#uEGzU
Kiedy byłam w liceum, co jakiś czas zaczęłam wybierać się od razu po szkole do babci na pogaduchy. Opowiadała mi różne historie, m.in. z czasów wojny i o mojej mamie, gdy była dzieckiem. W końcu codziennie po lekcjach lądowałam u babci i wracałam do domu późnym popołudniem. Czasami zostawałam też na noc, a jako że musiałam targać ze sobą śpiwór i inne niezbędne dla mnie przedmioty, mój tata zawoził mnie autem.
Raz miałam zostać na noc w sobotę, a w niedzielę przyjść razem z babcią na obiad. Tata nie miał czasu, żeby mnie zawieźć, a pieszo nie chciało mi się iść, więc zadzwoniłam do babci, że jednak nie wpadnę, bom leń.
Na drugi dzień, jak co tydzień, wypatrywaliśmy babci pod sklepem. Jednak jej nie było. Po powrocie do domu mama od razu do niej zadzwoniła, bo a nóż widelec coś jej się zapomniało, ale babcia nie odbierała. Tata stwierdził, że pewnie już wyszła, weźmie auto i zgarnie ją po drodze. Zabrałam się z mamą razem z nim. Po drodze nigdzie babci nie było, a podjechaliśmy już pod jej blok.
Weszliśmy na górę, mama wyciąga klucze i otwiera drzwi, ale łańcuch blokuje je od środka, a to znaczy, że babcia jest w środku. Pukamy, wołamy, jednak babcia nie otwiera, w końcu zaczynamy szarpać, ale łańcuch trzyma. W bloku wielkie poruszenie, sąsiedzi szukają, czym by przeciąć łańcuch, w końcu udaje się, wchodzimy do środka.
Babcia była diabetykiem, w nocy skoczył jej cukier, miała wylew. Zmarła po kilku dniach w szpitalu. Minęło już ponad 10 lat, a wciąż o tym myślę, że ona ciągle by z nami była, gdyby tylko trochę bardziej mi się wtedy chciało.
NIE! ABSOLUTNIE NIE MOŻESZ TAK MYŚLEĆ! To nie jest Twoja wina, Twoja babcia była dorosła, mieszkała sama od dawna, to mogło się zdarzyć w każdym momencie, w nocy pewnie i tak byś nic nie zauważyła, kochana, nie zamartwiaj się tym!
Dokładnie, zwłaszcza że pewnie byś babcie znalazła rano :(
To jej wina i koniec.
Nienawidzę jak się ktoś obcy zanadto spoufala i nie znając kogoś wali określenia typu "kochana"... - ,-
Wiem co czujesz.... Ja mam narzeczonego, który ma cukrzycę typu I od 21lat.. Często ma bardzo niskie wyniki, traci przytomność i wtedy muszę mu robić po kilka zastrzyków z glukozą, aby doszedł do siebie i coś zjadł lub wypił.... Później ma odbicia i ma po 700, 800 poziomu cukru.... Dodatkowo przez tą pieprzoną chorobę miał zawał w wieku 27 lat, jest dializowany i niestety musimy się pożegnać z jakimkolwiek wspólnym potomstwem... Głowa do góry dziewczyno !!! Jestem z Tobą ! <3
Gdyby Twój narzeczony miał poziom cukru 700 lub 800, to już by nie żył. To śmiertelna dawka cukru dla osoby chorej na cukrzycę..
Oj,Karola,u osób z podejrzeniem cukrzycy nie raz poziom cukru może nawet osiągnąć i 1000. 700-800 też da radę
Cukrzyca, która jest źle prowadzona i niekontrolowana może powodować różne powikłania jak np. zawał serca, problemy ze wzrokiem itp. Sam jestem cukrzykiem od lat i nigdy nie miałem utrat przytomności, nie skarżę się również na jakiekolwiek powikłania. Jak dobrze o siebie dbasz i prowadzisz cukrzycę prawidłowo to ryzyko wystąpienia powikłań jest bardzo niskie. Nawiązując do wypowiedzi karolaola21 zostałem zdiagnozowany z poziomem cukru wynoszącym 1186, brzmi niewiarygodnie, ale ten cukier utrzymywał się od kilkunastu miesięcy i mózg się do niego przyzyczajał, co skutkowało jedynie wysokim pragnieniem, czułem się ogólnie dobrze, nawet nie straciłem przytomności, więc nie ma reguły na cukier, to zależy od przypadku.
Pożegnać z jakimkolwiek wspólnym potomstwem? Co ty piszesz dziewczyno? Mój mąż ma cukrzycę typu I. Dba o siebie, dużo ćwiczy, a co najważniejsze oboje zdrowo się odżywiamy. Jestem w ciąży !!
aaaa1990 - Bardzo się cieszę, że Pani się poszczęściło i oczekuje Pani owocu miłości. Niestety nie zawsze tak jest i nie rozumiem Pani oburzenia. Każdy organizm jest inny.... U mojego narzeczonego powikłania są już widoczne. A poza tym to wyznanie nie jest o mnie. Ja chciałam tylko dodać otuchy Kobiecie wyżej i spróbować uświadomić ją, że nie wszystko jest w naszych rękach.... Pozdrawiam serdecznie!
