#6AQB2

Wchodząc w związek, wiedziałam, że jedną z najtrudniejszych rzeczy jest kłótnia i byłam gotowa, że jak takowa się pojawi, to trzeba do tego podejść rozsądnie. Jednak nie byłam gotowa na to, że jest coś gorszego, czyli cisza. Nie chodzi mi tutaj o ciszę typu: nie mamy o czym rozmawiać, tylko ciszę typu: dzwonię, a on nie oddzwania (i to nie tak, że nie oddzwania przez godzinę, dzień czy dwa, on w ogóle nie oddzwonił), proponuję spotkanie i okazuje się, że on nie może, ale nie pisze, kiedy będzie mógł... Chyba wolałabym straszną kłótnię niż coś takiego.

#D88Su

Mam 35 lat, jak byłem mały, nie było zbyt dużo pieniędzy w domu, zresztą w latach 90. mało która rodzina je miała.
Pamiętam, jak w TV zaczęli pokazywać los rodzin, które zbierały pieniądze na operację, leczenie dla swoich dzieci, zazwyczaj Fundacja Polsat itp. Pokazywali domy, w jakich ci ludzie żyją – takie przybliżenie widzom rodziny, której trzeba pomóc. Zawsze te domy były naprawdę ładne, dzieci miały komputery, co nie było czymś normalnym w tamtych czasach. Zastanawiałem się wtedy, jak to możliwe, że żyją w tak dobrych warunkach, że mają takie drogie rzeczy, bo skoro ktoś potrzebuje pieniędzy, to nie kupuje zbędnych przedmiotów.
Miałem nawet takie przemyślenie, może i trochę straszne, ale byłem wtedy dzieckiem, że rodzicom to pasuje, bo dzięki temu nie muszą pracować i żyją na dobrym poziomie.

#cgdlk

Jestem niezależny, pracuję, ubieram się w normalne, czyste ubrania, dbam o higienę, myję zęby. Nie jestem chamem ani popychadłem, jestem miły, potrafię rozbawić, potrafię zainteresować, pogadać o byle czym, mam przeróżne zainteresowania. Nie mam żadnego schorzenia ani choroby fizycznej, nie mam żadnej choroby psychicznej
ani nie jestem zboczony. Mimo to wszystkie moje relacje są kruche jak szkło.
Nie chodzi mi o miłosne relacje. Czy to kobieta, czy mężczyzna – możemy gadać, śmiać się, dyskutować, wypić piwo, ale to wszystko nie znaczy nic.
Mam wrażenie, jakby wszyscy podświadomie uznawali mnie za złego i odrzucali.
Ludzie nie odzywają się pierwsi, przedkładają błahe relacje z byle jaką pierwszą osobą ponad mnie. Mogą mi się zwierzać z bóg wie czego, mogę pomagać im w wielu rzeczach, ale to nic nie znaczy. Minie trochę czasu i nikt nie napisze „co tam?”, nikt nie chce się spotkać, nikt nie podeśle nawet głupiego mema, nikt nie przejdzie choć centymetr w stronę głębszej znajomości. Nikogo nie obchodzę.
Tak wyglądają relacje międzyludzkie dorosłych.

Czasami czuję się, jakbym był jedyną osobą na świecie.

#v514n

Zamieszkałam trzy miesiące temu z chłopakiem. I zaczynam się sama sobie dziwić, że nie pożegnałam się z nim po pierwszych dwóch tygodniach. O co chodzi? O ciągłe wojny między nami. Według mnie facet ma absolutnie chore wymagania wobec naszego wspólnego mieszkania. Nie powiem, że nic w domu nie robi, ale o to, co uważa za standard i wiecznie mi robi awantury, że nie jest zrobione.

