#7Htca

Kilka dni temu okazało się, że moja czternastoletnia siostra jest w 5 miesiącu ciąży, ona sama o tym nie wiedziała, po prostu mama zauważyła, że siostra coś nierównomiernie tyje i kupiła test ciążowy.



Od kilku dni w domu jest: "ojoj, biedna dziecinka popełniła błąd, trzeba się teraz nią opiekować i wspierać". No ok, czemu nie, w końcu pomoc teraz jej się przyda... Tylko, że mama, pod wpływem tych wszystkich telewizji śniadaniowych i głupich portali internetowych od kilku dni się zbiera, żeby zrobić sajgon w szkole, bo nikt jej kochanej córeczki nie wyedukował seksualnie, nawet na forach dla mamuś na zły system szkolnictwa się żali. No błagam, nikt mi nie wmówi, że głupota jest wynikiem braku edukacji seksualnej w tym kraju... Przycisnęłam siostrę, okazało się, że 2 razy pękła im gumka, a oni nie domyślili się, że to może skutkować ciążą.


Szkoła siostry jest mocno patologiczna, pobicia, narkotyki, kuratorzy i nastoletnie ciąże nie są właściwie tam niczym dziwnym. A siostrzyczka biedna, bo nikt jej nie powiedział, jak się zabezpieczać. Tylko że cała rodzina zapomniała, że jestem tylko 6 lat starsza, byłam tak samo wychowywana i chodziłam do tego samego zespołu szkół, nawet większość nauczycieli, w tym tych od wdż i nauk przyrodniczych miałyśmy tych samych. A ja jakoś nie zaszłam w ciążę.


Wcale nie trafiłam na jakieś lepsze informacje. Gdy byłam w jej wieku, wiedziałam tylko, że ciąża wynika z seksu, że są gumki, które czasem pękają i że są tabletki poronne, od których się umiera. O tabletkach antykoncepcyjnych wiedziałam tylko tyle, że istnieją, a o aborcji nawet nie słyszałam. Wiedzę tą posiadałam z seriali, które mama oglądała. Za moich czasów, ta szkoła była tak samo patologiczna, czułam taką samą presję otoczenia, w którym seks był właściwie traktowany jak sport. A mi po prostu wystarczyło wiedzieć, że jak się nie zabezpieczę, to zajdę w ciążę. Nie miałam pojęcia jak się skutecznie zabezpieczyć, nie wiedziałam co zrobić, gdybym zaszła w ciążę, więc nie chciałam uprawiać seksu, to było i jest dla mnie logiczne.


W liceum poznałam chłopaka, na którym zależało, dlatego chciałam się z nim kochać. Nie potrafiłam pokonać wstydu i zapytać mamy, ale przecież mamy internet. I nie chodzi mi tu o głupie fora, na których piszą, że po pierwszym razie nie da się zajść. Są wiarygodne portale medyczne, na których jest wszystko, nawet te głupie mity obalają. Zdobyłam wszystkie potrzebne informacje całkiem sama, więc nie wmawiajcie mi, że nastolatki w ciąży to wina złej edukacji. Część to wina zabezpieczeń, które zawiodły, a część to po prostu głupota. Jak nie jesteś pewien jak się zabezpieczyć i nie jesteś gotowy na potencjalną ciążę, to nie jesteś gotowy na seks, więc go nie uprawiaj. Ale niektórzy wolą szukać winnych wśród innych.
DeathFairy Odpowiedz

A matka czemu nie uświadomiła córki ? 14-latka w ciąży, czyli jak będzie rodzić w szpitalu, to personel ma obowiązek powiadomić o takiej sprawie policję. Pójdzie z automatu sprawa do sądu rodzinnego i matkę nauczą pilnować dzieci

Odpowiedzi (10)
Aleksandrowska987 Odpowiedz

Ma 14 lat i jest w ciąży..... Przecież to dziecko pod względem fizycznym i umysłowym. Jak patrzę na osoby które poszły w tym roku liceum, to pomimo tego że chcą się uznawać za ludzi dorosłych, to i tak wyglądają i zachowują się jak dzieci. A co tu mówić o osobie jeszcze młodszej... Niby kiedyś dziewczynki w wieku 14 lat wychodziły za mąż i rodziły dzieci, ale w dzisiejszych czasach ciężko mi jest patrzeć na dzieci które rodzą dzieci. Co tacy 13-14 latkowke mają w głowie że zaczynają w tym wieku współżycie?

