#Y5uRj

Skończyłam kierunek uważany za popłatny i prestiżowy. Wstyd mi przed ludźmi, że pracuję za minimalną krajową i szefostwo jeszcze robi łaskę, że zapłaci. Po kilku miesiącach pracy za pieniądze na zleceniu okazało się, że za mało umiem i powinnam douczać się za darmo, czytaj chodzić do pracy. Taki truizm, nie dawajcie się dymać.

#ctZWG

Nie wiem czy mieliście do czynienia z takimi zabawkami, które coś mówią, niekoniecznie interaktywne – takie misie, co po naciśnięciu przycisku mówią: „Połaskocz mój brzuszek” albo „Pobaw się ze mną” itp. Zabawka moich dzieci umie się bawić w chowanego, tzn. mówi „Schowałem się – znajdź mnie”.

Kiedyś dłużej czytałem książkę, a zawsze przed położeniem się spać mam zwyczaj iść i sprawdzić, czy dzieci są przykryte, czy okno zamknięte i takie tam... No więc idę cichutko do pokoju dzieci, wchodzę. Podchodzę do łóżek, cisza dookoła... a tu z szafki misio do mnie mówi: „Widzę cię!”. No mówię wam, mało się nie zesrałem z przerażenia...

#frSaf

Początek lat 90.
Tamten rok chyba nigdy nie wyleci mi z pamięci. Miałem wtedy 10 lat. Zima była ostra. Któregoś dnia była taka zawieja, że strach wyściubić nos z domu. Mieliśmy nawet lekcje w szkole odwołane. Cały dzień i całą noc nieustannie wiało i sypało. Nawaliło ponad metr śniegu. Następnego dnia po miejscowości rozeszła się informacja, że zaginął sąsiad. Z każdego domu ktoś pomagał w poszukiwaniach. Ode mnie poszedł wtedy brat. Chodził już do technikum, więc skrzyknął kumpli i dołączyli do ekipy poszukiwawczej. Po 2 godzinach znaleziono samochód sąsiada. Albo raczej śniegową górę, pod którą auto się kryło. Ale sąsiada nie było.
Poszukiwania trwały łącznie tydzień. Bez rezultatów.

Dwa miesiące później.
Roztopy, śnieg znika w mgnieniu oka. Z każdą godziną jest go mniej, mimo że i tak było go od groma. Wracam ze szkoły z kolegami. Ostatni odcinek drogi szedłem sam, bo mieszkałem najdalej z naszej paczki. Byłem może 200 metrów od domu, gdy coś przykuło moją uwagę. But, zwykły męski but wystający z zaspy. Jako ciekawski dzieciak podszedłem i próbowałem go wyciągnąć. Szarpnąłem i... zobaczyłem ludzką stopę. Narobiłem takiego rabanu, że w moment się chyba pół okolicy zbiegło. Ktoś zadzwonił na policję. Panowie przyjechali. Okazało się, że to sąsiad. Ten sam, który zaginął dwa miesiące wcześniej. Wyglądał, jakby spał.
Później dowiedziałem się, że wracał samochodem z kolegą. Auto im się popsuło, więc postanowili wracać na nogach do domów. Sąsiad prawdopodobnie się potknął albo powalił go wiatr, uderzył o coś głową, po czym stracił przytomność. I już się nie ocknął. Zmarł 250 metrów od domu.

Dla 10-latka takie wydarzenie to szok. Ponad rok chodziłem do psychologa, bo nie mogłem sobie z tym poradzić. Mimo że od tamtego momentu minęło ponad 25 lat, wspomnienia czasami wracają. I pewnie będą wracać jeszcze długo...

#icoM8

Dostałam pracę przez łóżko i potem stałam się szefową.