Wstaję wcześniej od niego. Potrzebuję więcej czasu na umycie włosów, wysuszenie ich, ułożenie, zjedzenie śniadania i makijaż. On jednak uważa, że skoro wstaję wcześniej, to mam rano więcej czasu niż on. W związku z tym nim on wstanie, powinnam ogarnąć z rana mieszkanie, czyli jeśli wisi pranie, to sprawdzić, czy coś nie wyschło i ewentualnie to zdjąć, złożyć i schować, wypakować zmywarkę, przygotować mu śniadanie (bo przecież wiem, że on nie ma czasu rano tego zrobić, a inaczej będzie musiał iść do pracy głodny) itp. Potem gdy już wstanie, powinnam pościelić wspólne łóżko, a w międzyczasie oczywiście powinnam według niego posprzątać po jego wczorajszej kolacji, bo on biedak już nie miał siły wieczorem. A skoro zanosiłam swój kubek z wodą na noc do kuchni, to powinnam sprzątnąć też po nim. Znów: „Bo wstajesz wcześniej, masz więcej czasu. No i u moich rodziców tak to działa”. I już są awantury, bo ja nie będę wstawała wcześniej, żeby ogarnąć szanownego pana i mieszkanie, tylko samą siebie. 
Potem wracamy do domu. Ja 20 minut przed nim. I już ma żal, że obiad niezrobiony, a przecież mam więcej czasu, bo przecież wcześniej wracam do domu. No pewnie, że w 20 minut max zrobię pełen obiad. I już jest obrażony i on w takim razie będzie chodził głodny. I a to tylko początek. Bo sprawdził, że część prania wyschła, a ja nadal tego nie ogarnęłam. Bo jego brudne naczynia z wczoraj dalej zdobią stół w jadalni. Potem odkrywa, że coś w lodówce jest po terminie. To moja wyłączna wina, bo on myślał, że ja będę tego pilnować. Nieważne, czy to było coś dla nas dwojga, czy coś, co jada wyłącznie on. Tak samo jak próbuje mnie zmusić, żebym tylko ja wykonywała te najgorsze obowiązki, których nikt nie lubi, bo, uwaga, ja to przecież lubię. Tłumaczę jak krowie na rowie, że nie będę wstawała wcześniej dla jego widzimisię, tłumaczę, że nie będę ciągle po nim sprzątała, tłumaczę, że ja też nie lubię tych obowiązków, więc wykonujmy je np. na zmianę. Tworzymy zespół, nie pana i służkę. I ciągle są awantury. Moim zdaniem spokojnie mogę wypakować zmywarkę po pracy itd. Już pomijając te wszystkie sytuacje, kiedy ma focha, bo miał jakieś życzenie, a ja się nie domyśliłam.
 
Tak szczerze, to zanim zamieszkaliśmy razem, to był zupełnie innym facetem. Jeszcze próbuję się z nim dogadać, ale nie widzę dużych szans. Cóż, wygadałam się.

#DGxZ7

Wstydzę się przyznać ludziom, ale chyba nie radzę sobie z życiem.

Do tej pory pracowałam dorywczo, potem byłam za granicą. Wcześniej również studiowałam, ale rzuciłam to, nie widziałam sensu. Lubię pracować, nie jestem leniwa, ale nie wyobrażam sobie poświęcać na to ponad ośmiu godzin dziennie przez następne 30 lat. Tak naprawdę chciałabym mieć szczęśliwą rodzinę, chciałabym być żoną, matką, gotować obiady, zajmować się domem, sprzątać, wychowywać dzieci. Mnie to cieszy, to mnie uskrzydla (wiem, bo pracowałam jako opiekunka, gosposia, interesuję się psychologią dziecięcą, różnymi nowinkami dotyczącymi miru domowego itd.). Nie chcę być niezależna finansowo, nie chcę robić kariery (bez studiów to w supermarkecie chyba...). Nie chcę też leżeć i pachnieć. Chcę się poświęcić dla związku i dzieci, chcę zapierdzielać tak, żeby stworzyć dom przez duże D, ognisko domowe, żeby dzieci wychować (włącznie z nauczaniem domowym), a nie wyhodować. Takie mam ambicje. Dla mnie bardziej ambitne jest dbanie o dom niż robienie 8h dziennie czegoś, co nie daje mi radości. Chcę żyć pełnią życia, nie chcę wracać do domu zmęczona po pracy i zarażać tym zmęczeniem resztę rodziny, chcę te domowe obowiązki podzielić w trochę staroświecki sposób (facet w robocie, baba w domu), ale jednocześnie korzystać z życia z moim partnerem (raz na jakiś czas wycieczka, wyjście do parku – nie że cały czas w domu). Chcę przy tym pracować na pół etatu albo dorywczo, żeby mieć kontakt ze światem.

