Poczułem się jak zbity pies.
Moja dziewczyna zajęła się organizacją urodzin swojego siostrzeńca i chce mu kupić rowerek za 700 zł z tak naprawdę moich pieniędzy, a na moje urodziny dała mi jedynie awanturę. W zeszłe urodziny było nie lepiej. Znamy się trzy lata i chyba myślę, że o trzy za dużo.
Czasy nastoletnie już dawno minęły, mam dzieci (sztuk: 3), męża i nadwagę. Jakoś szczególnie tragiczne to wyznanie nie będzie, ale mi osobiście robi się przykro. Po ostatniej ciąży trochę mi się przytyło, a tak naprawdę to żarłam w ciąży, a nie jadłam. Po porodzie, zanim ogarnęłam najmłodszego robala (karmienie itp.) plus pozostałą dwójkę, to zrzuciłam trochę nazbieranego tłuszczu, ale tylko trochę, może połowę, opona została...
Teraz gdy już nie karmię, starsze dzieci podrosły, postanowiłam wziąć się za siebie! Wprawdzie nie mam możliwości uczęszczać na siłownię, ale mam dietę (dobraną przez specjalistę) i ćwiczenia... I tu mogłoby być tak pięknie (bo zaczyna działać), a nie jest... Ciągle słyszę od w sumie bliskiej rodziny (oprócz męża, który mnie wspiera) teksty typu:
- i tak nie schudniesz
- i tak przytyjesz z powrotem
- nie będziesz mieć siły, bo tylko grubi mają siłę
- czekam aż zachorujesz po tym odchudzaniu, bo wyjdzie na moje
- ciekawe kto zajmie się dziećmi, jak już będziesz chora
- fanaberie, baba po 3 porodach ma być gruba
- to nie przystoi (!!!!) matce dzieci
- trafisz do szpitala
- będziesz mieć anemię.
W ogóle tragedia, koniec świata, że jak JA matka dzieci mogę myśleć o sobie i starać się coś zmienić, bo skoro matka, to teraz tylko wór pokutny na grzbiet i umartwiać się w kącie na worku ziemniaków. A najlepsze jest to, że mówią to same słonie, które tłumaczą swój stan problemem z przemianą materii, brakiem czasu na dietę/ćwiczenia i w ogóle wszystkimi plagami świata. I choćby teraz ..uj na ..uju stawał, to schudnę do rozmiaru 38...
Mam 30 lat i od 5 lat jestem żonaty. Odkąd nasza córka się urodziła, prawie w ogóle nie kochamy się z żoną. W tym roku robiliśmy to trzy razy, a ostatni raz w kwietniu. Tak jest prawie od 3 lat… Rozmawiałem z nią wiele razy o tym i za każdym razem słyszałem, że to ja nie chcę. Tylko że zawsze jest jakaś wymówka z jej strony, więc wreszcie odpuściłem i od kwietnia nawet nie było zbliżenia. Nie wiem już co robić, bo temat był poruszany wiele razy. Dodatkowo pracuję w bardzo dużej firmie na wysokim stanowisku. Na większości imprez firmowych jak dziewczyny zdobędą większą odwagę, próbują mnie podrywać. Oczywiście nic z tego nie robiłem.
Ostatnio na imprezie jedna z koleżanek zaczęła się przystawiać. I wtedy pierwszy raz w życiu zacząłem analizować wszystkie za i wszystkie przeciw. Do niczego nie doszło, ale jedynym argumentem przeciw było to, że mógłbym mieć problemów pracy :(
Źle się z tym czuję, boję się, że oddalamy się z żoną i wreszcie kiedyś pójdę tam, gdzie nie powinienem :(
Od zawsze byłam dzieckiem kochającym wszelkie zwierzątka, co odziedziczyłam po dziadku, który ratował wszelakie pisklęta wypadnięte z gniazd, odchowywał je, po czym wypuszczał, oczywiście ptaszki te (najczęściej były to wróble) trzymały się blisko dziadkowego podwórka. Jednak jeden z nich tak się do dziadka przyzwyczaił, że został na stałe w domu, reagował na imię i nie odlatywał nawet pomimo otwartych okien.
Byłam tak zafascynowana wróbelkami dziadka, że sama marzyłam, by kiedyś uratować jakiegoś pisklaczka.
I tak oto nastał ten niezapomniany dzień i początek właściwego wyznania.