Ale zacznijmy od początku. Jako świeżo upieczona dorosła, która zakończyła liceum, nadszedł czas, aby pójść na studia. Jako, że w domu się nie przelewało, toteż musiałam czym prędzej znaleźć pracę. Większość ofert mi nie odpowiadało, jednak jedna atrakcyjna przykuła moją uwagę. Dlatego uznałam, że warto spróbować. Chodziło o stanowisko w dość prestiżowym butiku. Jako, że miałam dwie lewe ręce do pracy, zero doświadczenia to potencjalny pracodawca niezbyt był ku decyzji przyjęcia mnie, jednak powiedział, że zawsze można to załatwić inaczej. Uznałam, że naprawdę mi zależy, a facet nie był jakiś brzydki, więc umówiliśmy się na kolację. Oczywiście można się spodziewać co się wydarzyło dalej. Tak też pracowałam na zmianę ze studiami, okazjonalnie spotykając się z moim szefem. Z czasem narodziło się z jego strony większe uczucie i po niespełna kilku miesiącach mi się oświadczył. Facet starszy ode mnie o 20 lat, jednak majętny, dlatego uznałam, że może będzie warto.

Przez znudzenie kierunkiem studiów postanowiłam je rzucić, a mój już niedługo przyszły mąż postanowił założyć oddzielny biznes, przez co nie miał czasu na butik. Zaproponował mi wtedy, abym to ja została tam i zajęła się tym biznesem. Nie przeszkadzało mi to, wizja zarządzania była bardzo kusząca. Niezbyt to jednak pocieszyło inne pracownice, które nie miały problemu wypominać mi to, że pracują tam od dawna. Jednak szybko podjęłam się swojego zadania i szło mi bardzo dobrze.

Było to 3 lata temu, teraz jestem zamężną bizneswoman, a butik dalej prosperuje bardzo dobrze. Lubię mojego męża, jednak nie wydaje mi się, żebym mogła to nazwać miłością, ale wygodne życie bardzo mi pasuje. Wiem, że pewnie będzie tu wiele niepochlebnych opinii, ale głupia bym była, gdybym porzuciła taką szansę.

#dwHBU

Jesteśmy z przyjaciółką Kasią nieco zawiedzione.

Nasza przyjaciółka Ania za kilka tygodni wychodzi za mąż. Dostałyśmy piękne zaproszenia, dla mnie z mężem i dla Kasi z osobą towarzyszącą. Na początku miałyśmy wizję pięknej uroczystości i wyśmienitej zabawy do rana. Jednak inflacja tak się rozszalała, że wszelkie oszczędności się rozpłynęły. O wakacjach mogliśmy nawet zapomnieć. Krucho z pieniędzmi, ale to jednak przyjaciółka sprzed parunastu lat, więc z Kasią pomyślałyśmy, że porozmawiamy o sytuacji z Anią. Ania pochodzi z dość zamożnej rodziny, w tym roku podwójne wakacje, kilka wesel i urodzin, a wraz z przyszłym mężem planują zamieszkać z jej rodzicami, w sumie to już razem u nich mieszkają. My z Kasią natomiast nie śpimy na pieniądzach, to znaczy nie żyjemy w ubóstwie, ale z Anią nie mamy co się równać.
Jak pomyślałyśmy, tak zrobiłyśmy. Miałyśmy cichą nadzieję, że powie, że nie zależy jej na pieniądzach, a naszej obecności z racji przyjaźni. Usłyszałyśmy jednak, że jest jej przykro, ale rozumie naszą sytuację.
To nie tak, że miałyśmy przyjść z niczym, chciałyśmy wykupić im prezent, który i tak by sobie sami wybrali, tj. lot balonem, lekcja nurkowania, czy też weekend w spa. Dla nas obu wyszłoby to akurat na naszą kieszeń, a wolałyśmy to niż dawać pieniądze w kopercie.
Sytuacja wygląda tak, że jednak pójdziemy tylko do kościoła na ślub. Obawiamy się jednak, że Ania odwróci się od nas i po wieloletniej przyjaźni pozostanie jedynie wspomnienie.

#IMaYi

Mam mieszkanie we Wrocławiu. Zwykłe dwupokojowe, w całkiem fajnej lokalizacji. Ja i większość mojej rodziny mieszkamy kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Mieszkanie obecnie wynajmuję, mam z tego jakieś 1300 zł miesięcznie zysku.

