#1vVqN

Przeprowadziliśmy się z miasta na wieś, zawsze mieliśmy sympatię, wyrozumiałość, sentyment i chęć pomocy dla ludzi ze wsi. Obecnie, po kilku latach bezpośredniego kontaktu z ludźmi ze wsi, zrozumieliśmy, że tu, na Lubelszczyźnie, nie warto iść w bój za kogokolwiek, przykład: cyt. z książki "jak pan idzie w bój, to wieśniaki zamiast doglądać jego dworu, rabują go".

Zamiast wyrozumiałości i grilla sąsiedzkiego jest podpierdalanie do wszystkich możliwych urzędów, oby tylko zniszczyć ludzi, którzy nie są z tej wsi, oby tylko działo im się jak najgorzej. Nie mamy tu znajomych, normalnych sąsiadów. Nasz sen o pięknej wsi i dobrodusznych sąsiadach pękł jak bańka mydlana. Mówimy to my, ludzie z miasta, kochający naturę, kochający na zaś ludzi ze wsi. Niestety, to był tylko sen.
Dalibyśmy dużo, by wynieść się na inną wieś, zamienić działkę, bo pomimo wszystko wierzymy, że nie każdy wieśniak to bezduszny cham. Nasze marzenie się już pewnie nie spełni, przykro mi tylko, że moja żona jest bardzo schorowana i nie doczeka przeprowadzki w miejsce, o którym zawsze marzyła. Gdzieś, gdzie jest dużo drzew, dużo krzewów, zwierząt, roślin i dobrych ludzi.
Flecik Odpowiedz

No cóż, dobrotliwi i serdeczni mieszkańcy wsi, to niestety taka trochę "miejska legenda". Ja akurat nie jestem zdziwiona. Mieszkałam kilka lat na wsi, jako obca i gdy się wyprowadzałam dalej byłam obca dla autochtonów. Szczególnie nieciekawie było, gdy zaczęło mi się lepiej powodzić. I nie, nie zadzierałam nosa, na początku miałam jak najlepsze chęci. Pracuję z ludźmi, ludźmi z problemami, więc empatia i zrozumienie nie są mi obce. Nigdy nie miałam kłopotów z nawiązywaniem i utrzymywaniem przyjacielskich relacji. Nigdy i nigdzie, poza wsią gdzie mieszkałam. Już tam nie mieszkam i dobrze mi z tym.

Zobacz więcej komentarzy (5)

#Xznfo

Byłem w kilkuletnim związku z miłą, normalną dziewczyną. Zaczęło się zwyczajnie, impreza, ja spoglądam na nią, ona na mnie, pierwsze spotkanie, buziak, łóżko. Zostaliśmy parą. Nie wiem, czy była w moim typie czy też nie, ale byłem sam, więc w to wszedłem. Zaraz później poznałem kobietę dokładnie w moim typie. Jak w punkt trafiona. Chciałem rozstać się z tą pierwszą, być z tą nowo poznaną, ale zabrakło mi czasu, wyjechałem do UK. Pierwszych kilka miesięcy byłem sam, potem ściągnąłem do siebie tę pierwszą. No i tak zaczął się pewien schemat, w którym żyłem kilka lat. Zdradzałem ją. Byłem totalnie nieidealnym chłopakiem. Myślałem o tej drugiej i trzymałem ją przy sobie tak długo, jak było to możliwe. W końcu osiągnąłem cel i miałem je obie. Swoją "jawną" tu w Anglii i "ukryty ideał" w Polsce. Pasował mi ten układ. Byłem przeszczęśliwy. Niestety niezbyt długo...

Nie jestem z żadną z nich. Poznały się... aktualnie są przyjaciółkami, a ja z żadną nie mam kontaktu.

A ja od roku jestem żonaty z zupełnie inną kobietą,
HellBlazer Odpowiedz

W życiu nie widziałem, żeby ktoś w tym tonie opisywał jakim jest debilem...

Zobacz więcej komentarzy (1)

#9Ndvm

Mieszkam w 40 tys. mieście, pracuję w banku. Mam już serdecznie dość starych, podłych ludzi. Jeśli kiedykolwiek będę się tak zachowywać będąc po sześćdziesiątce, zabijcie mnie.