Odpowiedzi (6)
Zobacz więcej komentarzy (18)

#zWX2d

O pracy w wielkich zakładach ciąg dalszy.


Pracuję od początku czerwca i na moje (nie)szczęście się złożyło, że akurat przyjechał prezes firmy. Standardowo - tydzień sprzątania, zamiast pracy, którą powinieneś wykonać. W dniu przyjazdu ci, którzy mieli urlop, byli wysyłani w tym dniu na urlop bądź przepustkę, aby nie zepsuć idealnego wizerunku firmy. Ja jednak nie miałem urlopu, bo byłem świeżym pracownikiem, a za przepustkę, bądź bezpłatny urlop nie miałbym zapłacone, tak więc nie zgodziłem się pójść w tym dniu do domu. Stwierdzili więc, że wyślą mnie do pokoju, w którym stacjonują różne osobowości typu technolog i tym podobne i tak przesiedzę sobie cicho 8 godzin.



Pech chciał, że pokój był nowo wyremontowany, jak zresztą duża część hali, a prezes (nie jest Polakiem) wybrał sobie akurat ten pokój, aby zobaczyć zmiany dokonane poprzez remont. I tu spotkał mnie. Od razu zapytał po angielsku co robię w tym gabinecie (miałem koszulkę nowy pracownik). Zanim dyrektor zdążył mu wcisnąć jakiś kit, będąc prawdopodobnie pewnym że nie rozumiem co do mnie mówił, odpowiedziałem mu, że czekam na technologa, bo prawdopodobnie moja maszyna wymaga naprawy.



Dyrektor zakładu zrobił wielkie oczy, nie wiem czy bardziej był zdziwiony tym, że w ogóle rozumiem co do mnie mówił, czy tym, że śmiałem się powiedzieć, że coś w tym zakładzie nie jest w stu procentach sprawne. Prezes kazał pokazać maszynę i opisać problem, a jako, że pracowałem na starej maszynie, jeszcze z lat 50 sprowadzonej Bóg wie skąd, to łatwo było znaleźć jakieś (czytaj mnóstwo) uszczerbków. Był bardzo miły, pytał czy dobrze mi się tu pracuje i przegadaliśmy chyba z 15 minut. Na koniec obiecał, że zajmie się moją maszyną. Zlecił zamówienie nowej maszyny dyrektorowi (wiem od majstra, który o tym mówił) i tydzień później była już na zakładzie.

Do dziś stoi na magazynie (więc około 3 miesiące), a ja cały czas pracuję na starej. Za tydzień prezes przyjeżdża znowu, w związku z jakimś dużym kontraktem. Zgadnijcie komu jutro będą montować nową maszynę?
SzeptNocy Odpowiedz

Bareja wiecznie żywy.

CichyWojownik50 Odpowiedz

Historia o korporacjach są najlepsze

Zobacz więcej komentarzy (2)

#aj273

Krwawa historia :D Otóż miałam wówczas ok 6 lat. Tworzył mi się (chyba jak każdemu) wałeczek tłuszczu na brzuchu gdy siedziałam. Pamiętam, że tego dnia oglądałam na Polsacie jakiś pokaz mody, i zrobiło mi się smutno, patrząc na piękne chude brzuchy modelek. Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem, aby również mieć płaski brzusio będzie ucięcie tego bebecha. Nożyczkami.

p.s. 1. Tak, bolało.
p.s. 2. Tak, bliznę mam do dziś (ok 1 cm, nie byłam masochistką).
p.s. 3. Żodyn w domu nie wie. Żodyn :D
Patryczka Odpowiedz

Od podstawówki miałam dość spory biust, dobrze że rodzice ograniczali mi telewizję :)

Limnada Odpowiedz

Ja sobie kiedyś wycięłam piega z ramienia

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#7GuVH

Kilka lat przyjaźniłam się z X. Kiedy się poznałyśmy była samotną matką, ja żyłam w związku na odległość. Trochę imprezowałyśmy, ale imponowało mi, że jest taka ciepła, a jednocześnie ambitna. Obie już na studiach robiłyśmy staże, celowałyśmy w korporacje. Była dla mnie dobrą przyjaciółką, traktowałam ją jak siostrę, a jej syna jak członka rodziny. Lubiłam z nim zostawać.