Kilka razy zwierzyłam się znajomym z tego, jakie mam marzenia, ale to było zawsze wyśmiewane. Albo traktują mnie jak pasożyta, który chce siedzieć i pachnieć, albo mają mnie za kogoś, kto nie ma własnego zdania i chce być kurą domową, podporządkować się całkowicie mężczyźnie. Jakby partnerstwo nie mogło się opierać na podziale ról: jedna osoba zajmuje się domem, a druga pracuje. I teraz już sama nie wiem... Czy to, czego pragnę, naprawdę jest takie nienormalne i nieosiągalne? Czy powinnam te marzenia porzucić i stać się kolejnym trybikiem w wyścigu szczurów? I jeśli tak, to nawet nie wiem, jak mam to zrobić. Mnie praca dla kogoś nie jara, ja muszę mieć konkretną emocjonalną motywację w formie faceta, dzieci, a nie pracować, żeby pracować. W takim trybie długo nie wytrzymam. Jestem w impasie.

#IOXnz

Moja siostra postanowiła zostać gwiazdką Instagrama. Codziennie wrzuca relacje i fotki ze swojego „fancy life”. Opowiada, jak to ciężką pracą doszła do wszystkiego. Jakie ma drogie buty, torebki, samochód hybrydowy, najnowszy IPhone. Wkleja rolki, z których wynika, jaka jest turbo bogata, piękna i najlepsza. 
Buty i torebki to podróbki od majfrendów, samochód wypożyczony, iPhone na raty itd. Praca? Nie pracuje. Dom? Moich rodziców. Niby śmiesznie... ale siostra ma 44 lata.

#g5pzC

Dom rodzinny jest w małej wsi, dawne poniemieckie tereny. Wspominam o tym, dlatego że to stało puste po wojnie, ludzie całymi rodzinami zajmowali dom przy domu.
W efekcie pół wioski to rodzina, z drugą połową mam wspólną rodzinę. Tak wyszło, że akurat w moim domu zawsze były problemy — alkoholizm ojca, bieda, przemoc. 
Reszta rodziny i wioski miała zawsze o czym plotkować, uważali się za tych lepszych. Głupio mi było z nimi rozmawiać, spotykając ich gdzieś, było widać, że traktują mnie i moje rodzeństwo z góry.
Lata mijały, w rodzinnym domu się uspokoiło, wszyscy wyszli na dobrych ludzi, każdy z nas ma nowy dom, rodziny. W tych idealnych domach i rodzinach, którym tak łatwo przychodziło nas oceniać, zaczęły wypadać takie trupy z szaf, których nic się nie spodziewał...
 
Może nie jest to dobre, ale mam jakąś satysfakcję, że w końcu to im się posypało, że to o nich plotkują, że to ich wszyscy obgadują.

#NhTBC

Moja kobieta po raz kolejny skutecznie odebrała mi chęć do jakichkolwiek romantycznych inicjatyw. Mam teraz dołek finansowy, a w mieszkaniu nie mam nawet krzeseł, ale pomimo tego chciałem coś zorganizować na mikołajki, wiec rozłożyłem na ziemi dwie poduszki do siedzenia, zrobiłem prowizoryczny stół z koszyka na bieliznę i postawiłem tam wino, dwa kieliszki, świeczkę, czekoladki i ugotowałem nam posiłek. I dostałem zje...y, że ona nie ma już 15 lat i nawet z winem nie trafiłem w jej gust. Później była jeszcze zdziwiona, o co mi chodzi i czemu się nie odzywam. Nie chce się nic.

