#FWJrK

Opowiem Wam coś o samobójstwie, ale trochę z innej perspektywy.

Mówi się, że większość osób, które podejmują próbę samobójczą, tak naprawdę wcale nie chce umrzeć, ale nie widzi wyjścia ze swojej sytuacji i pragnie uwolnić się od cierpienia. Ze mną częściowo jest podobnie, ale wcale nie cierpię na tyle, by się zabijać. Po prostu jestem zmęczona, cholernie zmęczona.

Cierpię na depresję od jakichś dziesięciu lat, ale biorąc pod uwagę mój młody wiek, to jest większość życia, jakie pamiętam. Rzadko kiedy zdarza się, bym nie dała rady wstać z łóżka - to ten rodzaj depresji, która pozwala funkcjonować na co dzień, ale powoli wyniszcza, odbierając pewność siebie, radość z wykonywania pasji i w końcu nadzieję, że kiedyś będzie lepiej.

Jestem zmęczona tym, że nie mogę sobie ufać, bo nawet gdy kładę się spać w dobrym humorze, mogę dostać w nocy ataku paniki i następnego dnia włóczyć się po domu jak zombie. Tym, że gdy moja praca i noce zarwane na naukę dają efekty w postaci dobrych wyników, nie potrafię być z siebie dumna. Tym, że niechętnie się rozbieram, bo nienawidzę swojego ciała i brzydzę się go. Ale najbardziej chyba męczy mnie to, że mogę zaśmiewać się do łez z byle głupot, a potem wieczorem i tak kładę się na łóżku i zaczynam fantazjować o samobójstwie.

Myśli o swojej śmierci nie wywołują u mnie większych emocji, powiedziałabym wręcz, że myślę o tym dość chłodno i w sposób wykalkulowany. Na koniec powiem coś kontrowersyjnego, co wielu z Was się zapewne nie spodoba.

Uważam, że nie każdemu da się pomóc. Oczywiście, depresja to choroba i wymaga odpowiedniej terapii psychicznej i farmakologicznej. Należy wspierać taką osobę, ale trzeba przede wszystkim pamiętać o własnych limitach i możliwościach, bo nikt nie powinien brać na barki ciężaru zmartwień innych osób, jeśli jest on ponad jego siły.
Jeśli ktoś całkiem utracił nadzieję, że będzie lepiej, nie ma siły czekać na lepsze jutro, które nie nadejdzie, ciągle trzeba wyciągać go z łóżka i odwracać uwagę od myśli samobójczych, bo nie jest w stanie poradzić sobie z presją i wymaganiami świata wokół, to w końcu i tak się zabije. I zmniejszy się prawdopodobieństwo, że ''słabe" geny zostaną przekazane przyszłemu pokoleniu. Może wydawać się to okrutne, ale tak natura działa u podstaw.

Na siebie patrzę dokładnie w ten sam sposób, jakbym była wadliwą komórką w społeczeństwie. Dla świata nie znaczę nic, ale najbliższe osoby przede wszystkim martwię i zadręczam swoim wiecznie przybitym nastrojem i negatywnym nastawieniem. Nie poddałam się się jeszcze, ale czuję się coraz bardziej znużona, dlatego, jeśli się nie poprawi, za jakiś czas być może po prostu się zabiję.

Dziękuję osobom, które wytrwały do końca tego wpisu i pozdrawiam je. Chciałam sprawdzić, czy ktoś myśli w podobny sposób.
blawatek Odpowiedz

Poczytaj o dystymii, bo wygląda na to, że to, czego doświadczasz to właśnie dystymia, a nie tzw. duża depresja. I nie bagatelizuj jej - to, że możesz wstać z łóżka i w miarę funkcjonować nie oznacza, że nie cierpisz. Umów się na wizytę do psychiatry, opowiedz o tym, co się dzieje - pomoże Ci. Nie warto cierpieć, gdy są możliwe opcje pomocy.

