#egNBx
Mieszkam w turystycznej miejscowości. Dziś znalazłam w pociągu aparat fotograficzny (lustrzankę), a jako że to końcowy przystanek dla tej relacji i ludzi już brak, zgłosiłam sprawę dyżurnemu ruchu pociągów (ten koleś co jest na stacji i pilnuje, by pociągi w ogóle ruszyły). Powiedziałam, co znalazłam i podałam dane do kontaktu. Jako że miałam czas, jeszcze 40 min pokręciłam się po peronie (mała stacja, jeden peron, może ktoś się zorientuje, wróci i będzie pytał). Aparat zabrałam i nim jeszcze dotarłam do domu, dyżurny już zadzwonił. Sprawa dogadana, właścicielka się znalazła.
I tutaj następuje historia właściwa.
Pani podjechała taksówką, wysiadła (bez „dzień dobry”), podałam jej aparat, zabrała (bez „dziękuję”) i z tekstem: „A to przygoda!” wsiadła do taksówki. Zostałam w szoku, ale myślę, może nikt jej nie powiedział, że mówi się „dziękuję”, czasem nawet daje znaleźne. Gdy szok minął, napisałam SMS-a pod numer, z którego się kontaktowała, z info, że mogła dać symboliczne znaleźne. W odpowiedzi dostałam wiadomość o treści: „Nie będę płacić za to, że chciała pani ukraść mój aparat”.
No cóż, następnym razem, gdy coś znajdę...
Jak ktoś znajdzie zgubioną rzecz w pociągu i zgłosi ten fakt obsłudze pociągu lub stacji kolejowej, to nie ma takiej możliwości (jest to niezgodne z prawem i uznano by to za przywłaszczenie), żeby znalazca zabrał ten przedmiot ze sobą do domu, zostawiając obsłudze tylko swoje namiary.