Pewnego dnia X poznała Y. Właściwie przelotnie znali się już wcześniej, ale przyszedł dzień, kiedy poznali się bliżej na imprezie (jej synek spędzał weekendy u dziadków, bo ona studiowała zaocznie, wyjeżdżała 100 km na weekend, więc sobie imprezowała też w tym czasie, oprócz sesji). Od tego czasu mogłam się widzieć z X tylko w określonych godzinach, bo po pracy przychodził do niej Y. Nie wiem czemu musiałam od razu wtedy wychodzić, tłumaczyła to tym, że chcą spędzić razem czas. No, ale czasem mogłaby mi dać chociaż dopić kawę.



Zdarzyła się taka sytuacja, że udało jej się zaliczyć pewne rzeczy w sobotę, więc miała wolną niedzielę. Pojechała więc do domu, rodzice z jej synkiem byli w górach, więc zaprosiła mnie i dwie inne koleżanki. Każda przyniosła po winie, obejrzałyśmy film, pośmiałyśmy się. Stwierdziłyśmy koło północy, że pójdziemy do baru karaoke. Tak spontanicznie, zdarzało nam się tak wcześniej, więc to żadna nowość. Wszystkie spałyśmy u X.



Rano przyszedł Y. Zrobił jej wielką awanturę kiedy nas zobaczył. Kazała nam wyjść. Nie wiem co się działo dokładnie, ale X za dwie godziny dzwoniła i byłam u niej. Była zapłakana. Wiem tylko, że Y był na nią zły, że imprezowała zamiast zadzwonić do niego. Wiem, że zarzucił jej, że na pewno z kimś spała. Więcej nie wiem.


Od tego czasu nie wyszłyśmy razem nigdzie. Jedynie kawki u niej w domu. Rok później zaręczyny. Ona przestała pracować. Zawsze mu coś nie pasowało. To, że nie te godziny, to że za dużo facetów tam pracuje, to że nie po to studiowała, żeby siedzieć w sekretariacie.



Rok później ślub, zaraz ciąża. X to nie ta sama X. Tylko kawki i ewentualnie spacer z dzieckiem, ale to też tylko pod domem.

Z roześmianej i ambitnej dziewczyny, zrobiła się dziwna. Jedyne o czym mówi to to, jakie jej dzieci i mąż są świetni, życie jest świetne. Nie ma już żadnych zainteresowań. Kiedy chcę ją wyciągnąć chociaż na zumbę to słyszę, że jej nie głupoty w głowie, że teraz ma męża i powinna z nim siedzieć.



Coraz gorzej mi z nią funkcjonować. Kiedyś była bardzo ciepła, do rany przyłóż, a teraz ciągle wbija szpile i chwali się idealnym życiem. Kiedy miałam zagrożoną ciąże, bałam się o życie swoje i dziecka, to ciągle mi mówiła, że przesadzam. Kiedy miałam po tym wszystkim depresję poporodową, stwierdziła, że jestem złą matką i mam fanaberię. Kończy mi się przyjaźń i smutno mi, jest tego więcej, ale znaki się kończą
leniwalisica Odpowiedz

Obawiam się, że ta przyjaźń już się skończyła

ananas1ek Odpowiedz

Jeśli chwali się idealnym życiem to znaczy że jej ze Cie wcale takie nie jest albo jest idealne na pokaz.

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#7F4K3

Od jakiegoś czasu uczestniczę w psychoterapii (anoreksja).

Już od paru dni jem normalnie - według zapotrzebowania kalorycznego, ale moją terapeutkę okłamuję, że nadal się głodzę. Wstydzę się przyznać do prawdy, by nie wyjść na słabą, która nie potrafi się powstrzymać od jedzenia.