W zeszłym roku córka mojego chrzestnego, a moja kuzynka, skończyła liceum. Na studia złożyła dokumenty do Wrocławia i tam od października chciała zamieszkać. W sierpniu pojawił się temat mojego mieszkania. Rodzice kuzynki zapytali się mnie o nie, czy ktoś tam mieszka itp. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że właśnie kogoś szukam do tego mieszkania. Powiedzieli więc, że moja kuzynka się tam chętnie wprowadzi z koleżanką. Powiedziałem, że nie ma problemu i dla młodej zrobimy trochę taniej niż zwykle. W tym momencie nastała grobowa cisza. Po chwili świeckie oburzenie, że jak to ma płacić, przecież to rodzina i tak dalej... Powiedziałem, że nie będę przez 5 lat jej studiów stratny ze 30 tys. złotych, bo mnie na to nie stać. Zaczęło się dalsze gadanie itp., oczywiście ja nie odpuściłem. Powiedziałem, że 500 zł za pokój to dobra cena i jak nie chcą, to niech sobie kuzynka czegoś innego.

Oczywiście do tej pory się do mnie nie odzywają, chociaż większość rodziny jest po mojej stronie. Kuzynka za to płaci 500 zł, ale za miejsce w dwuosobowym pokoju, a ja sobie na swoim dalej spokojnie zarabiam :)

#WTxNq

Jestem młoda. Dziewczyna przed 20-stką.
Wśród znajomych wygadana, zakręcona i zawsze uśmiechnięta.
Wśród rodziny i najbliższych przyjaciół nieśmiała, małomówna, a przede wszystkim zawsze smutna.

Tak zaczęło wyglądać moje życie, odkąd zaczęłam chodzić w szkole podstawowej do oddziału 4-8. Byłam lubiana, miałam paczkę znajomych. Każdego normalnego dnia wracałam do domu, i każdego normalnego dnia płakałam w moim łóżku. Nie potrafię wyzbyć się uczucia, że nie powinno mnie być na tym świecie, że wszystkie złe rzeczy to moja wina. Mam ochotę po prostu napisać listy do najważniejszych dla mnie osób i znaleźć jakiś szybki i bezbolesny sposób na śmierć. Zaplanować dokładną datę, rozdać pisma i zabić się.

Mam przyjaciela. Nazwijmy go Misiu. Kocham Misia, jak brata. Niestety, on też ma ten problem co ja. Potrafi z samego rana, zaraz po napisaniu "dzień dobry", napisać "chcę się zabić" bądź coś w tym stylu. Kocham go i chcę mu pomóc, ale ciężko mi z tym, bo nie jestem psychologiem, to raz. Dwa, ja sama mam myśli o wykończeniu się, więc jak miałabym GO pocieszać, jeżeli nie potrafię pocieszyć samej siebie? Nie ma nikogo kto mógłby mi pomóc, żadne niebieskie linie, psycholodzy, rodzina.
Bo się boję tej pomocy. Dzwoniłam na telefon zaufania. Co usłyszałam? "Dziecko, idź się uczyć i zarabiać na siebie, a nie takie dziwa wymyślasz". Czy oni tam właśnie po to nie pracują? Żeby pomagać ludziom z problemami?

Sprawa psychologów. Kilkukrotnie byłam w ich gabinecie w podstawówce, na przestrzeni lat zawsze siedziała tam inna osoba. Nikt nie starał się mi z tym pomóc. Ostatnim gwoździem do trumny okazała się moja ostatnia taka wizyta, w 6 klasie podstawówki. Nie pamiętam dokładnie słowa w słowo, ale znaczenie było to samo: "wy, nastolatkowie, wszyscy chcecie się teraz czymś wyróżniać. Przestań wymyślać, wyglądasz mi na zdrową, a na liście mam kilka o wiele cięższych przypadków niż ty, więc wracaj mała na lekcje". Nigdy od tej pory nie byłam u żadnego psychologa.

Rodzice. Ojciec, problemy z alkoholem i złością. Mama, choć kochana, straszna opinia o wszelkich samobójcach i tego typu osobach. Boję się im cokolwiek powiedzieć, bo to by tylko zniszczyło naszą relację. I o ile ta z ojcem mnie nie obchodzi, tak bardzo byłoby mi szkoda straty relacji z mamą.

Nie ma kto mi pomóc, dodatkowo sama muszę pomagać Misiowi, płaczę po nocach... Widać niektórzy na to zasługują. Ci najgorsi z najgorszych.

