcji.

Kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo proste i płytkie jest to, co znajduje się w podręcznikach, pojawiło się we mnie pragnienie osiągnięcia czegoś ambitnego. Odkryłem, że interesuję się niemal każdą dziedziną wiedzy. Więc uczyłem się fizyki, historii, biologii, teologii, chemii i matematyki.

Odpowiedzi (2)

#9TUuj

Moja żona jest nauczycielką, ja pracuję w korporacji IT.

Jakiś czas temu nasza córka poszła do pierwszej klasy (dziś jest w II klasie liceum). Na jednej z lekcji pani pyta dzieci po kolei, czym zajmują się rodzice. Przychodzi kolej na córkę:
- Mamusia uczy w szkole, a tatuś zarabia pieniądze.

Nauczycielka powiedziała nam potem, że w pokoju nauczycielskim była największa beka w jej karierze (ponad 20 lat pracy jako nauczycielka).
radiant Odpowiedz

Niestety dobre zarobki nie są raczej powodem podejmowania pracy w zawodzie nauczyciela.

ad13 Odpowiedz

W sumie z czego ta "beka" skoro dzieciak miał rację? Sami z siebie się śmiali, że tyrają za marne grosze?

Odpowiedzi (8)
Zobacz więcej komentarzy (3)

#rv1fu

Jestem starszy od mojego brata o 2 lata i 8 miesięcy. Jak miał kilka miesięcy, to nakarmiłem go burakami, która mama przygotowała do obiadu. Mama potem nas umyła, zmieniła pościel w łóżeczku (wiadomo, jak wszystko wyglądało). Kilka godzin później brat zrobił kupę i przewijała go babcia, która podczas karmienia była w pracy i o niczym nie wiedziała. Nagle krzyczy do mamy: "Karolek ma krwawą biegunkę!".
Biedna babcia mało zawału nie dostała :)
ad13 Odpowiedz

Buraki - klasyka gównianego gatunku.

Zobacz więcej komentarzy (2)

#r7IDw

Nieważne, na którym z zakrętów życia jesteś. Pamiętaj, drogi czytelniku tego wyznania, że jesteś super. I z każdym problemem sobie poradzisz. Wierzę w ciebie.
BuldogFrancuski Odpowiedz

Właśnie takie wyznania poprawiają nastrój. Fajnie, że życzliwi ludzie się odzywają :)

Odpowiedzi (2)
Jestjakjest Odpowiedz

No nieważne, że chcę tu poczytać anonimowe wyznanie.
Jestem super i sobie z tym poradzę.

Zobacz więcej komentarzy (5)

#hCfHI

Wkurzyłam się dziś... Wśród zwierząt, które mam, są między innymi kury. Jakoś tak wyszło, że wśród kuraków znalazło się w sumie pięć kogutów, które dość mocno męczyły kury i dodatkowo też dwójka słabszych (małe rasy - czubatka polska i sułtanka) mocno obrywały. Pojawił się problem - bo kogutów generalnie nikt nie chce, a kury u mnie mają dożywocie, chyba że się trafi sytuacja, że nie da się inaczej pomóc niż zakończyć jej życie (a i wtedy odbywa się to pod postacią eutanazji, a nie siekierą - po pierwsze - nie ma komu dokonać mordu, po drugie - jak dzieje się nie wiadomo co, to i tak takiej kury lepiej nie spożywać).

Odkąd okazało się, ze kogutów jest pięć, moja matka ględziła o tym, że jednego trzeba by na rosół przerobić. Sęk w tym, że nie było komu wykonać wyroku za pomocą siekiery. Matka truła o tym co chwila, że w końcu "po to są", że "to normalne", że "będzie przepyszny rosół" itp. itd.

Kury codziennie mają ze swojego wybiegu "wychodne", coby mogły poskubać sobie trawy albo innych smakołyków, których na wybiegu nie ma. No i dziś trafił się przy zamykaniu "błąd w obliczeniach" - jeden z kogutów gdzieś się zawieruszył i nie wrócił na wybieg. Gdy się to zauważyło, było już dla niego zbyt późno, bo tkwił w psim pysku. Cóż - zgon typu gwałtownego, wiadomo kiedy, więc i perspektywa rosołu się pojawiła.