Odkąd zaczęła się pandemia, nie wychodzę z domu. Wyłącznie do pracy i z powrotem, narzeczony ma obecnie urlop, robi zakupy raz na dwa tygodnie. Nie wychodzę, bo codziennie mam styczność z 200 ludźmi. Boję się, że kogoś zarażę sama będąc nieświadoma. 99% klientów, którzy w obecnej sytuacji przychodzą do banku, to osoby 60+. Po co przychodzą cztery razy w tygodniu? Sprawdzić stan konta, opłacić rachunek za każdym razem, gdy tylko pojawi się coś w skrzynce, a nie zbiorczo, wypłacić 50 zł zamiast w bankomacie, bo „lubi nas odwiedzać”...

Od tygodnia dezynfekuję tylko moją część biurka, jeśli się zarażą, może mniej idiotów pozostanie. Po cichu liczę, że koronawirus zdziesiątkuje populację bezmyślnych staruchów.
JoseLuisDiez Odpowiedz

Przydał by się jakiś wirus atakujący w pierwszej kolejności największych idiotów. Świat był by lepszy.

Odpowiedzi (1)
nowyrokNOWAJA Odpowiedz

Podobnie jest w sklepach, między 10 a 12 mają wyłączność na zakupy a i tak łażą po kilka razy dziennie, obsługę obrzucają gównem, bo nie mogą wejść od razu na sklep, bo mało kas, bo w rękawiczkach pracują, bo każą rękawiczki zakładac, bo zachęcają do płatności kartą.

Zobacz więcej komentarzy (7)

#Pnkhz

Wyznanie na temat rodziców, którzy palą przy dziecku w samochodzie, pobudziło u mnie pewne wspomnienia.

Jest wiele rzeczy, które obecnie budzą duże oburzenie, jeśli chodzi o wychowywanie i opiekę nad dzieckiem. Opowiem, jak wyglądało to około 20 lat temu z mojej perspektywy.

1. Zostawienie dziecka samego w samochodzie - niedopuszczalne, prawda? Cóż... Zdarzało się, że po drodze np. do babci, tata nagle stwierdzał, że chce kogoś jeszcze odwiedzić. Zostawiał wtedy mnie i siostrę w samochodzie i znikał. Czasami nawet na godzinę lub dwie. Nie przypominam sobie, żeby ktoś wtedy reagował, nawet jeśli samochód był zaparkowany gdzieś na chodniku i obok przechodzili ludzie.

2. Wspomniane wcześniej palenie papierosów w samochodzie przy dziecku - nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek tata jechał bez odpalonego papierosa. Też nikt nigdy nie zwrócił na to uwagi.

3. Dziecko w szkole pozostawione samo sobie, bez opieki? - Jak tak można? Kto do tego dopuścił? Mieszkaliśmy przy dość ruchliwej ulicy, więc rodzice nie chcieli, żebym chodziła ze szkoły sama (rano do szkoły nas odwozili albo szłam z siostrą, ona jest ode mnie starsza, więc miała lekcje kilka godzin dłużej niż ja). Musiałam więc po lekcjach czekać. Minimum 2 godziny. Świetlica była świetlicą tylko z nazwy - kilka stolików i krzeseł, żadnego nauczyciela. W bibliotece szkolnej nie było stołów i krzeseł, wchodziło się tylko po książkę/z książką i do widzenia. Z reguły siadałam gdzieś na korytarzu i odrabiałam lekcje albo gapiłam się w sufit, czasami posnułam się po korytarzach. Nauczyciele i pracownicy szkoły mnie widzieli, ktoś tam kurtuazyjnie o coś zapytał, ale poza tym nikt się nie przejął, że pałęta im się dzieciak bez opieki. Zwrócili na mnie uwagę raz - miał mnie odebrać jakiś kolega z pracy ojca, ale mu się zapomniało i po paru godzinach się rozbeczałam.