Jestjakjest Odpowiedz

No na pewno ktoś tak ma - nie czytasz innych wyznań?... dużo podobnych, aż już się nie chce odpowiadać na te tematy.
Powiem Ci też z innej perspektywy: im więcej się w coś angażujesz, tym bardziej to przeżywasz.
Mała rada: spróbuj codziennie napisać wyznanie (krótkie, dla siebie, albo jak ciekawe to dla nas) o czymś miłym, pozytywnym z Twojego życia, nie tylko z wielkich wydarzeń, może być też o uprzejmej pani ze sklepu, co dobrego przyniósł dzień, albo o czymś z zainteresowań, osiągnięć, dzieciństwa, cokolwiek. Napisać, nie tylko przemyśleć. Twój mózg dostanie inne wrażenia oprócz "nie mogę, nie potrafię, nie dam rady" i się więcej dotleni. Przed snem pomyśl jeszcze raz o tym co napisałaś i się uśmiechnij.
To jest proste i naiwne, może pomyślisz o mnie, co ta głupia wygaduje i ja sama wiem lepiej, że się nie da pomóc, itp.
Tak czy siak życzę poprawy.

Zobacz więcej komentarzy (16)

#XiU8A

Obciachowa historia z czasów licealnych. Minęło ponad 10 lat, a ja nadal się czerwienię na wspomnienie tej sytuacji.

Podczas lekcji wf-u dziewczyn uczyłyśmy się prostych akrobacji. Zadanie polegało na wykonaniu kilku przewrotów, jakiegoś wygibasa i na koniec - stanięciu na rękach z głową w dół. Chłopcy skończyli już lekcję i przyszli do nas kibicować. Była bardzo sympatyczna atmosfera (końcówka ostatniej lekcji w piątek), a ja miałam doskonały humor. Wśród chłopaków był kolega, który bardzo mi się podobał i cieszyłam się, że widzi moje popisy (byłam dość wygimnastykowana).

Przyszła kolej na mnie i poprawnie wykonałam wszystkie przewroty i fikołki. Na koniec stanęłam na rękach i - o zgrozo - na sali wybrzmiał donośny, przeciągły dźwięk pierdnięcia. Koledzy taktownie nie zareagowali, ale słyszeli to na pewno wszyscy. Problem polega na tym, że nie był to żaden pierd - ten dźwięk wydała moja cipka pod wpływem wysiłku fizycznego. Podobnie jak kiedy czasem po stosunku powietrze się stamtąd wydostaje. Chociaż pewnie wszyscy pomyśleli, że pierdnęłam, a dźwięk złowieszczo niósł się po sali gimnastycznej.

Kolega i tak się ze mną umówił, ale mi do dzisiaj wstyd za tę sytuację.
Shido Odpowiedz

Ten moment kiedy po dobrym seksie wychodzisz ze swojej ukochanej, a jej cipka zaczyna na Ciebie szczekać.

Odpowiedzi (7)
Dragomir Odpowiedz

Tyle było marudzenia na stare, że zniknęły daty :)

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (2)

#uAKRP

Nienawidzę swojej pracy. Pracuję w handlu i mam 3 weekendy w miesiącu zajęte. Mój facet w tym czasie jeździ do mamy, do znajomych, na grille, koncerty i inne wydarzenia, na których tak bardzo chciałabym być, że aż mnie skręca. Tęsknię za normalnością, za tym, żeby nie siedzieć każdy weekend sama w mieszkaniu i czekać, aż łaskawie wróci w niedzielę o 22.

Jestem zła, przemęczona i wściekła. Sama nie wiem na co. Czy na moją beznadziejną robotę czy na faceta, który pomimo 6 lat związku nadal nie ma skrupułów, by mnie zostawiać co chwilę i wmawia mi, że nie mogę zmienić tej pracy (pomimo tego, że mam wysokie kwalifikacje w innym, uwielbianym przeze mnie zawodzie), bo "będziemy chyba jeść tynk ze ścian". Tłumaczy to też oszczędzaniem na wesele, które nigdy się chyba nie odbędzie, bo o tym weselu to ja słyszę od 3 lat. Ostatnio jak pytałam kiedy dokładnie planuje wziąć ten ślub, to mi powiedział, że na pewno nie w przeciągu 3 lat.

Chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Jestem tak sfrustrowana, że mam ochotę walić głową w mur aż nie stracę przytomności. Na co dzień jest OK. Uśmiecham się, wszystkim mówię, że jest w porządku, ale tak na prawdę nienawidzę swojego życia. Mam 27 lat i nic. Kompletnie nic. Durną pracę, zły związek, który opiera się na jakichś głupich, nierealnych planach na przyszłość, w które wierzyłam jeszcze 2 lata temu, a teraz w końcu widzę, jak wielka jest to ściema.

Po prostu mam dosyć. Tak po ludzku. Nie byłam na wakacjach od dwóch lat. Non stop praca. Cały czas. Jak mam wolne, to dzwonią z pracy i pytają się o jakieś pierdoły. Kierowniczka mnie bardzo lubi, co skutkuje tym, że inni mnie nienawidzą i nawet nie mam z kim pogadać w pracy.

Siedzę i zastanawiam się co poszło źle, w którym momencie moje życie zamieniło się w mały, prywatny czyściec i jak z tego wyjść.

Jestem już zmęczona dniem, zanim na dobre otworzę oczy. Hasła "trzeba iść naprzód, myśl pozytywnie" wydają mi się jakąś kpiną. Jak jeden wielki żart. Mam tak serdecznie dość, że przed samobójstwem chroni mnie myśl, że rodzicom będzie smutno.
ad13 Odpowiedz

A pracy do tej pory nie zmieniłaś, chociaż masz taką możliwość, bo? Chyba nie dlatego, że on coś tam, bez większego sensu, na ten temat bredził? Jak mu nie odpowiada stan finansów, to żaden problem żeby dorabiał w weekendy, wtedy Ty sobie pojeździsz do znajomych na grille, a on poogląda wieczorami puste ściany. Proste jak drut, wystarczy wprowadzić w życie.

JoseLuisDiez Odpowiedz

A Twój facet pracuje, czy tylko imprezuje?
Zastanów się nad tym związkiem, czy to ma sens. Życie złudzeniami nie ma sensu. Jak Ci się praca nie podoba, to zawsze możesz spróbować poszukać lepszej.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (25)

#ZpPZn

Mam jedno dziecię, w sumie duże (10 lat), ale pracuję zawodowo, czas pracy często wybiegający poza pełen etat, dodatkowo praca zmianowa (czyt. w weekendy gniję w pracy). Mąż pracuje za granicą, siedzi tam miesiąc, wraca na tydzień. Wszelkie obowiązki szkolne, domowe i pozostałe są na mojej głowie, tak że mój harmonogram dnia wygląda mniej więcej tak: wstaję o 4.30 do pracy, szykuję śniadanie dla syna, nastawiam mu budzik to szkoły, na 6.00 pędzę do pracy. Pracę kończę czasem po 8, czasem po 10 godzinach (praca w handlu). Wracając robię zakupy, wpadam do domu, robię obiad, odrabiamy lekcje z synem, sprzątam, piorę, zazwyczaj siadam, a raczej padam zmęczona o 20.00. Kilka razy w tygodniu po pracy wożę syna na zajęcia karate i zajęcia dla dyslektyków, wówczas usiądę dopiero o 21-22. Ale mój mąż twierdził, że nic nie robię... Tak więc któregoś dnia gdy wrócił na tydzień do domu, oznajmiłam mu, że muszę pilnie wyjechać do mojej kuzynki, bo jest bardzo chora (oczywiście odbiegało to od prawdy). Plan był chytry, wiedziałam dobrze, że syn ma pełno sprawdzianów i natłok nauki oraz zajęć dodatkowych.
Po tygodniu mojej nieobecności zostałam dom w pełnej ruinie, syna z kilkoma dwójami i trójami ze sprawdzianów, kilkoma uwagami w dzienniku o braku przygotowania do lekcji i męża w rozsypce emocjonalnej.

Powiem tylko, że warto było :D Dla utrwalenia wiedzy, którą mój mąż posiadł, planuję kiedyś kolejny wyjazd, może teraz na dłużej?!
Shadowcat7 Odpowiedz

Możesz też się trochę odciążyć i nauczyć dziesieciolatka samodzielnego nastawiania budzika i przygotowywania śniadań ;)

Odpowiedzi (12)
ASD01 Odpowiedz

Przyda się i tobie i jemu.