Miałam wtedy może z 5 lat, siedziałam sobie na swoim krzesełku i wyglądałam przez okno, gdy nagle na naszym parapecie usiadł gołąb, pochodził chwilę, po czym odleciał. Wtem mój dziecięcy wzrok przykuło coś, co kochany gołąbek zostawił na parapecie, a dokładnie czarno-biała kuleczka.
Pierwsza myśl „TAK! TO JEST MÓJ DZIEŃ I MÓJ PISKLACZEK!”.
Ach, ta dziecinna naiwność i wyobraźnia...
Cała radosna chwyciłam mój mały cud i poleciałam pochwalić się rodzicom. Do tego dnia pamiętam ich miny oraz w dalszej kolejności histeryczny wybuch śmiechu...
Bo to była najzwyklejsza w świecie ptasia kupa.
Pewnego dnia musiałem wstać wcześniej niż zwykle. Spałem około pięciu godzin.
No ale cóż, wstałem, ubrałem się i poszedłem robić śniadanie. Posmarowałem chleb, gdy mój pies rozpoczął swoje prośby o śniadanie, więc daję mu jakąś karmę z puszki i wracam do robienia swojego śniadania. Po zjedzeniu śniadania wstał synek, który miał iść do szkoły. Żona zawsze wstawała do niego, ale nie chciałem jej budzić. Z racji małej ilości czasu kazałem mu zrobić sobie płatki na mleku, a ja zrobiłem mu kanapkę. Przed pracą odwiozłem syna do szkoły.
Po 10 godzinach wyczerpującej pracy wróciłem do domu, gdy żona wychodzi do mnie z krzykiem, co ja dałem naszemu synowi do szkoły. Okazało się, że dałem naszemu synowi kanapkę z psią karmą w puszce.
Od dzisiaj będę chodził wcześniej spać.
Od roku pracuję w pewnej firmie, poznałem tam mega fajną dziewczynę. Mamy podobne pasje, słuchamy takiej samej muzyki, ogólnie przefajna babeczka. Od około miesiąca widzę, że nie patrzy na mnie jak kiedyś, widzę maślane oczy, to jak zawsze czeka na mnie, jak idziemy razem na przerwę, sam też często czekam na nią, widzę, że się zmieniam i boję się, że oboje zaczynamy coś do siebie czuć. Często jeździmy razem po pracy odwieźć znajomych (mieszkamy dość blisko siebie i po drodze ich zgarniamy), siedzimy w samochodzie nawet godzinę i gadamy o głupotach.
Problemem jest to, że ona ma chłopaka, a ja za miesiąc biorę ślub...
Kocham moją narzeczoną i nie zdradziłem jej nigdy i nie mam takiego zamiaru, ale boję się, że to zrobię. Nie mam pojęcia, co zrobić w tej sytuacji... Moja narzeczona jest totalnym przeciwieństwem mnie, ona lubi imprezy, chodzenie do klubów ze znajomymi, wypady na miasto. Ja jestem introwertykiem, nie lubię klubów, imprez, wolę siedzieć w domu i obejrzeć komedię romantyczną... Tak samo jak moja znajoma z pracy. Boję się, że zakocham się w przyjaciółce z pracy i zrobię coś, czego będę żałował – albo, co gorsza, nie będę tego żałować.
Pracuję w centrum handlowym. Prowadzę salonik prasowy. Mamy dość duży ruch, zwłaszcza w weekendy, kiedy to na zakupy wybierają się całe rodziny.
Problem zaczyna się, kiedy taka matka czy ojciec przyprowadzą ze sobą upośledzone, często już dorosłe dziecko. Ja wiem, że taka chora osoba nie zdaje sobie sprawy, że nie powinna robić niektórych rzeczy: drzeć gazet, pluć na podłogę czy zgniatać batoników, ale gdzie są wtedy rodzice? Ano stoją sobie w drugim końcu sklepu i zaaferowani przeglądają gazety i książki. Zwrócenie uwagi skutkuje zazwyczaj świętym oburzeniem: „Pani nie ma za grosz empatii, pani jest uprzedzona! Czy pani nie widzi, że to chore dziecko jest?”. Kubłem zimnej wody staje się dla takiego „troskliwego rodzica” rachunek wystawiony za zniszczone rzeczy, które podczas zabawy „biednego dziecka” ja i moje pracownice skrupulatnie zbieramy i nabijamy na kasę. Rekordzistką była mamusia, która za zniszczenia poczynione przez swojego syna zapłaciła 124,80 zł. Chłopak niszczył wszystko, czego dotknął. Samych podartych gazet uzbierało się na ponad 60 zł.
