#MV8VM

Mój mąż zachorował. Psychicznie. Dość ciężko. Czasem zachowuje się normalnie, jak kiedyś, ale zazwyczaj normalnie nie jest. W sumie to są dwie opcje. Pierwszy rodzaj epizodów to taki, w którym całymi dniami leży i gapi się w ekran, nie mając siły na nic innego, albo po prostu śpi. Wykonuje, co musi i nic więcej. Nie chce mnie dotykać, całować, przytulać, seks jest mu obojętny. Prawie nie je, mimo podsuwania mu jego ulubionego jedzenia. To z reguły trwa tydzień lub dwa. Potem jest zmiana. Niby zachowuje się normalnie, a potem wystarczy jakiś drobiazg, by wpadł w szał. Wystarczy, że nie odpowiem na pytanie, którego nie usłyszałam, zapytam o coś w złym momencie lub ogólnie zrobię coś, co nigdy wcześniej problemem nie było. I zaczyna niszczyć rzeczy w domu, wyzywa mnie, próbuje wyrzucać mnie z naszego wspólnego mieszkania lub sam się pakuje do wyprowadzki. Grozi. Wtedy cokolwiek zrobię, traktuje jako dodatkowe prowokowanie. On już jest pod opieką lekarzy, ale zanim dobiorą leki i one zaczną działać, minie trochę czasu. Wiem, że jest mu ciężko i staram się mu pomóc i go wspierać, ale mnie też jest ciężko. Nie chcę nikomu mówić, stawiać go pod ścianą i robić złą opinię. Nikt nie wie, co się dzieje u nas w domu. Czuję się bardzo samotna. Boję się. Bardzo mi brakuje poczucia bezpieczeństwa, stabilności. Czułości. Za każdym razem, gdy wracam do domu, paraliżuje mnie strach. Co dzisiaj będzie? Będzie depresja? Będzie w miarę normalnie? Zamknie się w sobie? Czy znów potłucze talerze, bo źle spojrzałam? Jest mi bardzo trudno.

#eQELl

Zdecydowaliśmy się z mężem na dziecko. Chcieliśmy go, czekaliśmy na nie. Jednak nigdy nie byłam słodkopierdzącą mamusią w ciąży, która dostała zapalenia odpieluszkowego, czy jakoś tak. W końcu nadszedł dzień porodu. Miałam cesarskie cięcie. Kiedy się obudziłam... no właśnie. Pierwsza myśl – radość, że zaraz zobaczę moje dziecko. Jednak kiedy dano mi dziecko do potrzymania, pierwsza moja myśl brzmiała „ja pierniczę, jaka ona jest brzydka...”. Żeby nie było – kocham córkę, chcę dla niej jak najlepiej, ale do dziś za każdym razem, kiedy na nią patrzę, nie mogę wyzbyć się ze swojej głowy myśli, że jest okropnie brzydka. Kochana, grzeczna, ale brzydka. I nic tego nie zmieni. Kiedy mąż/mama/teściowa/dziadek/koleżanka rozczula się nad nią, mówiąc: „jaka ona śliczna/urocza”, to patrzę na nich z niedowierzaniem i politowaniem i zastanawiam się, czy mają problemy ze wzrokiem, czy mówią tak, żeby mnie pocieszyć, bo przecież sami widzą, że mam brzydkie dziecko.

I nie chcę, żeby to zabrzmiało pusto czy próżnie, ale mąż jest naprawdę przystojny (nie tylko wg mnie, ale wielu kobiet), ja też nie jestem brzydka, powiedziałabym – takiej przeciętnej urody. Ale z córą coś nie wyszło ;)