Zobacz więcej komentarzy (40)

#TRs47

W dzieciństwie raz miałam pewien sen, prawdopodobnie najbardziej wyraźny ze wszystkich, które pamiętam.

W podstawówce podejście rodziców do mojej nauki było dość poważne, więc często zdarzało mi się uczyć się czy odrabiać dodatkowe prace domowe późnym wieczorem. Tak też zaczynał się ten sen, a przynajmniej od tego momentu zaczyna się moja pamięć o nim. Siedzę przy biurku w przedpokoju jedynie przy świetle lampki, moja mama myje jeszcze naczynia w kuchni połączonej z przedpokojem dużym przejściem. W kuchni nie pali się światło, bo po co marnować prąd, skoro światło lampki jeszcze tam jakoś dociera, więc mama robi to w półmroku. Mimo wszystko to dość zwyczajna sytuacja w moim domu w tamtych czasach, nic nadzwyczajnego.

Po jakimś czasie trwania tych czynności z korytarza coś przychodzi i staje w drzwiach. To jedyny element, którego nie pamiętam zbyt wyraźnie; wiem jedynie, że to była uśmiechająca się postać starej kobiety, która wyglądała dosyć abstrakcyjnie, trochę jak namalowana na jakimś mrocznym obrazie. Ale gdyby ktoś poprosił mnie o dokładne opisanie czy naszkicowanie jej, nie potrafiłabym.
Postać nic nie robi, nic nie mówi, jedynie stoi w drzwiach i uśmiecha się do mnie. Pamiętam, że się wtedy przestraszyłam i w związku z tym postanowiłam, iż będę udawać, że jej nie widzę i skupię się na zajęciu. Po chwili postać idzie do kuchni bardzo powolnym krokiem. Staje w rogu pomieszczenia - tam, gdzie było najciemniej - dalej się uśmiechając i nie robiąc nic poza tym. Mimo strachu (a może właśnie ze względu na strach) idę do kuchni po mamę, która tylko podchodzi do mnie i patrząc się na coś, co nas odwiedziło, pyta się szeptem w lekkim niedowierzaniu: "Ty to widzisz?".
Te słowa do dzisiaj bardzo wyraźnie rozbrzmiewają mi w głowie, gdy tylko przypomni mi się tamten sen.

Na tamtym momencie moja pamięć się urywa, ale pamiętam, że byłam bardzo śpiąca, więc możliwe, że po prostu poszłam spać, chociaż spanie w śnie wydaje się nietypowe. Mimo że jako dziecko miałam dość dużo koszmarów czy innych dziwnych snów i wiele z nich powtarzało się po kilka razy, to ten nigdy nie przyśnił mi się ponownie. Na tym historia by się zakończyła, ale to nie koniec.

Od tamtego snu minęło już dobrych kilkanaście lat i dopiero jakiś czas temu powiedziałam o nim komukolwiek. Rozmawiałyśmy z moją mamą na różne luźne tematy przy wolnej okazji i jakoś tak mimowolnie temat zszedł na to, że zaczęłam opowiadać jej o śnie, jako że z jakiegoś dziwnego powodu pamiętam go dosyć szczegółowo do dzisiaj.

Nigdy bym się nie spodziewała, że moja mama nagle spoważnieje i powie mi
"To nie był sen. Ja też to pamiętam".
BeHappyAllTimes Odpowiedz

A ja sobie właśnie siedze sama...
W ciemnym domu.
Pustym.

Pomocy.

Odpowiedzi (16)
ASD01 Odpowiedz

Nie zasnę...

Odpowiedzi (10)
Zobacz więcej komentarzy (103)

#8bpoL

Ratujmy Ziemię, mówią.
Sadźmy drzewa, bo to ważne.
Używajmy 2 listki papieru toaletowego, bo przecież marnujemy papier. Itp. Itd.

Dzisiaj wyrzuciłam 27 książek po około 300 stron każda, bo są ze "starej podstawy programowej".
jolmadafaka Odpowiedz

Haha, oświata ma wyjebane na logikę i ochronę środowiska :D

Odpowiedzi (6)
primabaleron Odpowiedz

Ja po 1. liceum chcialam sprzedać rok młodszej koleżance - zdążyły się zmienić...

