#Jy3Nr

Moje wyznanie będzie się wydawało chamskie, ale cóż.

Chodzę do liceum z niepełnosprawną dziewczyną, znam ją od dawna, więc sam przyzwyczaiłem się do tego, że jeździ na wózku i traktowałem ją jak normalną osobę, bez specjalnych względów, w końcu sama utwierdzała wszystkich, że jest normalna i nie potrzebuje litości, aż do czasów liceum.

Ogólnie szanuję i współczuję inwalidom, ale ona... ona to inny rodzaj człowieka. Rozumiem nie czuć się dobrze i wymagać opieki, ale nadużywać tego, że nie może chodzić (wiem, że brzmi to abstrakcyjnie, do tej pory też myślałem, że się nie da).

Zacznijmy od tego, że nasza jedyna licealna wycieczka była robiona pod nią, wszystko wyszukiwane z udogodnieniami dla inwalidów, nie pojechaliśmy w góry, choć każdy chciał i zadowoliliśmy się morzem, tydzień przed powiedziała, że nie jedzie, bo jej się nie chce.

Studniówka była robiona na jakimś wygwizdowie, też ze względu na nią, gdy opłaciliśmy zaliczkę, powiedziała, że nie jedzie, bo jej się tam nie podoba.

W dodatku zmyśla na każdym kroku, a to uczulenia, bóle głowy, nie pojawia się na lekcjach, a potem nauczyciela proszą, by jej pomóc, bo sobie nie radzi.

Ja wiem, że brzmi to okropnie, ale czuję się winny, że tak bardzo nie trawię człowieka tak pokrzywdzonego przez życie. Cały czas krąży mi po głowie, że jestem złym człowiekiem, ale wszyscy wiedzą, że gdyby chodziła, nikt by się do niej nawet nie odezwał.

#620iU

O traceniu wiary w ludzi.

Pracuję w barze niedaleko od centrum jednego z większych miast w Polsce. Jakiś czas temu miałem poranną zmianę. Byłem sam z obsługi. Upalny dzień, środek tygodnia, ogólnie mało się dzieje. Pierwszym klientem był pewien starszy pan, który przychodzi co jakiś czas. Grzeczny i spokojny, zamówił piwo i usiadł w ogródku. Po jakimś czasie wyszedłem zapalić papierosa. Gość akurat kończył piwo, wstał i zaczął iść w kierunku wejścia do knajpy. Nagle się wywrócił i uderzył tyłem głowy o nogę stołu. Podbiegam do niego przestraszony. Krew się leje, nieprzytomny, ale oddycha. Chwila paniki. Środek miasta, nikogo nie ma. EDB, kursy BHP, ale pierwsza taka sytuacja w moim życiu. Bardzo się zestresowałem, ale udało mi się zadzwonić na 112 po karetkę. Jechała jakieś 20 minut. W połowie tego czasu pan odzyskał przytomność i usiadł. Dalej krwawił i trochę majaczył, stoję obok i czekamy na pomoc. Dalej się stresuję. W końcu pogotowie przyjeżdża. Rozmawiam chwilę z ratownikami, biorą pana do ambulansu.
I wtedy, jeszcze nawet sygnał pogotowia nie ucichł, jakaś baba drze się z drugiego końca ogródka „Czy ktoś mnie w końcu obsłuży?!”. Nie wiem, kiedy tam wlazła, ale nie ma opcji, że nie widziała krwawiącego dziadka i ratowników. Na szczęście mamy samoobsługę, więc po kawę i tak musiała podejść do baru.

Gorsze było to, że po tygodniu przyszedł ten pan i opieprzył mnie, że zmarnowałem mu cały dzień przez to pogotowie i jak znowu się wywali, to mam nigdzie nie dzwonić.

#6MmPQ

Każdy zna takiego nieogarniętego kumpla, który pyta się o datę kolokwium tydzień po tym, jak się odbyło.

Jakie było moje zdziwienie, gdy dostałam wiadomość od znajomego ze studiów, który zapytał się mnie o to, na kiedy było trzeba było podpisać indeksy. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że studia skończyłam 7 lat temu...