4. Dziecko należy uczyć, żeby nigdy nie ufało obcym - oczywiste, prawda? Rozwinę wątek kolegi ojca, który miał mnie odebrać. Ustalenia były takie, że miał przyjechać po mnie tata. Z jego pracy znałam dwie kobiety, do tej pory nie wiem kogo po mnie wysłał i mało prawdopodobne, że tego człowieka znałam. Znalazłabym się więc w sytuacji, w której obcy facet mówi mi, że tatuś go po mnie wysłał i mam wsiadać z nim do samochodu.

Sporo się przez tych około 20 lat zmieniło. Czasami zastanawiam się, co by ze mną było, gdybym miała trochę mniej szczęścia.
Longtailedtit Odpowiedz

Ludzie wtedy nie zdawali sobie do końca sprawy ze szkodliwości palenia, czynnego czy biernego. Obecnie zmieniło się też wiele w kwestii nauki zasad bezpieczeństwa dzieci i młodzieży i też jest to spowodowane tym, że jest lepszy dostęp do informacji - wiadomo do jak bestialskich czynów jest zdolny człowiek.

DziewczynaMinionka Odpowiedz

Mam takie same odczucia na temat wychowania dzieci. Daleko mi do perfekcji w macierzyństwie, ale przed wieloma rzeczami staram się dziecko uchronić.

Zobacz więcej komentarzy (6)

#VMF9M

Pamiętam, jak z przyjaciółką za młodu (ja miałam chyba 11 lat, ona była rok młodsza ode mnie) jeździłyśmy po ulicy za gościem, który rozwoził pieczywo do domów. Nazwałyśmy go ''wesoły piekarczyk'' i jak świruski jeździłyśmy za pojazdem na rolkach wymachując badylami, czapkami, machając mu itd. Miałyśmy nawet zeszyt, w którym układałyśmy różne dziwne piosenki na wzór tych harcerskich, pisałyśmy "sprawozdania", notowałyśmy fakty itp.
Koleś z auta musiał mieć z nas niezły ubaw, jak sobie dziś o tym pomyślę.

Pozdrawiam moją dawną przyjaciółkę. Może gdyby rok temu mnie nie wystawiła, dziś śmiałybyśmy się przy piwie z naszej dziecięcej głupoty :)
MagicPower Odpowiedz

Eee tam... ubaw pewnie miał przez chwile. Pewnie po jakimś czasie zaczęłyście go wkur#iać 😋

Odpowiedzi (3)

#jHtJv

Mam 22 lata, mieszkam z rodzicami. Poznałam swojego narzeczonego 4 lata temu, niestety nie mamy możliwości mieszkania razem przez moich rodziców, którzy są anty, aby mieszkać razem przed ślubem (nie są gorliwymi katolikami, po prostu zasada: co ludzie powiedzą). Został nam rok do ślubu. Mimo że widzimy się rzadziej niż byśmy chcieli, dobrze nam razem. On mnie szanuje, wspiera, pomaga i chciałby założyć ze mną rodzinę, mimo to niejednokrotnie byłam nazywana przez rodziców od najgorszych za to, że chciałam pojechać do niego na weekend, bo przecież to źle o mnie świadczy.

Źle mi z tym, że w oczach rodziców jestem tak mało warta. Wiele razy powtarzali mi, że nic ze mnie w życiu nie będzie. Od 18 roku życia pracuję, sama płacę za szkołę, kupiłam wymarzony samochód. Dodam, że mój ojciec jest alkoholikiem, przez co spotkało mnie wiele nieprzyjemności ze strony rówieśników. Ciężko mi z tym, że nic nie mogę zrobić. Nie mogę się im sprzeciwiać, bo nie chcę wojen.
paella Odpowiedz

Rodziców tak się słuchasz, bo sponsorują wesele czy co?. Ojciec alkoholik - wstyd dla rodziny - Ty się sama utrzymujesz i nie wyprowadzisz się do chłopaka, bo rodzice?

Odpowiedzi (1)
HellBlazer Odpowiedz

Eeee... W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak dokładnie opisywał, że nie ma własnego zdania.
Rozwiązuj sama ten problem, bo nikt stąd Ci nie pomoże zrobić czegoś tak łatwego jak założenie stoperów podczas pakowania. Dobrze, że rodzice Ci nie zakazali brać ślubu, bo też byś faceta zostawiła.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#7il76

Koronawirus - wiadomo, straszna sprawa, ale jak wpływa na zwykłe polskie rodziny?