#FX8pV

Mam dwie siostry. Kobiety znacznie starsze ode mnie, doczekały się więc mężów i dzieci. Jedna ma dwójkę, druga (póki co) jedno. Jesteśmy dość blisko trzymającą się rodziną. 
Rodzice przeprowadzili się na wieś i uwielbiają brać wnuki na wakacje. Po wyjeździe dzieci ja jako bezdzietna wysłuchuję, jakimi to moje siostry są złymi matkami, bo krzyczą, bo stresują, bo nie uczą, bo wychowały niezaradne homo sapiens itp. Reasumując, moje siostry są najgorszymi matkami świata.
Co ja robię? Siedzę i milczę, a w głowie mam wspomnienia z dzieciństwa, kiedy dostawałam od matki lanie (pasem, kablem, smyczą) za wszystko, nawet tak głupie rzeczy jak rozlanie wody z dzbanka. Wspominam opowieści moich sióstr, kiedy musiały klęczeć na grochu z wyciągniętymi rękami przez kilka godzin; jak w wieku 16 lat zniknęłam z domu na cztery dni i nikt nie zauważył mojej nieobecności; albo jak matka wyrzuciła mnie z domu w wieku 19 lat.

Jak już było wspomniane, jesteśmy bliską sobie rodziną. Rodzice się zmienili, wszystkie trzy wybaczyłyśmy im dzieciństwo. Teraz są rodzicami na medal, ale jak słucham ich wywodów na temat stresujących się wnuków, to aż gardło zaciska...

#mE5Ov

Moi rodzice dają mi dobre rady. Najchętniej te, o które nie pytam i najczęściej w temacie mojego życia związkowego.

Mój ojciec jest kompletnie niesamodzielnym alkoholikiem z depresją, którego przerasta pozmywanie naczyń, a odkurzacza nigdy w życiu nie tknął. Nie umie zrobić ani jednej czynności domowej i uparcie nie chce się nauczyć, a kiedy ktoś go zmusza, awanturuje się. W takiej postawie utwierdza go jego stara i schorowana matka, która wyręcza go we wszystkim, w czym może. Ojciec okłamuje rodzinę i chociaż wszyscy wiedzą, że pije po kryjomu, nadal się wypiera i chowa wódkę w różnych dziwnych miejscach, a potem pije sam. Pijany jeździ samochodem, nawet w takim stanie, że ledwo widzi, a i tak się wypiera. Nie pójdzie do lekarza za nic w świecie, bo jak mówi: „Nie będą ze mnie durnia robić”. Oskarża swoją żonę, że jest nienormalna, że go oczernia i traktuje jak śmiecia.
Moja mama jest w terminalnym stadium śmiertelnej choroby, o której wiedziała kilka lat przed zdiagnozowaniem, ale świadomie postanowiła się nie leczyć, bo wolała skazać się na śmierć niż spędzić kolejne kilkadziesiąt lat życia z tym pijakiem. Brzydzi się go i wstydzi.
Małżeństwo rodziców od początku było porażką, ale w ich świecie człowiek po rozwodzie traci bezpowrotnie godność porządnej osoby i staje się podgatunkiem, pośmiewiskiem. Rodzice się nienawidzą i dają sobie to odczuć codziennie, ale nie było mowy o żadnym rozstaniu.
Oboje dają mi dobre rady w temacie mojego związku. Pewnie żebym nie popełniła tych samych błędów i miała lepiej niż oni? Przeciwnie! Powinnam życie prowadzić dokładnie tak samo! Przecież kto to słyszał, żeby zrobić coś inaczej niż wszyscy wokół? No co ludzie powiedzą? Jak tak można? Przecież on jest rozwodnikiem! Jestem nienormalna! ŻYCIE SOBIE MARNUJĘ!

Jak dobrze, że oni swoje tak świetnie wykorzystali!
Dodaj anonimowe wyznanie