Wiem, że paradoksalnie jest na odwrót - to, że w końcu się do niego zmusiłam, stanowi dowód siły, ale chyba już zawsze będę mieć z tyłu głowy moje durne przekonanie, że jeść ilości o normalnej kaloryczności i większe, niż śladowe = być słabym.
Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Nikt mi tak nigdy nawet nie powiedział.
Nie chcę się żalić, chciałam po prostu to z siebie wyrzucić. Sądzę, że nie ma już dla mnie nadziei na wyjście z zaburzeń odżywiania - nie z takim podejściem, a je niełatwo zmienić. W końcu nie da się wyleczyć kogoś, kto tego nie chce. Szkoda, że nikt nie może wejść w mój umysł i zechcieć za mnie.
TheDarkestLarrie Odpowiedz

Może pokaż jej to wyznanie? Może być łatwiej dać to jej do przeczytania, zamiast mówić :)

FioletowyKangur Odpowiedz

Trzymaj się piękna ❤

Zobacz więcej komentarzy (10)

#thZSg

Ostatnio sprawiłam sobie w sypialni lustro. Wisi nad komodą, naprzeciwko łóżka i służy mi przy zakładaniu/zdejmowaniu soczewek czy porannym makijażu. Kiedy siądę na łóżku w odpowiednim miejscu, widać mnie tylko od pasa w górę. Tyle słowem wstępu.

Ostatnio rozstałam się ze swoim chłopakiem (rozeszliśmy się w zgodzie i za porozumieniem stron, po prostu uczucie między nami się wypaliło). Jak to się ma do lustra? Odkąd Marek się wyprowadził, wypracowałam sobie wieczorny rytuał – wkładam jego koszulkę, którą kiedyś mu zabrałam, spinam włosy z tyłu, żeby wyglądały na krótkie, zdejmuję soczewki, siadam na łóżku i masturbuję się, wyobrażając sobie, że Marek wszystkiemu się przygląda. Kiedy jeszcze byliśmy razem bardzo zawstydzało go patrzenie na to, jak robię sobie dobrze. Teraz to tylko bardziej mnie nakręca.
MrsImpatient Odpowiedz

Myślałam, że to będzie coś w stylu paranormalnych, że w nocy coś tam widujesz itp...no tego bym się nie spodziewała.xd

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#OoTkl

Na fali wyznań o wadze i odżywianiu postanowiłam dodać własne. Wpływ na to mają zwłaszcza komentarze zamieszczone pod #CIFW3, w którym szczupłe użytkowniczki napisały, że wbrew przekonaniu autorki wcale się nie męczą.


Ja jestem szczupła, żeby nie powiedzieć chuda. Fizycznie. W środku siedzi otyła dziewczyna kochająca jeść dużo i kalorycznie, odnajdująca w smakach poezję i delektująca się każdą praliną czy kawałkiem mięsa tak, jakby przyszło jej trzymać w ustach kawałek nieba.


Męczę się. Strasznie. Pilnuję, ile jem (choć nie są to dietetyczne produkty; to byłoby już dla mnie zbyt wielkie wyrzeczenie, wystarczy, że kontroluję kalorie i to, by nie przekraczać swego dziennego zapotrzebowania na nie), aby zachować figurę, na której bardzo mi zależy — uwielbiam dobrze wyglądać i móc założyć na siebie, co tylko chcę, co chyba jest zrozumiałe.


Ale przy każdym przejściu obok cukierni czy restauracji towarzyszy mi wielka ochota, wręcz rozpaczliwe pragnienie, by wejść tam, zamówić dwa duże dania czy kupić cztery pączki i zjeść. Dosłownie nic nie daje mi takiej przyjemności (oprócz na moje nieszczęście ładnego wyglądu), jak jedzenie, jego smaki, faktury, temperatury, dźwięki (moim faworytem pod względem tego ostatniego jest chyba tulumba - wydaje dosłownie idealny odgłos, gdy się ją przegryza). Nawet seks nie jest dla mnie choć w ćwierci tym, czym dobra, treściwa potrawa bądź deser. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że mam z nim problem - co prawda odczuwam pociąg seksualny, ale trauma z przeszłości i poglądy (w tym religijne) powodują, że nie mam ochoty realizować się łóżkowo.


Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy nie ma to ze sobą powiązania, czy nie próbuję zastępować sobie pożycia jedzeniem, ale chyba nie, bo uroki konsumpcji w pełnej krasie dostrzegłam sporo po wykształceniu sobie takiego, a nie innego światopoglądu (oczywiście zawsze kochałam jeść, ale wcześniej nie aż tak, wolałam inne rzeczy).


Raz w miesiącu robię sobie dzień, gdy jem wszystko, czego zapragnę i w każdych ilościach. Odliczam do niego czas, odpowiednio tydzień przed wybranym terminem przygotowuję sobie potrawy spore wagowo i dużo piję, by w „cheat day” móc jak najwięcej zmieścić, w wieczór go poprzedzający z ekscytacji ledwie zasypiam, a rankiem budzę się skoro świt, bo radość, że w końcu oddam się czynności, którą kocham nade wszystko w świecie, dosłownie wyrywa mnie z łóżka.

Ogólnie nie utożsamiam się z radosnymi, szczupłymi dziewczynami jedzącymi pięć niewielkich posiłków dziennie. Choć przypominam je fizycznie, nie czuję się jedną z nich. Ja jestem po prostu gruba, a to, że tego nie widać, jest jakby czarodziejskie zaklęcie. Jakbym pokazywała się pod postacią kogoś, kim nie jestem, choć chciałabym być.
Zazdroszczę i szczupłym, i grubym, wisząc gdzieś pomiędzy. Koszmar...
CzarnaSowa Odpowiedz

Ale twardzielka! Podziwiam cię.

BFMV Odpowiedz

Nie każda szczupła osoba je skromnych pięć posiłków i chodzi szczęśliwa. Jest wiele takich, którym brakuje kilku kg i nic nie pomaga ich zdobyć.

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (11)

#RjR1v

Dzisiaj po egzaminie wchodzę do sklepu komputerowego żeby kupić kabel od internetu. Wciąż zestresowany egzaminem wchodzę i pytam sprzedawcy:

- Dzień dobry, ma pan internet?
Odpowiedział z uśmiechem:

- Tak, mam.

Oczywiście zaraz poprawiłem się, że chodzi o kabel od internetu, ale cringe pozostał ;d
Msciwoj82 Odpowiedz

Się mówi "to poproszę 2 wiadra".

Odpowiedzi (1)
desole Odpowiedz

Co to jest kabel od internetu? I gdzie on się znajduje? Bo w mojej komórce wolno chodzi to może dokupię więcej kabla?

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (1)

#0fPUK

Był taki piękny okres w moim życiu, gdzie nie stroniłam od libacji. Miałam 18 lat, przystojnego chłopaka, którego nie kochałam, masę przyjaciół, a w głowie intelektualną pustkę. Mimo, iż odporność na czyste trunki praktykowałam od lat paru, wciąż badałam przyczyny i skutki nadmiernego spożycia alkoholu, argumentując to jakże przyziemną frazą "YOLO".

Pewnego ciepłego wieczoru jeden z moich znajomych zaprosił naszą klasową ekipę na grilla na swoją ziemię. Bawiliśmy się przednio otoczeni dobrą muzyką, kiełbaskami i wyborową. Czując już kulminację mojej alkoholowej podróży, wiedziałam, że to dobry czas na wspólne śpiewy, jednak mój ówczesny chłopak miał inne plany. Stwierdził, że to doskonały moment, na poważne rozmowy o tym dlaczego tak mało czasu mu poświęcam, dlaczego odporność na alkohol praktykuję czasami bez niego i podobno nawet ktoś mnie widział z jakimś chłopakiem na jednej imprezie... no nie powiem, dobry sobie chłopak moment wybrał. Odeszłam z nim na ławeczkę trochę dalej od ludzi, by nie szerzyć tego zacnego klimatu i najbardziej logicznie jak w tym momencie mogłam, tłumaczyłam mu, że przedstawiłam mu sprawę jasno zanim zaczęliśmy być razem, lubię mieć własną przestrzeń i może lepiej jednak żebyśmy... bełt. Tak, narzygałam mu centralnie na buty.