Mamy małe dzieci, mąż pracował, umowa o pracę. Ja na macierzyńskim. Jedno z naszych dzieci jest chore, a wiadomo jak wygląda leczenie na NFZ, więc często wizyty musiały być prywatnie. Koszty były, ale zdrowie dziecka najważniejsze. Jedyny dodatek jaki braliśmy z państwa to 500+. Jakoś sobie radziliśmy.
No i przyszedł koronawirus. Wizyty u lekarzy odwołane. Męża zwolnili, jest na wypowiedzeniu, więc pod koniec kwietnia zniknie nam główny dochód rodziny. Pracy w naszym rejonie teraz się nie znajdzie. Oszczędności dawno znikły (drogie leki). A żyć jakoś trzeba.

Rząd wspiera umowy śmieciowe i samozatrudnionych. My nie możemy liczyć na wsparcie. Nie wiem, co z nami będzie za kilka miesięcy. Szczególnie że ja raczej też po macierzyńskim zostanę zwolniona.

Jestem przerażona tą chorobą i naszymi finansami. Nie śpię. A wiem, że to dopiero początek...
Jelonek91 Odpowiedz

Jeśli miałaś umowę o pracę to złóż podanie o skrócenie czasu pracy do 7/8 etatu. Pracodawca nie może Cię wtedy przez rok zwolnić ;)

Waniliowabeza Odpowiedz

Idź do mopsu. Czasem trzeba schować swoją godność głęboko. Idź przysługuje Ci zasiłek okresowy, i dodatek na leczenie dziecka. I nie pierdziel, że to wstyd. To tylko tymczasowe rozwiązanie. Powodzenia i nie płacz, czasem jest pod górkę takie życie :)

Zobacz więcej komentarzy (5)

#vptXK

Jakiś czas temu, kiedy jechałem autobusem, do pojazdu weszła pomarszczona babina o lasce. Chciałem być uprzejmy i ustąpić jej miejsca. W momencie kiedy podniosłem się, kierowca dość mocno zahamował. Przewróciłem się i wyrżnąłem głową w kasownik. W efekcie tego paskudnego upadku miałem zwichniętą kostkę i potężnie stłuczoną twarz. Nikt nie pomógł mi się pozbierać. Nikt, poza wspomnianą babcią, która widząc co się stało, od razu ustąpiła mi miejsca, na którym wcześniej siedziałem…
wcaleniechutliwe Odpowiedz

Dobro wraca :D

Zobacz więcej komentarzy (3)

#H1MMS

Czasem zazdroszczę ludziom tego, że mają co wspominać, czy to dobre, czy to złe rzeczy. Że w ogóle potrafią coś zapamiętać.

Moje jedyne dobre wspomnienia z czasów podstawówki to pisanie opowiadań. Z czasów gimnazjum granie w jedną grę mmorpg, która mnie wciągnęła. Z czasów liceum... I tu się zaczyna problem... W sumie nie pamiętam, co się działo w liceum, ogarnęłam się trochę i zdałam dobrze maturę, tyle wiem. Na studiach dwa razy brałam urlop zdrowotny. W sumie już 7 lat minęło, odkąd rozpoczęłam studia, zaczynam pisać magisterkę (powinnam już kończyć...). Nie mam pojęcia co robiłam te wszystkie lata, nie mam prawie żadnych wspomnień. Nie wiem jakim cudem inżyniera zrobiłam, już nie pamiętam, o czym pisałam pracę. Żadne z moich wspomnień nie było na tyle dobre, by je zapamiętać. Ale też nie było na tyle złe, by je rozpamiętywać.

Zmarła mi babcia i mama w odstępie roku, obie, gdy byłam w domu, mimo to nie pamiętam żadnych szczegółów. Nie wiem, czy cierpiałam po ich stracie. Zupełna pustka w głowie. Jaki to był miesiąc? Jaki rok?