Odpowiedzi (18)
Zobacz więcej komentarzy (53)

#5WQZH

Umówiłem się z pięcioma kumplami, że podczas naszego wspólnego urlopu spędzimy tydzień w jakimś polskim zakątku, który wspólnie wybierzemy na drodze demokracji. Zasada była taka, że każdy z nas miał zapisać na kartce nazwę miasta. Jeśli przynajmniej dwa by się powtarzały się, to tam właśnie mieliśmy się udać. Natomiast w wypadku, gdyby każda miejscowość była inna, losowanie należałby powtórzyć, wpisując inne nazwy interesujących nas lokacji. Na szczęście nie trzeba było tego robić. W pierwszym losowaniu, wynikiem pięć do zera, wygrał… Radom. Każdy z nas, wychowanych na internetowych memach kretynów, uznał, że śmiesznym żartem będzie wpisanie na karteczce tego akurat miasta.
Ostrzenozeinozyczki Odpowiedz

No i jak w końcu :D ? Pojechaliście ? Fajnie było ?
Podoba mi się to wyznanie, i jestem głodny szczegółów.

Przynajmniej Odpowiedz

A co z Sosnowcem i Łodzią?

Odpowiedzi (10)
Zobacz więcej komentarzy (11)

#GXtqN

Gdyby ktoś mnie kiedyś spytał jaka jest moja cecha dominująca, bez wahania odpowiedziałabym "Naiwność".

Mała dziewczynka, żyjąca sobie spokojnie w mieście wojewódzkim na zachodzie kraju i jej jeszcze mniejsza przyjaciółka z klatki obok. Spędzałyśmy ze sobą większość czasu i byłyśmy pewne, że zostaniemy przyjaciółkami niczym Ania Shirley i Diana Barry. Niestety - jedną z nas, konkretnie mnie, wywiało kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Rodzice postanowili, że wyprowadzamy się na wieś, do mojej prababci, którą po śmierci wujka nie miał się kto opiekować. Ale przecież prawdziwej przyjaźni nic nie zniszczy, prawda? Pisałyśmy do siebie listy, wysyłałyśmy ręcznie robione witraże czy mini paczuszki z łańcuchem na choinkę. Opowiadałyśmy o zajęciach w scholi, o tym, że chłopcy są głupi, a potem, że coraz fajniejsi. Tak było do czasu rozpowszechniania internetu. Epulsy, nasze-klasy i na listy Marcie zabrakło czasu. Ja na swojej wiosce o czymś takim jak internet mogłam pomarzyć i serduszko mi pękało na myśl, że straciłam tak cudowną przyjaciółkę...

W końcu, po kilku latach bez kontaktu, spotkałyśmy się, zupełnym przypadkiem. Okazało się, że mamy sporo wspólnych znajomych, mimo dzielących nas kilometrów. W międzyczasie wyjechałam do Anglii, mimo odległości kontakt bardzo się polepszył i po trzech latach dostaję wiadomość, która wynagrodziła wszystkie lata, kiedy nie miałyśmy kontaktu. Marta bierze ślub. Marta mnie zaprasza! Marta prosi, bym była jej świadkiem! Cała w skowronkach zgadzam się i zaczynam przygotowania :)

Nastał ten wielki dzień. Czekamy w domu na fotografa, korzystam z chwili spokoju i zmykam do łazienki. To, co usłyszałam po powrocie, zwaliło mnie z nóg. Świadek pana młodego pyta Marty kim jestem ja. Na to ona:
- Ha, ha, Anka? (Z szyderą w głosie). Mieszkałyśmy kiedyś na jednym osiedlu, ale potem wolała pasienie krów od życia w mieście. Gdyby nie to, że mieszka za granicą, to w życiu bym tej wieśniary nie zaprosiła, ale wiem, że mi się opłaci. Trochę wstyd mieć druhnę pastucha, ale co zrobisz, są rzeczy ważne i ważniejsze.