Po tej akcji pamiętam jak przez mgłę, że niósł mnie na rękach do domu mojego kolegi, a następnie położył mnie na łóżku u gospodarza w pokoju. Wyszedł, lecz za chwilę wrócił niosąc miskę i prosząc, abym tym razem celowała do niej. Posłusznie posłuchałam. Po 10 min jednak co chwila do pokoju przyłaził mój znajomy w celu sprawdzenia czy wszystko ok, a ja męczennica miski o nienagannych manierach krzyczałam na niego, żeby dał mi spokój i wyszedł. Z zamkniętymi oczami słyszałam co chwilę otwierające się drzwi od pokoju w którym leżałam, więc chcąc mieć w końcu święty spokój, przy następnej takiej akcji, ostatkiem sił wykrzyczałam "co ty tu robisz nooo? Wypierd**aj z tego pokoju!" i żeby sprawdzić, czy moja prośba została spełniona otworzyłam oczy. Zamiast mojego kolegi zobaczyłam jego mamę, właścicielkę owego domu, która przyszła aby wymienić mi zawartość miski, bo syn jej mówił, że ze mną to nie najlepiej. Pogrążona w otchłani przepływających myśli, dałam im ujście raz jeszcze w owej misce, Pani mama ją zabrała, a ja poszłam dalej spać.

Nie przeprosiłam, nie próbowałam wyjaśnić sytuacji, bo po co... jak już mówiłam, główka w tym wieku odpowiednio mi nie pracowała. Niestety zamiast odejść pokornie z grilla, postanowiłam zakosić jeszcze na odchodne ze stołu kilka fantów. Nad ranem budząc się z ogromnym wstydem, postanowiłam zobaczyć moje łupy. Nie wiem co miałam w głowie wpakowując do plecaka dwadzieścia małych kajzerek i końcówkę soku...
Tradycjonalista Odpowiedz

Idiotka do potęgi n-tej. Ciesz się że nie znalazł się amator nawalonych panienek i nie skorzystał z okazji

Odpowiedzi (1)
zefir Odpowiedz

po 12 stronach anonimowych tutaj postanowilem zostawic Ci strzalke w gore glownie dlatego, iz napisalas to skladnie i nawet ciekawie. Chociaz malo anonimowo.

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (3)

#9Xf5K

W podstawówce miałam przyjaciółkę, Julę. Uwielbiałam ją, a ona uwielbiała mnie, ale cieniem na naszej relacji kładła się sytuacja szkolna. Jula zawsze była najlepsza. W sporcie. W ocenach. Cóż dla nauczycieli znaczyła moja średnia 4.9, Jula nigdy nie schodziła poniżej 5. Lepiej rysowała. Lepiej tańczyła. Czy byłam zazdrosna? W jakimś sensie tak, ale nigdy nie dawałam jej tego odczuć, po prostu robiłam swoje, choć wiadomo - nie tak dobrze jak Jula. Miałam jednak jedną jedyną rzecz, której Jula nie miała. Chłopcy mnie uwielbiali. Mając 13 lat przeżyłam swoją wielką odwzajemnioną miłość, która trwała dobre 4 lata, na Julę nie zwracano uwagi.

Weszłyśmy w bunt w tym samym czasie, ja uznałam, że mam dosyć bycia grzeczną dziewczynką, a skoro nie mogę być pierwsza to będę żadna. Spadłam w ocenach (bez dramatu, okolice 3,5-4), zaczęłam wagarować. Jula poszła swoją drogą i uznała, że znajdzie sobie chłopaka, to był cel jej życia. Lubiłam ją, a ona mnie, ale nie było już zażyłości.

Kiedyś w szkole zasłabła, zabrano ją karetką do szpitala, nie wiedziałam co się dzieje, nikt nic nie mówił. W tym czasie (koniec 3 gim) wychowawczyni uznała, że poleci mi po zachowaniu za nieobecności, co uniemożliwiło mi dostanie się do wymarzonego liceum. "Co się z tobą dziecko stało?!”, mnóstwo wyrzutów, rozmowy z moją mamą, narzucanie mi szlabanów, ciąganie po psychologach, niemal wmówienie moim rodzicom, że się stoczyłam, a ja po prostu chciałam wreszcie przestać być piątkowa. Byłam grzeczną dziewczyną, która czasem robiła sobie wolne (czytałam wtedy książki we własnym domu). Poprawne zachowanie kładło się cieniem na doskonałym wyniku testów po gimnazjum, kobieta mnie uwaliła. Jula zdała testy lepiej ode mnie, a jej zachowanie było wzorowe, a jakże. Po gimnazjum nasze drogi się rozeszły.