Przerobiłam trupa na wersję "jak ze sklepu", pozostało tylko opalić resztki piór. Przyniosłam, poinformowałam matkę o tym, co jeszcze trzeba zrobić - a tu pojawiła się hipokryzja lvl master - "Nie mogę, wczoraj jeszcze go widziałam, jak chodził". A sama kurna kilka miesięcy ględziła o tym, by jednego z kogutów zabić, bo ona chce rosołu z "takiego dobrego kogutka".
radiant Odpowiedz

Właśnie z tym jest problem, że ludzie czasem przyzwyczajają się zbyt bardzo do zwierząt gospodarskich i później ciężko jest zabić takie zwierzę, czy oddać je do rzeźni.

Odpowiedzi (3)
budyn4 Odpowiedz

Jakoś miło mi się czytało tą historię. Może dlatego, że bije od niej, że jesteście dobrymi pokojowymi ludźmi. Nie to co pies xD

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#SazrB

Dziś poznałam Krzyśka - najpiękniejszego i najinteligentniejszego faceta pod słońcem. Ma w sobie wszystko to, czego nie miał żaden chłopak, z którym się spotykałam. Niestety nie mam u niego żadnych szans i wiem, że nawet gdybym wylaszczyła się do granic możliwości, on nawet odrobinę się mną nie zainteresuje. Powód? Krzysiek jest chłopakiem mojego brata.
rutabo Odpowiedz

Nie załamuj się moze jest bi a tak naprawde czuje sie kobietą. Teraz wszystko mozliwe. Zaproponuj czworokacik z kolezanka, moze sie zgodza stworzycie razem nowoczesny zwiazek bedzie o czym pisać na tłiterku.

Wrath Odpowiedz

Masz motywację, by pomóc wyjść jednemu i drugiemu z homoseksualizmu.

Odpowiedzi (11)
Zobacz więcej komentarzy (9)

#vtBVJ

Za ciężkie pieniądze, które odkładałem przez ostatni rok, kupiłem sobie nowy telefon. Jeden z tych z górnej półki. Przez tydzień nie nosiłem go przy sobie, bo czekałem, aż dotrze do mnie przesyłka ze specjalnym, „pancernym” etui, które to miało zabezpieczyć mój nabytek przed upadkami, rysami, trzęsieniem ziemi i niespodziewanym uderzeniem meteorytu.
Dziś, po tygodniu korzystania z nowego nabytku, postanowiłem na moment wyjąć telefon z obudowy, żeby go przetrzeć szmatką. Podczas tej prostej operacji smartfon wyleciał mi z rąk i uderzył o mięciutki dywan. Nie mam pojęcia, czy w tym momencie nastąpiło nagłe zwiększenie grawitacji, czy też może kąt z jakim urządzenie zetknęło się ziemią wpłynął na bardzo niekorzystne rozłożenie się wektorów sił wewnątrz mojego gadżetu, ale w rezultacie tego upadku cały wyświetlacz jest pęknięty, a tylna ścianka telefonu wygląda, jakby ją czołg przejechał.
Jak ktoś ma pecha, to w drewnianym kościele cegła mu na łeb spadnie...
qezsil Odpowiedz

Dlatego takich operacji nie wykonuje się nad podłogą (po co kusić los?). Lepiej np nad łóżkiem, gwarantowane miękkie lądowanie.

Odpowiedzi (2)
Dak Odpowiedz

A zamiast fikuśnych ochraniaczy można było wziąć sobie ubezpieczenie 🤷

Zobacz więcej komentarzy (7)

#Ovix8

Mając gdzieś 18-19 lat, wracałyśmy pijane z kumpelą skądś tam i zachciało nam się siusiu. Nie było nigdzie ani toi toia, ani większych krzaków, więc schowałyśmy się pod niskim balkonem. Zostałyśmy usłyszane przez mieszkańca, który na owy balkon wyszedł i zaczął głośno pytać, co się tam wyrabia. Żeby nie wyszło na jaw, co tam robiłyśmy, bez namysłu zaczęłam szczekać i udawać psa. Drzwi od balkonu się zamknęły, a my po zakończeniu siusiania szybko uciekłyśmy stamtąd.