#kCJr0

Historia dla wszystkich, którzy opowiadają, że kiedyś tych autyzmów nie było i że teraz jest taka moda. 
Moi rodzice się mną nigdy nie interesowali i choć mieli prawa rodzicielskie, mieszkałam z babcią. Babcia nie miała koleżanek, utrzymywała jedynie kontakt z najbliższą rodziną – mamą i siostrą. Nie umiała się dogadywać z ludźmi, uprawiać smalltalku i odczytywać mimiki, a sama była jej niemal całkowicie pozbawiona. Miała też jasno ułożone rytuały. Obiad był podawany codziennie 10 minut po tym, jak skończyłam lekcje. Jeśli się spóźniłam chociaż 5 minut, w domu zastawałam ją na skraju załamania nerwowego, przekonaną, że na pewno ktoś mnie porwał i zabił. Codziennie wstawała o tej samej porze, jadła to samo śniadanie, oglądała ten sam program w telewizji. Jakakolwiek zmiana w planie stanowiła dla niej gigantyczny problem, niemal nie do przejścia. Babcia też potrafiła krzyknąć z przerażenia, ponieważ sąsiad dwa piętra wyżej zaszurał krzesłem lub upuścił coś na podłogę. Miała też problem z rozumieniem metafor – oczywiście wiedziała, że dany zwrot ma inne znaczenie, ale bardzo przywiązywała się do konkretnych słów, które zostały użyte, np. była zła, gdy usłyszała z moich ust „i ja to szanuję!” (rozumiała, że mój szacunek jest warunkowany tym, czy się z nią zgadzam). Do tego dochodziły inne kwestie typowe dla spektrum, takie jak obsesyjne zainteresowania, szybkie przebodźcowanie, lęki, rozwolnienie werbalne, przerywanie. Z racji tego, że do niedawna spektrum diagnozowano jedynie u dzieci, które rozwinęły nieprawidłowo mowę, a o autyzmie wysoko funkcjonującym czy kobiecym nikt nie słyszał, babcia otrzymała diagnozę dopiero w wieku 73 lat. Wcześniej była przez swoją odmienność wyśmiewana i niezrozumiana. Słyszała, że śmiesznie mówi, nie ma mimiki, dziwnie gestykuluje, źle opowiada historie (zbyt wiele dygresji), nie patrzy w oczy. Samotność, odrzucenie oraz brak zrozumienia sprawiły, że na spektrum zaczęły się nakładać inne zaburzenia (depresja) i destrukcyjne zachowania, m.in. zaczęła wymyślać choroby i w ten sposób zyskiwać życzliwość otoczenia. 
Obecnie babcia ma 75 lat i podczas gdy inne kobiety w jej wieku leczą się na serce, cukrzyce i osteoporozy, ona regularnie uczęszcza na terapię. I radzi sobie super. Mówi, że gdyby dostała pomoc i diagnozę jako dziecko, to by nie zwaliła wychowania mojej mamy, nie rozpadłoby się jej małżeństwo, być może miałaby normalne dzieciństwo i relacje międzyludzkie. Babcia za moją namową zapisała się też na planszówki. Ma koleżanki, które – choć same nie mają diagnozy – przejawiają zachowania typowe dla spektrum, np. jedna z nich, pomimo sześciu dych na karku, ma echolalię. 
Gdy słyszę te opowieści, że kiedyś nie diagnozowano autyzmu, więc go nie było... No cóż.

#cos7W

Przypadkiem w pewnej kwestii zrozumiałem kobiety. 
Jestem rozwodnikiem, ojcem (syn ma 5 lat) i zdałem sobie sprawę, że kiedyś gdzieś tam w głębi duszy psioczyłem na kobiety, że dzieci robią sobie z przystojnymi badbojami, a później nagle mądrzeją i znajdują sobie do wychowania tych dzieci spokojnych, ułożonych, przeciętnych facetów. Doszło do mnie, że zrobiłem analogicznie. Dziecko mam z ładną i inteligentną kobietą i kiedy przekazałem geny dalej, po naszym rozstaniu ważne przy wyborze nowej kobiety było dla mnie tylko to, żeby nie miała toksycznego charakteru, nie była gruba i oziębła. Uroda, inteligencja, inne cechy przestały się jakoś specjalnie liczyć. Złapałem się na tym, że tak jak te kobiety, na które narzekałem, sam przekazałem geny dalej z najlepszą możliwą kobietą, jaką znalazłem, a teraz priorytetem jest odpowiedni charakter. Biologię trudno oszukać.

#icUnI

Mam trzyletnią córkę z mężczyzną, z którym byłam dwa lata, zanim zaszłam w ciążę. U nas w okolicy ciężko o pracę, więc ostanie pół roku spędził on za granicą, a ja sama zostałam z córką.  Przed wyjazdem wynajmowaliśmy pokój, po jego wyjeździe zamieszkałam u mojej mamy. 
Dwa dni temu w sobotę przyjechał. Zamiast do mnie, to do domu swojej mamy (100 km ode mnie). OK, nie mam samochodu, to wsiadam w busa z córką i jadę, bo ona stęskniona za tatusiem (zawsze mówi, że tatuś jest najlepszy i go kocha najmocniej).
Na miejscu on zapytał mnie, po co przyjechałam, przecież jakby chciał, to by sam przyjechał... Córka zaczęła płakać, a on dodał, że poznał tam inną kobietę i nas nie potrzebuje... 
Ja sobie poradzę. Ale mojej córce zawalił się świat.