Wiele lat później dowiedziałam się, że Jula osiągnęła swój cel - poznała wtedy chłopaka, który lubił amfetaminę. Wtedy gdy zasłabła w szkole była naćpana i po ponad dobie bez snu. Wiele lat miałam do siebie żal, że nic nie zauważyłam, ale miałam naprawdę zerowe pojęcie o tym temacie. Mam żal do jeszcze jednej osoby. Mojej wychowawczyni, która zrobiła ze mnie najgorszą, podkopała marzenia o liceum i uwolnieniu się od łatki tej drugiej, gdy doskonale wiedziała jakie problemy ma Jula (spotkała się nawet z moją mamą żeby się upewnić, że nie dzielimy "hobby" - moja mama opowiedziała mi wszystko gdy przypadkiem wpadłam na trop), a swojej ulubienicy nie zeszła z zachowania nawet o stopień mimo, że ta spędziła dwa tygodnie na odtruciu i odwyku. Wszystko pięknie zatuszowała. Minęło ponad 15 lat, a mój żal i poczucie niesprawiedliwości jest ogromne.
GoMiNam Odpowiedz

Gdzie częściowo zgodzę się z przedmówcami (na własne życzenie miałaś obniżone zachowanie, nawet jeśli nie szlajałaś się byle gdzie, a cicho siedziałaś w domu i czytałaś książki), to Julka też powinna mieć.

Tak, narkotyki są problemem, ale nie wolno tego tuszować to raz. Dwa sam fakt, że przyszła do szkoły naćpana nie jest wzorem do naśladowania i dyskwalifikuje ją do tego najlepszego zachowania. Wzorowy uczeń nie przychodzi naćpany / nachlany / *wstawcie co tam chcecie*.

U mnie w liceum zdarzyło się, że chłopak przyjechał samochodem po dobrze zakrapianej imprezie. Zataczał się i nie był w najlepszym stanie. OK, nie był uczniem wzorowym, ale miał mieć chyba dobre, a zniżyli mu do poprawnego na dwa dni (?) przed zakończeniem roku szkolnego. Fakt, to była klasa maturalna, więc zachowanie przy przyjmowaniu na studia aż tak nie uderza (chyba że coś się zmieniło) w punktację o ile w ogóle ma jakiś wpływ, ale nauczyciele zgodnie stwierdzili, że za ten wybryk nie mogą mu wpisać zachowania dobrego.

Nie twierdzę, że należało Julce obniżyć zachowanie do zera, ale na pewno bym takiej uczennicy - gdybym była nauczycielem - nie mogła postawić wzorowego.
Nieważne jakie się ma problemy - narkotyki nie są rozwiązaniem. Alkohol także.
Wpadła w towarzystwo jakie wpadła - zdarza się, ale nie wyniosła porządniejszej lekcji z tego - była "tylko" na odtruciu i odwyku. Na pewno się to na niej odbiło, nie twierdzę, że nie, ale nauczyciele dali jej swego rodzaju kredyt i czystą kartę, aby nie miała problemów w przyszłości.
Jakoś się z tym nie zgadzam. Jak zamiatamy pod dywan czyjeś grzeszki, to dlaczego tylko jednej osoby, a nie całej klasy?

Odpowiedzi (1)
FioletowyKangur Odpowiedz

No właśnie, Ty chciałaś tak się zachowywać i się zachowywałaś, więc jak Cię nauczycielka miala ocenić? Jako grzeczną, wzorową uczennice? Są jakieś standardy i w tym przypadku absolutnie nie podwójne, bo Julia wpadław tarapaty i potrzebowała pomocy, a Ty potrzebowalaś atencji..

Zobacz więcej komentarzy (7)
Dodaj anonimowe wyznanie