Wiecie co jest najlepsze? Że miała rację. Przez pół roku zbierałam każdy odłożony grosz, żeby wsadzić do koperty. Uzbierały się dwie moje miesięczne wypłaty, około 13000 zł. Dodatkowo w ramach niespodzianki wykupiłam parze młodej wycieczkę do Barcelony, datę mieli wybrać sobie sami.

Wymknęłam się z domu Marty. Po drodze zgarnęłam mojego narzeczonego. Pojechaliśmy prosto do biura podróży. 3 dni później zwiedzaliśmy Barcelonę.

Nigdy nikomu nie powiedziałam o tym, jak bardzo mnie wtedy upokorzyła.
Marta, jeśli to czytasz, wiedz, że nigdy nie pasłam krów. Ba, nie mieliśmy nawet gospodarstwa. I wiesz co? Kij ci w oko, cholerna materialistko.
niebieskiatrament Odpowiedz

Smutne, ale podziwiam Ciebie - nie załamałaś się, nie jojczyłaś jaki świat jest zły, ale obróciłaś sytuację na plus dla Ciebie i narzeczonego.

Odpowiedzi (3)
nalesnikzaglady Odpowiedz

W koncu ktos ne zachowal sie jak ciota i nie dal sobie w kasze dmuchac. GRATULACJE!

Odpowiedzi (7)
Zobacz więcej komentarzy (32)

#67GEB

Ciekawi mnie wątek oszustów tinderowych.
Sama niemal padłam ofiarą faceta, który podawał się za kogoś, kim nie jest, jak się potem okazało, posługiwał się zdjęciami ukradzionymi z Insta... Mówił, że jest kapitanem statku i obecnie w rejsie w Singapuru do UK. Miał zdjęcia w mundurze i był diabelnie przystojny. Dziwne było to, że po trzech dniach stwierdził, że on usuwa Tindera, gdyż mnie poznał i jestem tą jedyną.

Po tygodniu pisania na WhatsAppie powiedział, że mieli sztorm i popsuła im się turbina, przez co stracili kontakt z całym światem... i działa mu tylko WhatsApp na tym jego satelitarnym telefonie. Krok po kroku prosił mnie, abym zamówiła mu nową turbinę przez swojego maila, a następnie opłaciła fakturę, a on mi zwróci kasę...
Wcześniej dla uwiarygodnienia wszystkiego podał mi hasło i login do swojego konta bankowego, na którym faktycznie miał kupę siana. Jak się potem okazało, była to fejkowa strona zrobiona przez jakiegoś chyba licealistę na lekcji informatyki.
Oczywiście nic mu nie wysłałam i kazałam spadać na drzewo. Jednak ciekawość sprawiła, że zaczęłam szperać w necie i okazało się, że ten sam gość, używając tych samych zdjęć, próbował tak nabrać kogoś w Niemczech (jest tam firma, która się specjalizuje w sprawdzaniu osób poznanych na portalach randkowych, które wyłudziły kasę, więc jest to zjawisko dość powszechne, że ludzie w ten sposób sobie "zarabiają").
Tak więc mój kapitan okazał się ściemą. A taki był ładny...

PS Słyszałam od znajomej, że jej dwóch kolegów wysłało laskom pieniądze na bilety do Dubaju, bo akurat są pilotami i tam mieszkają, oczywiście kobietek w życiu nie zobaczyli.
JMoriartyy Odpowiedz

Trzeba być strasznie głupim żeby uwierzyć w coś takiego.
"Mieli sztorm i popsuła im się turbina przez co stracili kontakt z całym światem.... i działa mu tylko whatsapp na tym jego satelitarnym telefonie".
Myślę, że nawet w najbardziej szmirowatym filmie by się nie pokusili żeby wymyślić taką bzdurę.

Odpowiedzi (3)
XXxMarcinV04 Odpowiedz

Niestety z mechanikami często tak jest ze najpierw mówią ze będzie tanio i tylko uszczelka pod głowica do wymiany, a przy odbiorze auta okazuje się ze wymienili ci cała głowice i jeszcze maja do ciebie problem ze się czepiasz… nie wspominając o brakującym katalizatorze… uważajcie na siebie

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (11)
Dodaj anonimowe wyznanie