#VnynJ

Poszedłem z dziewczyną z Tindera do restauracji na pierwszą randkę. Bardzo szybko zorientowałem się, że ona przyszła się najeść na mój koszt. Jej mina i czerwona twarz, kiedy poprosiłem kelnera o dwa osobne rachunki, była tak bezcenna, że wynagrodziła mi irytację oraz późniejsze epitety, jakimi mnie obrzuciła tamtego wieczoru. Od razu wybuchła, że ona nie ma pieniędzy i nie zapłaci. Kelner poprosił właściciela i cieszę się, że byłem konsekwentny, nieugięty i nie dałem się zastraszyć właścicielowi. Zapłaciłem za siebie, a jej ktoś wysłał kod blik.
Oczy całej sali były skierowane na nas i z całą pewnością nigdy już tam nie pójdę.
 
Mogę napisać, że jestem z siebie dumny, że nie dałem się ani wykorzystać, ani zastraszyć. Tym chciałem się z wami podzielić i dodam – nie dawajcie się naciągać tylko dlatego, że dziewczyna jest ładna.

#P4YqQ

Moja najbliższa ciotka choruje na schizofrenię. Bałam się, odkąd dowiedziałam się o jej chorobie. 2 razy przy mnie ratowano ją, po próbach samobójczych. Pierwszy raz, gdy miałam 7/8 lat. Żyje, ale ma chory żołądek i jest bardzo przyćmiona od leków. Skończyła bardzo trudny kierunek studiów. Miała umysł ścisły, ale pozostał tylko ślad dawnej inteligencji. Słyszałam, że wyśmiewał ją nawet lokalny ksiądz - kanalia. Nie ma to jak mikromiasto. Bardzo mi jej szkoda.


Gdy byłam mała i słyszałam, że ciotka jest w szpitalu, pytałam o przyczynę. Babka mówiła, że ciotka zjadła za dużo kiszonych ogórków. Dlatego bałam się jeść je, żeby nie trafić do szpitala. Któregoś razu mama się wnerwiła i uznała, że nie warto kłamać. I bardzo dobrze, bo kiedyś musiałam się dowiedzieć. Ciotka bywała niebezpieczna. Mieszkała w mojej miejscowości i często ją widywałam.

Gdy miałam jakieś 12/13 lat, zaczęłam się bać, że niedługo ta choroba może się ujawnić również u mnie. Liczyłam na to, że jeśli minie wiek, w którym ona zachorowała (jakieś 17/18 lat) i nic mi się nie stanie, to będzie dobrze. I rzeczywiście, wiek ten mam dawno za sobą i nie mam schizofrenii. Miałam wielkie szczęście. Jestem jednak dosyć depresyjną i znerwicowaną osobą, ale jakoś się trzymam. Moja najbliższa kuzynka ma 18 lat i podobno dzieje się z nią coś złego. Słyszałam (bo nie mam kontaktu z tą kuzynką), że się tnie, grozi samobójstwem, wymusza wszystko i leży, nic nie robiąc. Chyba zupełnie normalny jest tylko jej brat. Chora ciotka nie ma dzieci, ale jeśli chodzi o dzieci jej rodzeństwa, to wszystko w porządku jest tylko z jednym wnukiem na troje. Gdybym miała siostrę - schizofreniczkę, to chyba bym się nie zdecydowała na dzieci. Martwię się, że te geny mogą być zakodowane w rodzinie i że moje dzieci też by miały to, albo jakąś inną dolegliwość.


Gdy miałam te 12/13 lat i korzystałam ze szkolnej toalety, zastanawiałam się, czy na pewno jestem w toalecie, czy może gdzie indziej, ale mam urojenia. Ciotce zdarzyło się załatwić na szpitalne łóżko, bo nie kontaktowała. Żyłam ileś lat w stresie. Mierzyłam się z tym sama. W pewnym momencie nawet zastanawiałam się, czy nie popełnić samobójstwa, gdybym zachorowała, bo co to za życie? Renta, stygmatyzacja społeczna i urojenia. Cieszę się, że mieszkam już w innym mieście i nie jestem z nią kojarzona. Gdy moja mama poszła na urlop zdrowotny, jakaś babcia w sklepie pytała ją, czy na głowę. Otóż, nie, ale i tak wkładają nas do jednego wora.


Teraz, po wielu latach, czasem w toalecie przypominam sobie moje zastanawianie się sprzed lat i tylko cień myśli przechodzi mi przez głowę: "A co, jeśli to nie jest toaleta?".