Dopiero na drugi dzień kumpela powiedziała mi, że w odpowiedzi na pytanie tego pana ja zaszczekałam "hau, hau, hau, ku*wa!".
ReginaPhalange22 Odpowiedz

Kurcze ja rozumiem, że czasem już nie mozna wytrzymać no ale pod balkonem...? Pozamykał okna żeby mu w mieszkaniu nie śmierdziało...

Odpowiedzi (1)
Vemonis Odpowiedz

Dlatego właśnie pijane kobiety po imprezie ktoś powinien odwieźć do domu albo odprowadzić w większej grupie. Bo gdyby podczas tego sikania napatoczyło się kilku pijanych mężczyzn to by się mogło skończyć o wiele gorzej. A brzydki zapach raczej by im nie przeszkadzał.

Odpowiedzi (7)
Zobacz więcej komentarzy (2)

#nXG6b

Pracowałam w restauracji jako szef kuchni, ciągle brakowało rąk do pracy. Szef co tydzień dawał ogłoszenia w sprawie naboru pomocy kuchennych. Pojawiały się nowe osoby, ale nie dawały rady. Testowanie było pracochłonne i wkurzające.
Pewnego dnia nowa pani miała obrać ziemniaki na 140 osób. To nie jest dużo, w czasie 10 godzin można by zrobić jeszcze wiele innych rzeczy, ale nowa pani siedziała sobie i powoli skrobała te ziemniaki. Szef ciągle patrzył na zegarek, ale nic nie mówił. Już na koniec dniówki pani pyta „A kiedy ja szefie mam przyjść do pracy?”. Szef powiedział: „Wiesz, ty się dziś zmęczyłaś, parę dni musisz odpocząć”... A nowa pani na to: „No tak, NAWET KOŃ MUSI ODPOCZĄĆ!”.
Szef zaniemówił, na długo...
Ekoniks Odpowiedz

Pomoc kuchenna w większości miejsc traktowana jest jak gówno, to się nie dziwię braku chętnych, ogólnie w gastronomii ciężko jest o szacunek nawet będąc kelnerem. Nie mam styczności z tą branżą ale wielu znajomych mi mówiło, że to dno i wodorosty i niespełnieni janusze biznesu, drący mordę o wszystko.

Odpowiedzi (1)
radiant Odpowiedz

A nie zastanawialiście się, dlaczego do pracy zgłaszały się tylko lenie albo nieogary?
Jeszcze przed pandemią sytuacja na rynku pracy była ogólnie na tyle dobra, że zainteresowanie pracą fizyczną za (najprawdopodobniej) niezbyt wysoką stawkę było raczej niewielkie (raczej na tego typu stanowisku kokosów się nie zarabia), zresztą gdyby nie setki tys. Ukraińców to gospodarka zaczęła by się dławić z powodu braku rąk do pracy.
Każdy ogarnięty pracownik mógł sobie bez większych problemów znaleźć pracę, taką która mu bardziej odpowiada, a bądźmy szczerzy obieranie ziemniaków nie jest raczej pracą marzeń, więc pozostawali wam tylko ci gorsi.
Niestety (dla pracowników - dla prowadzących firmy na szczęście) tzw. rynek pracy pracownika się skończył, mamy kryzys, zbyt wielu ofert pracy nie ma, a wręcz trzeba się cieszyć, że się ma pracę. Branża gastronomiczna wyjątkowo mocno oberwała przez obostrzenia, wsparcie państwa to kpina, wiele firm poupadało, sytuacja w tych co jeszcze istnieją nie jest zbyt dobra, ale kryzys nie potrwa wiecznie. Na rynku pracy jest teraz wielu dobrych pracowników szukających pracy.
I to wasza szansa na lepszych pracowników.

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (12)

#JooYG

Mam wrażenie, że pandemia wyciąga z ludzi wszystko co najgorsze.