#Y0PVU

Jestem po ślubie 9 lat i tak bardzo jestem już zmęczona... Od dawna się nie układa, ciągłe kłótnie mnie już po prostu wykańczają, nie daję już rady. Mamy dwójkę dzieci, chciałabym odejść, ale nie mam gdzie i nie mam z czego żyć (niestety ja nie pracuję, zajmuję się młodszym dzieckiem w domu), na pomoc rodziny nie mam co liczyć. Mój mąż mnie wykańcza psychicznie i nerwowo, wszystko musi być tak, jak on chce. Nie mamy wspólnych pieniędzy, u nas jest moje-twoje. Nie pomaga mi przy dzieciach, jak wróci do domu, to od razu telefon i piwko. Ja rozumiem, że pracuje czasami do wieczora, ale ja też chcę mieć coś z życia, a niestety nie mam nic, tylko dom i dzieci, moją jedyną atrakcją jest pojechanie na zakupy raz w tygodniu. Mam 32 lata, a czuję się, jakbym miała 50, nic mnie nie cieszy. Po prostu mam dość wszystkiego. Żadne próby rozmowy nic nie poprawiają, bo i tak kończy się kłótnią, czasami potrafimy nie rozmawiać ze sobą tygodniami, a wtedy robi mi na złość. Wiem, że lepiej nie będzie i jestem tego świadoma, ale naprawdę nie mam gdzie odejść i za co żyć, a mieszkam na wsi. Nie mam pojęcia, co ja mam robić.

#E5H9P

Parę dobrych lat temu wybrałam się z moim nowym chłopakiem na wypróbowanie lodów z nowo otwartej lodziarni. Podczas trudnego wyboru smaku i rodzaju nie mogłam się zdecydować. Mój luby postanowił zrobić to za mnie. Wybrał gałkowane śmietankowe.
Zmęczeni długim spacerem przysiedliśmy w parku, w którym jest niezliczona ilość drzew, a co za tym idzie, ptaków również. Z błogą nieświadomością kontynuowaliśmy pyszne lody. W pewnym momencie usłyszałam kapnięcie, które zignorowałam. 
Nagle mój lód zmienił smak na strasznie gorzki. Połączyłam wszystkie wątki... Ptak nasrał mi na loda. Nie powiedziałam tego chłopakowi, za krótko się znaliśmy i nie chciałam wyrzucić loda, bo zrobiłoby mu się przykro, że nie smakuje mi jego wybór. Zjadłam do końca.

#QwUAx

Działo się to z dziesięć lat temu, kiedy byłem na drugim roku studiów. Z powodu trudnej sytuacji życiowej i materialnej rodziców mogłem liczyć tylko na siebie. Pracowałem na pewnej stacji paliw. Zmiany były 12-godzinne, pracowałem 25 dni w miesiącu. Po wypłacie płaciłem wszystkie koszty stałe: mieszkanie, czesne, i w portfelu najczęściej zostawało mi 50 złotych na życie.
Mieliśmy niepodpięty do systemu LPG. Kiedy klient zostawiał mnie samego podczas nalewania gazu, zawsze zawyżałem rachunek – złotówka, 50 groszy. Zerowanie licznika po tankowaniu, żeby nikt nic nie widział. Na koniec zmiany po 10 złotych dla mnie i drugiego kasjera wychodziło. Dzięki temu mogłem kupić chleb i jakąś najtańszą opcję jego obłożenia.

Po jakimś czasie udało mi się wyrwać z tego zaklętego koła. Nigdy nie byłem z tego dumny, żałuję, że oszukałem tyle osób, a co najgorsze wiem doskonale, że złamałem jakaś wewnętrzną granicę i nauczyłem się do perfekcji kłamać, manipulować, oszukiwać i mam tylko nadzieję, iż nigdy więcej nie będę musiał tego robić.

#vprAs

Nie jestem z tego dumny.

W latach 90. jeździliśmy na obozy integracyjne, były tam też chore osoby. Mieliśmy wszyscy po około 17-19 lat, my byliśmy odpowiedzialni za różne zabawy ruchowe, pływanie, kajaki etc. Jedna z opiekunek tej chorej grupy wpadła mi w oko, ja jej chyba też, ale była taka dosyć powściągliwa w kontaktach, zwłaszcza z młodszym o 15 lat mną. Gdzieś usłyszałem, że ta opiekunka, nazwijmy ją Dorota, po alkoholu traci nad sobą panowanie, odwala jej. Stąd też nie pije.
Kiedy chowaliśmy kajaki do przechowalni, zaproponowałem jej słodkiego szejka z lodami. Poszliśmy do pokoju, bo moja lodówka zawsze była wyposażona w to, co niezdrowe. Potrafiłem przemycić w szejku sporo alkoholu i nie dało się tego wyczuć. Wypiła bardzo łapczywie, zrobiłem jeszcze dwa, opróżniła w dosłownie kilka chwil. Schlała się i była na mnie zła, a miało być tak pięknie... Na drugi dzień unikałem Doroty jak ognia, bo myślałem, że doniesie na mnie i po sprawie – wyjazd do domu.
Wieczorem przyszła do pokoju z samogonem, wypiliśmy i wtedy przestałem być prawiczkiem.
Do końca obozu, a trwał 3 tygodnie, co noc piliśmy i się zabawialiśmy w moim pokoju.

Ostatniego dnia dowiedziałem się, że ma męża, odebrał ją z obozu... Głupio mi do dzisiaj.
Dodaj anonimowe wyznanie