#CXkkX

Ostatni tydzień w pracy miałem bardzo ciężki. Codziennie wracałem bardzo późno do domu i prawie od razu kładłem się spać. Piątek był najgorszy, zmęczenie sięgało zenitu, nic więc dziwnego, że padłem jak kłoda na łóżko i szybko usnąłem.

Jakieś dwie godziny później poczułem szarpanie i krzyk mojej narzeczonej. Obudziłem się i zobaczyłem jak ona pochyla się nade mną, zapłakana i przerażona. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, mocno mnie przytuliła i przez łzy powiedziała: "w ogóle nie chrapałeś, myślałam, że nie żyjesz".

#FdZBa

Mój ojciec był alkoholikiem. Zniszczył mi życie. Matka nigdy od niego nie odeszła. Teraz on już nie żyje (zapił się na śmierć), a ja jestem dorosła. Cały czas chodzę na terapię, bo sobie nie radzę sama ze sobą. Jestem sama, bo nie umiem być w związku. O dzieciach to w ogóle nie ma mowy. Tymczasem moja mama co kilka dni chodzi na grób ojca. Sprząta, zmienia kwiaty, zapala znicze i dziwi się, że ja z nią chodzić nie chcę. Tłumaczyłam jej wielokrotnie, że nie będę tam chodzić, bo nie mam takiej potrzeby i zwyczajnie nie chcę. Mimo to ona cały czas mi robi wyrzuty, że tak nie można, bo jaki był to był, ale to przecież mój ojciec.

Ostatnio zadzwoniła do mnie siostra mamy. Opieprzyła mnie, że robię przykrość matce, bo nie chodzę z nią na cmentarz. To zresztą wstyd na okolicę, bo mieszkamy w małym mieście i ludzie widzą, że nigdy mnie tam nie ma. Na koniec dodała, że jestem wyrodną córką, bo dzięki ojcu jestem na tym świecie i choćby za samo to jestem mu winna szacunek.

Dzięki, ciociu. W moim stanie psychicznym właśnie takiego wsparcia potrzebowałam.
Ja się nie prosiłam o sprowadzenie na ten świat. Czasem myślę nawet, że wolałabym się nie urodzić niż tak się męczyć psychicznie. Po co mi to wszystko?

#dvEKg

Czasy młodości, ponad 30 lat temu. Razem z bratem naszym ulubionym zajęciem było ganianie z kijami czy łukami. Strzały robiliśmy z leszczyny, z pełnym opierzeniem. Za grot robiły najczęściej gwoździe.
Historia właściwa.
Nasz sąsiad był, no cóż, trochę trunkowy, jak mawia mój ojciec. Oprócz faktu, że był starym kawalerem, lubił czasami wyładować się na swoim psie.

Któregoś dnia, gdy tak bawiliśmy się z bratem, akurat na pastwisku za domem sąsiada, widzieliśmy kolejną scenę agresji pod adresem psa. Nie wiem co mi wtedy strzeliło do głowy, ale postanowiłem zainterweniować. 11-latek w starciu z napranym 40-latkiem w starciu bezpośrednim miałby niewielkie szanse. Co więc zrobiłem? Strzeliłem do niego z łuku. I trafiłem go. W dupę... Wrzask był taki, jakby faceta ktoś ze skóry obdzierał.

Najśmieszniejsze jest to, że sąsiad nie był w stanie rozpoznać strzelca, bo będąc nawalony jak bela, guzik tak naprawdę widział. Mi się upiekło, brat pary z gęby nie puścił. A wieś miała temat do plotek i żartów na najbliższy tydzień. Nawet psu przestało się obrywać, bo sąsiad pomyślał, że to jakaś kara boża, więc się trochę opamiętał. Może nie tyle opamiętał, co zmienił obiekt zainteresowania, jeśli chodzi o rozładowywanie agresji. Zaczął drewno rąbać.

#ylaVZ

Jestem pielęgniarką pracującą na oddziale internistycznym. Na takim oddziale jest często dużo pacjentów ciężkich, leżących, wymagających opieki i pomocy we wszystkim. Część mojej rodziny i znajomych próbuje co jakiś czas mnie namówić, abym zmieniła oddział na pediatryczny, bo się na takim nie nadźwigam. Odpowiadam wtedy, że nie mogłabym pracować na oddziale dziecięcym, bo jestem bardzo wrażliwa, nie nadawałabym się do takiej pracy, bo mi było szkoda tych dzieciaczków.
Prawda jest taka, że nie pójdę na taki oddział, bo dzieci mnie niemiłosiernie wnerwiają, i zamartwiający się rodzice, zawracający co chwilę głowę, doprowadzaliby mnie do szału. Kolejnym powodem jest fakt, że nie chcę wyjść na jakiegoś potwora, bo „jak to można nie lubić dzieci”.