W październiku i mnie dopadła tzw. Wuhanka, gorączka, osłabienie, stępiony węch i smak. I nagle okazało się, że ludzie traktują mnie i moją rodzinę jak trędowatych. Moi rodzice, którzy nie mieli ze mną kontaktu i nie trafili w kwarantannę, byli wielkimi łukiem omijani przez sąsiadów i część znajomych. Dodatkowo rozpoczęła się wielka wymiana plotek i innych bajkowych historii na mój temat. Szczytem szczytów było, gdy moja znajoma zadzwoniła do mojej mamy z pytaniem, czy to prawda, że ledwo dycham pod respiratorem i raczej z tego nie wyjdę (sic!).

Chcąc zdementować taka piękna plotkę, odezwałam się do owej znajomej informując, że przechodzę izolację w domu i z dnia na dzień odzyskuję siły. Poza odpisaniem mi zdawkowego "aha", żadnej innej interakcji nie uświadczyłam. Jeszcze pół roku wcześniej byłyśmy ze sobą blisko, więc byłam zawiedziona takim obrotem sprawy, ale jednak stwierdziłam, że równie dobrze w tym czasie mogła mieć swoje problemy, którymi nie chciała się dzielić.

Kilka tygodni temu ta sama koleżanka miała urodziny i wysłałam jej SMS-a z życzeniami, który pozostał bez odpowiedzi. Pomyślałam trudno i zaczęłam żyć dalej. Tego samego wieczoru na twarzoksiążce solenizantka dodała post, że znajduje się w szpitalu z powodu Covid-19 i dziękuje wszystkim za życzenia. Nie powiem, współczułam, jednak stwierdziłam, że odezwę się za kilka dni, bo zapewne po takim poście zrobi się u niej wielki ruch SMS-owy, telefoniczny i messengerowy.

Po dwóch dniach piszę, co u niej, pytam jak się trzyma i czy czegoś nie potrzebuje. Odpowiedź wbija mnie w fotel.
Odpisuje, że się na mnie zawiodła, że weryfikuje znajomych, że tyle ludzi zrobiło ją w wała.
Zdumiona dopytuję, o co chodzi.
Okazuje się, że ona wręcz wymagała ode mnie biegania do niej z zakupami i codziennego pytania o to jak się czuje, bo przecież covid jest taki straszny!
Po naszej wymianie wiadomości wrzuciła posta na fb, jak to zweryfikuje znajomych, bo są straszni.

Serio? Może ktoś też jest chory, może komuś ktoś zmarł, może ktoś czeka na wynik biopsji, może ktoś zwyczajnie ma gorszy nastrój, może ktoś sam był w takiej sytuacji i nie doczekał się od niej zainteresowania?

Naprawdę mam wrażenie, że covid wyciąga potwory z szafy.
Velasco Odpowiedz

Bo wszystko jest super, jak nie ma problemów. Jak zaczynają się problemy - to zaczyna się obwinianie jednych i drugich, marudzenie, zwracanie uwagi na nieistotne pierdoły, wyciąganie brudów itd.
A jak się do tego dorzuci niekiedy niedorzeczne, czy niezrozumiałe działania rządu i pewne osoby/grupy społeczne/organizacje, które chcą na tym bajzlu zbić kasę, albo kapitał polityczny i podgrzewają jeszcze sytuację, to masz tego efekty.
Ludzie mają dość tej sytuacji, tym bardziej że lockdown i obostrzenia jednych dotknęły bardziej, a innych praktycznie wcale, a sami politycy dają przykład, że tak naprawdę mają w d... przepisy, które sami narzucili.

BuldogFrancuski Odpowiedz

Zgadzam się z Tobą w 100%. Skala frustracji jest ogromna. To zrozumiałe, że cała sytuacja dla zdecydowanej większości jest mocno pesymistyczna, ale ludzie powinni umieć sami poradzić sobie ze swoimi emocjami, również tymi negatywnymi.

Nawet przeglądając Anonimowe widać gigantyczną różnicę między komentarzami napisanymi już w czasie pandemii, a tymi pod wyznaniami sprzed kilku lat; jak gdyby wcześniej ludzie byli bardziej życzliwi wobec siebie.

A tą koleżanką nie ma co się przejmować; ważne, że Ty postępujesz w zgodzie ze swoimi wartościami i kierujesz się empatią. Jeśli ktoś tego nie docenia, to jego sprawa :-)

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (4)
Dodaj anonimowe wyznanie