Jestem pewna, że musiała się zdarzyć przez te lata od liceum do teraz chociaż jedna rzecz naprawdę warta zapamiętania, cokolwiek, więc dlaczego zupełnie nic nie mogę sobie przypomnieć? Wakacje? Czy w ogóle gdzieś wyjeżdżałam? Czy w ogóle miałam wakacje?Jakim cudem te wszystkie semestry na studiach zaliczyłam i to ze średnią powyżej 4,5? Przecież ja nic nie wiem.

Byłam u lekarza, psychiatry, psychologa, nikt nie widzi problemu, a może to normalne, a ja wyolbrzymiam?

Płynę przez życie bez żadnego sensu czy celu. Nie mam pasji ani hobby, przyjaciół czy znajomych. Nie mam niczego, co jest warte zapamiętania. Przez jakiś czas postanowiłam zapisywać ważniejsze rzeczy, by nie zapomnieć, potem któregoś dnia przestałam, nie wiem czemu, pewnie zapomniałam. "Przypomniałam" sobie o tym, gdy sprzątałam starą szafkę i znalazłam tam kartkę z przypomnieniem, że tego i tego dnia zaczynam prowadzić zeszyt z zapiskami. Zeszytu samego w sobie nigdy nie znalazłam.
Nie wiem co ze sobą zrobić.
Yavanna Odpowiedz

Polecam jeszcze odwiedzić neurologa

Zyramdol Odpowiedz

To może do, jasnej anielki znajdź jakieś hobby, pasję i znajomych zamiast się użalać!

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (1)

#4mCpP

Mój przypadek prawdopodobnie jest bardzo ciężki, w skrócie ujmując to jestem inwalidą społecznym. Cała moja "choroba" dosłownie uporządkowała mnie w 100% pod siebie.

Wygląda to tak, że nie jestem w stanie być sam we własnym domu, w zasadzie to nigdzie. Spełni się tylko ten warunek i momentalnie z automatu napad paniki. Od paru lat każdy dzień jest przeze mnie uporządkowany tak, by zawsze mieć kogoś w pobliżu, w pierwszym i najlepszym sorcie rodzina, dziewczyna... w drugim znajomi, ostatnim nawet sąsiedzi. Nie raz byłem już transportowany do szpitala z potężnym napadem paniki. Panikę i głównie całe to błędne koło napędza strach przed samą tą paniką, a z kolei po tym, gdy lęk zaczyna narastać strach przed tym, że na skutek tej paniki coś się mi stanie - zawał, wylew, cholera wie co jeszcze, i tu błędne koło się zamyka i wszystko powtarza.

Oczywiście ja sobie zdaję sprawę, że to tylko generacja mojego mózgu, jestem po terapii farmakologicznej (już którejś z rzędu), przechodziłem też różne terapie, które zawsze wyglądały tak samo - "Musisz się z tym mierzyć, by z tego wyjść. Musisz pozwolić sobie na ten dyskomfort, poczuć stopniowo, ćwiczyć mierząc się z tym sam na sam itp. itd., cały ten dialog sokratejski, bo przecież nic się mi nie stanie" (według mnie można by również powiedzieć do normalnego człowieka: rozpal ognisko i stopniowo do niego wchodź, będzie cię boleć, ale wkrótce po wielu próbach przestaniesz czuć ból, aż w końcu wejdziesz tam cały). Nie spotkałem na wszystkich tych terapiach żadnego słowa/zdania, biorąc pod uwagę także całokształt tych terapii, które wyciągnęłoby mnie z tego chociaż na 60 procent. Zawsze mój mózg (a może nie mózg, tylko ta "choroba", która tam siedzi) znalazła sobie jakieś kontr zdanie, czy "wytłumaczenie" na to, co mówi terapeuta.

Po tych wszystkich przejściach i próbach, nadal nie jestem w stanie iść do sklepu 500 m bez samochodu, czy mówiąc już o samochodzie, wsiąść do niego i samemu np. pojechać do innego miasta... Zwykle gdy przekraczam pewny dystans (można to nazwać "bezpieczny dystans") momentalnie zaczynam czuć, że zbliża się panika, już uruchamiają się obawy... "nie ma nikogo, kto mi pomoże", jeszcze podjadę kilometr, to rozpęta się piekło. W ekstremalnych sytuacjach, gdy lądowałem w szpitalu, mierzono mi ciśnienie 220/180 z pulsem 180. 