Nie mówię prawdy mojej rodzinie/znajomym, bo to są ludzie, którzy wyobrażają sobie oddział pediatryczny z uroczymi, uśmiechniętymi bobasami. Nie dociera do nich, że praca na takim oddziale może być bardzo męcząca, bo chore dzieci są głośne i często płaczą (z powodu dolegliwości, strachu przed badaniami). Jak podaję argument, że „nie mogłabym tam pracować, bo chce mi się płakać jak widzę chore dzieci”, to rozmowa jest szybko ucinana, a jak mówiłam prawdę, że dzieci są głośne i ciężko nieustannie wspierać rodziców małych pacjentów, to mówili, że przesadzam i ciągnęli rozmowę. Więc zaczęłam kłamać i mam dzięki temu spokój.

#2cbss

Jestem wykładowcą wyspecjalizowanym w dość wąskiej, acz pasjonującej dziedzinie nauki. Oprócz przemawiania do moich studentów, czasem bywam zapraszany do prowadzenia seminariów na różnych konwentach tematycznych czy zjazdach. Ostatnio trafiła mi się kapitalna fucha - wykład dla 320 osób transmitowany (oczywiście wyrywkowo) przez jedną z czołowych stacji telewizyjnych.

Nie powiem - wprawdzie takie sytuacje to dla mnie nic nowego, to mimo wszystko trochę się stresowałem. Dzień przed tym wydarzeniem, zrobiłem sobie mały jogging po pobliskim parku. Swoją drogą - polecam bieganie, jako świetną metodę na pozbycie się smutków i trosk wszelakich.

Rano zadzwonił budzik. Ja jednak dałem sobie jeszcze "pięć miuuuutek, mammmooo..." Obudziłem się po piętnastu minutach i w popłochu zacząłem się ogarniać. Garniak wyprasowany wieczór wcześniej, broda nienagannie ogolona, włosy na szybko przylizane, gęba umyta, buty wypastowane. Lecimy z tym koksem.

Wskoczyłem w obuwie, zamówiłem taksówkę, wpadłem do sali lekko zdyszany, dostałem błyskawiczny opieprz za spóźnienie i niemalże z marszu zostałem wepchnięty przed publiczność. Mimo lekkiej zamotki wszystko poszło super. Czułem się jak ryba w wodzie. Zastanawiało mnie tylko, czemu rzucane przeze mnie suche żarciki wywołują tak duże salwy śmiechu. No, trudno, może zgromadzeni od razu rozpoznali we mnie kawalarza?

Zaraz po wykładzie, nie żegnając się z nikim, złapałem taksówkę i wróciłem do domu odespać parę utraconych przez wykład godzin, które normalnie spędziłbym w objęciach Morfeusza.
Wieczorem zaległem przed telewizorem, aby zobaczyć skróconą relację z mojego "występu".
Dopiero wtedy zorientowałem się, że z mym idealnie skrojonym, wyprasowanym garniturem, dostojną brodą, wzorowym fryzem i postawą godną najznakomitszego człeka nauki, kontrastują moje "kamasze". Otóż jeden but był skórzanym, eleganckim butem pasującym do garniaka, natomiast drugi... sportowym adidasem w kolorze oczojebnego, k#rwa, różu!

W porannym zamieszaniu jakimś cudem chwyciłem za jeden z moich sportowych trepków, w których wieczór wcześniej drałowałem sobie po parku. Pewnie gdybym nie wpadł spóźniony do sali, to ktoś zdołałby mi zwrócić na to uwagę. A tak, stałem się pośmiewiskiem na skalę krajową. Potem, jak mnie pytano o tajemnicę mojego ubioru, to mówiłem, że był to zamierzony, wcześniej zaplanowany pomysł, który miał dać metaforyczny efekt zaburzenia wymuszonej harmonii. Jak dobrze, że jestem filozofem.;)
Dodaj anonimowe wyznanie