Nieraz próbują protestować. Wmówić, że takie już było, że nie Adaś pogniótł, podarł, zniszczył. Zapraszamy wtedy na zaplecze, gdzie pokazujemy nagranie z kamer. Taki seans najczęściej odbywa się już w asyście pracownika ochrony, wezwanego stosunkowo wcześniej, na wypadek gdyby mama lub tata usiłowali umknąć bez płacenia za szkody.
Żal mi tych ludzi, tych śliniących się, bełkoczących dzieciaków. Ale zachowanie tych wszystkich rodziców sprawia, że po prostu ich nie lubię...
Jako pięcioletnie, niezwykle nieśmiałe i strachliwe dziecko, bałam się wielu rzeczy. Poza szczepionkami i ciemnością, bałam się... spać na plecach. Zawsze wyobrażałam sobie, że gdy rano mama do mnie przyjdzie i zobaczy mnie, gdy tak śpię, pomyśli, że umarłam i zrobi mi pogrzeb. Bardzo nie chciałam do tego dopuścić, bo nie podobała mi się perspektywa spędzenia reszty życia w grobie. Spałam więc leżąc na boku, dumna z mojej niezwykłej błyskotliwości i kreatywności.
Nie wiem, co wtedy myślałam i chyba nie chcę wiedzieć.
Pracuję w knajpie, na co dzień mam styczność z klientami posiadającymi różne nietolerancje czy upodobania (laktoza, gluten, weganizm, wegetarianizm). Mamy dla nich bogatą ofertę dań w takich samych cenach jak inne, nie zmienia to jednak faktu, że lokal chwali się głównie grillowanym mięsem (steki, szaszłyki, burgery).
W zeszłą sobotę przyszła do pracy nowa dziewczyna. Specyfika tej pracy jest taka, że wszyscy robią wszystko, za wyjątkiem kucharzy, którzy tylko gotują (zmywak, obierak, wydawka, bar, kelnerka - oczywiście w rotacji takiej, że wiemy kiedy będziemy mieli styczność z klientem, a kiedy tylko na kuchni). Nowa przyszła na kuchnię, pominę makijaż, który spłynął po 5 min w gorącu i kilometrowe paznokcie (były niepomalowane, więc normy sanepidu spełnione), trafił jej się zmywak. Ona nie będzie myła naczyń po mięsie i serach, bo jest weganką. Zonk. Szef się zlitował, kazał umyć podłogę i blaty. Pech chciał, że na blacie leżała skorupka od jajka, kolejna odmowa pracy. Szef w międzyczasie spojrzał na jej CV, rzekomo 3 lata za barem w znanym pubie, dał rzeczy kelnerskie (koszule mamy ujednolicone), kazał się ogarnąć i postawił dziewczynę za barem. Po 5 minutach wparowała na kuchnię z awanturą, że nikt jej nie powiedział, że będzie musiała mieć do czynienia z cierpieniem niewinnych zwierząt. My w szoku: o co chodzi? Klient poprosił o kawę z mlekiem. Tu historia się kończy, szef podziękował za współpracę.
A ja się zastanawiam co tacy ludzie mają w głowie startując do pracy, która jest niezgodna z ich sumieniem, a później wymagając zmian w zasadach. Dodam tylko, że pojawiali się u nas weganie i wegetarianie w pracy, ale zdawali sobie sprawę z charakterystyki tej pracy i wykonywali sumiennie swoje obowiązki, a kucharze mając na względzie ich sposób życia nigdy nie kierowali ich do oprawiania mięsa.
Razem z mamą postanowiliśmy adoptować psa – Barneya. Bokser, praktycznie jeszcze szczeniak, a trafił do schroniska, bo okazał się nieodpowiednim kompanem dla starszego małżeństwa, które nieposłuszeństwo karali laską. Tata był przeciwny, zapierał się rękami i nogami, byle nie brać żadnego psa do domu. Odkąd tylko pojawił się Barney (nazwany na cześć Barneya z „How I met your mother”), tata wprowadził dla niego rygorystyczne zasady. Żadnego spania w łóżku, żadnego siadania na kanapie, żadnego ludzkiego jedzenia.
Koniec końców, tata i Bar to najlepsi przyjaciele, codziennie razem biegają, śpią też razem, oglądają mecze piłki nożnej i uwielbiają jeść kurczaka z rożna.
A mówią, że to kobieta zmienną jest.
Dodaj anonimowe wyznanie