Chciałem przedstawić swój problem, być może sobie (a możliwe, że i nie tylko sobie) pomogę... Szukam osoby lub osób, które cierpiały na zespół lęku napadowego lub zespół lęku uogólnionego z lękiem antycypacyjnym (czyli lęk przed lękiem). Szukam dlatego, ponieważ sam mierzę się z tym cholerstwem od niepamiętnych lat, chciałbym porozmawiać, dowiedzieć się w jaki sposób udało im się z tego wyjść, czy (jak to się mówi) nauczyć się z tym żyć.
Nadim Odpowiedz

Na moje zaburzenia lękowe pomogła farmakoterapia połączona z dużym wysiłkiem fizycznym na siłowni. W takim stanie kompletnie nie miałam ochoty na ćwiczenia, przymuszałam się, co dało efekty po około pół roku regularnego (nawet codziennie) bywania na siłowni.
Dodatkowo zawsze, gdy czułam się gorzej, pisałam na kartce o swoich odczuciach i dlaczego nie są one zasadne. Słowo pisane ma większą moc, niż uspokajanie się w myślach. Można też próbować mówić na głos do samego siebie w lustrze.
Nie wiem oczywiście, czy Tobie ma szansę to pomóc, ale być może warto spróbować.

Odpowiedzi (1)
widia Odpowiedz

Hej. Chciałabym Ci pomóc, wesprzeć. Jednak trudno jest udzielać rad, a także osobie która je dostała, z nich korzystać, ponieważ napady lękowe, nerwice u każdego objawiać mogą się inaczej i z inną siłą. Z tego co zrozumiałam, leczysz się farmakologicznie, co jest dobre, tym bardziej przy ostrych atakach lęku. Nie wiem, czy korzystałeś równolegle z wizyt terapeutycznych (trudno jest znaleźć odpowiedniego terapeutę i równie ciężko czasem na środki na leczenie), może należałoby połączyć obie możliwości walki z chorobą (tak jak wspomniałeś, to choroba - ataki lękowe, nerwobóle niosą ze sobą odczuwalny ból; a nie jakaś projekcja mózgu). Ja i mój chłopak zmagamy się z wieloletnią nerwicą i epizodami napadów lęku, nerwicy. Gdy układ przywspółczulny nie pracuje prawidłowo człowiek może wylądować w szpitalu z wysokim pulsem i całym szeregiem innych objawów - "dobrodziejstw" choroby. Pierwszy i jak na razie ostatni raz wylądowałam z tego powodu w szpitalu mając 12 lat. Nie wiedziałam w tedy co się ze mną dzieje, ale podejrzewałam, że "to z nerwów". Od tamtego czasu obiecałam sobie, że więcej z tego powodu w szpitalu nie skończę. Było ciężko (przez mój skromny status materialny nie odwiedzam psychiatry, ani psychologa), wypracowałam sobie sposób "okiełznania" ataków (coś jak "odklejanie się od rzeczywistości, skupianie się tylko i wyłącznie na oddechu i "niczym", co można pewnie porównać do jakichś ćwiczeń oddechowych, czy medytacji), ale jak wspomniałam każdy jest inny, inaczej to przechodzi i potrzebuje czego innego. Nie zawsze możliwe jest opanowanie ataku bez "uspokajaczy" - z moim chłopakiem było gorzej na początku tego roku, miał silne ataki, wylądował na SOR, starałam się go wspierać, ale bez leków byłoby bardzo ciężko. Niestety nie mogę Ci udzielić fachowej pomocy, ale spróbuj wizyt u terapeuty, a gdy będziesz czuł się źle, spróbuj "zamknąć się" w swojej głowie, przekonać swój rozszalały przez hormony stresu mózg oraz ciało, że nie jesteś sam i tragedią się nie skończy

Zobacz więcej komentarzy (2)
Dodaj anonimowe wyznanie