No to niech narzeczony lepiej zbierze du*ę i weźmie się za siebie. Takie wyniki nie są niczym innym jak skutkiem braku samokontroli. Niestety nie da się opanować cukrzycy jedząc co popadnie, nie sprawdzając poziomu cukru i zapominając o insulinie. Czynniki zewnętrzne, owszem, mają na chorobę wpływ, ale przy odpowiednim działaniu wszystko da się opanować.
Wiem co mówię, cukrzycę T. 1 mam prawie od urodzenia. Przytomności nie straciłam nigdy, po zdiagnozowaniu nigdy nie byłam w szpitalu, a powikłania są dla mnie abstrakcją. Nie dlatego, że mam szczęście, nie. Dlatego, że jestem przeszkolona, nie wypieram się choroby, ważę wszystko, co jem i nie raz odmówiłam sobie ciastka.
Jeśli narzeczony nie umie sam sobie pomóc, to niech zrobi to dla ciebie, bo o ile dobrze prowadzona cukrzyca nie zmienia prawie nic w życiu, o tyle konsekwencje takiego prowadzenia, jakie opisujesz są tragiczne
Jak byłam mała (8 lat) mieszkałam z dziadkiem i babcia codziennie schodzilam od siebie do dziadka i wołałam żeby porozmawiać, od zawsze bylam ulubienica dziadka. Pamiętam ten dzien jak dziś 15.06 jak przystało na dzieci bawiłam sie z rodzeństwem i akurat ze jestem najmłodsza to ja musiałam latać po wodę z butelkami po piwach. Gdy wracałam już z pełnymi butelkami ciocia zapytała mnie przez okno od samochodu czy nic chcę pojechać z nią i dziadkiem na pole odpowiedziałam że pojadę tylko zaniose butelki, ciocia zle mnie zrozumiała i pojechali sami pół godziny później dostaliśmy telefon od cioci ze dziadek dostał zawału niestety było już za późno. Dziadka pogotowie przywiozło do domu i sie modlilismy. Później gdy lezalam już w domu na łóżku zza rogu zobaczyłam kawałek dziadka (wiem wiem pewnie mi nie uwierzycie ale naprawdę widziałam dziadka, który przeszedł sie ze mną pożegnać) pogrzeb odbył sie w dniu w którym moja kuzynka miala mieć chrzest... Najbardziej żałuję tego że sie z ciocią nie zrozumialysmy i ppojechali sami ile bym dała żeby ostatni raz porozmawiać z dziadkiem o wszystkim i o niczym
bardzo ci współczuję;) mam nadzieję, że kiedyś spotkasz dziadka tam na górze! :D
Człowiek już tak ma, że jak nie ma na coś wpływu to i tak się o to obwinia. Ja też tak miałam i mam, że wielu rzeczy wybaczyć sobie nie mogłam i nie mogę, jeśli chodzi o osoby bliskie - a teraz już za późno.... Ale nie ma co się obarczać sprawami i doszukiwać się w nich Naszych win. Bo to nie ma sensu, dodajemy sobie tylko dodatkowego cierpienia.... Tylko po co?
to nie jest Twoja wina.. Gdybyś została u babci na noc równie dobrze mogłoby się to tak skończyć. Przecież gdy to wszystko działo się we śnie to i tak by do tego doszło.
Nie moglaś tego przewidzieć. Zreszta nawet jakbys byla to moze bys nawet nic nie wskurala.
Jak czytałem tą historię, to wiedziałem, że się źle skończy :( Aż mi łzy poleciały :(
Bardzo Ci współczuję, ale to nie Twoja wina!
Założyłam konto specjalnie żeby to skomentować.
Moja babcia była dla mnie kimś w rodzaju przyjaciółki, odwiedzałam ją codziennie i zawsze mogłam na nią liczyć. Odeszła 3 tygodnie temu, dzień po moim powrocie z wakacji. Nie mogę sobie wybaczyć tego, że ostatni raz rozmawiałam z nią dwa tygodnie przed śmiercią.
Jeśli tak się stało, to tak się musiało stać. Nie ma w tym ani trochę twojej winy. Pamiętaj, że Bóg zabiera ze świata tych dobrych ludzi, a złym daje szansę na poprawę, więc nie martw się. Twoja babcia jest teraz w dużo lepszym świecie :)
Rozumiem Cię, że masz wyrzuty sumienia, ale tak jak inni piszą, to nic nie daje. Rok temu mój dziadek upadł w łazience. Miał 84l, miał cukrzyce, nadciśnienie. Rano zjadł bardzo mało i to na siłę. To był dla nas znak, tylko my tego nie rozumieliśmy. Gdy upadł zawołał mnie. Próbowaliśmy dziadziusia razem z mamą i bratem podnieść, bez skutku. Do tej pory zastanawiam się, czy już wtedy nie powinnam zadzwonić na pogotowie, Zrobiła to dopiero sąsiadka po którą zadzwoniłam. Pogotowie przyjechało bardzo szybko, ale już było za późno. Dziadziuś umarł na moich oczach, ponieważ siedziałam za nim, żeby nie upadł. Napisałam to po to, by pokazać Ci, że na nie które sytuacje nie mamy wpływu. Ktoś umiera, by ktoś się urodził.