#zmxL3

Gdy byłem mały (chodziłem wtedy do zerówki) i mama zabrała mnie do kościoła, to nie rozumiałem czemu wszyscy modlą się do Jezusa przybitego do krzyża, a nikt nawet palcem nie ruszy, aby go uwolnić. Mimo że zdawałem sobie sprawę z tego, że mam do czynienia jedynie z figurką, to i tak było to dla mnie przerażające – cierpiący facet wisi przybity do desek, z krwawych ran wystają mu grube, żelazne gwoździe, a ludzie wolą mamrotać coś pod nosem, zamiast mu pomóc... Przecież to okropne. Pamiętam, że długo nie mogłem zasnąć wyobrażając sobie, że podczas gdy ja leżę sobie pod mięciutką pierzynką, gdzieś tam kościele Jezus przeżywa niewyobrażalne cierpienia.
W końcu podjąłem decyzję – skoro nikt nie chce ulżyć Synowi Bożemu w jego bólu, ja to uczynię!

Zacząłem od oderwania Jezusa z krzyżyka, który wisiał w przedpokoju naszego mieszkania. Następnie urwałem Zbawicieli wiszących na wszystkich krzyżach w mieszkaniu babci. Potem zacząłem przeprowadzać akcje u moich znajomych z klasy. Kiedy organizowane były np. urodziny jakiegoś kolegi, ja zawsze musiałem obejść cały dom i zdejmować Syna Bożego ze wszystkich krzyżyków i krucyfiksów. Całkiem sprawnie mi to szło. Urwane Jezuski trzymałem w takim metalowym pudełku po czekoladkach, jednak w pewnym momencie, z racji gabarytów niektórych Chrystusów, musiałem przerzucić się na pudło po butach taty. Raz nawet udało mi się urwać miedzianego Jezusa z takiego małego krzyżyka wiszącego w kościele nad misą ze święconą wodą. Tak bardzo wyrobiłem się w uwalnianiu Zbawicieli, że zawsze nosiłem przy sobie mały śrubokręt, który podwędziłem ojcu. Nieskromnie pochwalę się, że pod koniec pierwszej klasy, dzięki pomocy kolegów, udało mi się przeprowadzić skuteczną, szeroko zakrojoną akcję w szkole – w salach gdzie do niedawna wisiały krzyżyki z Jezusem nad drzwiami, teraz wisiały już same puste krzyżyki...

Nie pamiętam kiedy moja empatia nieco się uspokoiła i zaprzestałem tego głupiego procederu. Musiało to być gdzieś w połowie drugiej klasy podstawówki.


Czemu o tym opowiadam? Cóż, zdecydowałem się na porządki w piwnicy. W zakamarku pod rurami znalazłem ciężki pakunek zawinięty w jakąś szmatę. Odwinąłem go i się wzruszyłem. To pudełko po butach taty wypełnione po czubek małymi, dużymi, brzydkimi i pięknymi, realistycznymi, umięśnionymi, ale i karykaturalnie chudymi Jezusami! Skarb ten musiałem schować tam dobrych 30 lat temu i nikt go nie odnalazł aż do dziś.

Jakbyście mieli w domu krzyżyk i potrzebowali dopasować do niego odpowiedniej wielkości Jezusa, to piszcie do mnie na priv. Ceny hurtowe...

#ti2Ja

Przeczytałam w niezweryfikowanych wyznanie xTh3K. I wiecie co? Szlag mnie trafił, ponieważ wszystko wskazuje na to, że po takim czasie znów się 'spotykam' z moim byłym chłopakiem. Wszystko się zgadza oprócz... No właśnie, był chujem, fakt. Większym niż opisuje.

Co do potencjalnej traumy - tak, jest. Mój aktualny partner musiał sobie długo radzić z moimi lękami. Bałam się przyznać, że na przykład nie mam ochoty na seks!

A teraz jak to wyglądało z mojej strony. On ma problemy z agresją, oczywiście, ale to wina jego rodzinki. Fakt, patola. Nie rzucał rzeczami we mnie. Znów prawda, ale że nie mogłam wyjść z pomieszczenia, w którym miał swój napad szału, za to miał pretensje, że nie domyślam się gdzie on chce iść i zawsze stoję w złym miejscu były. A napady szału były z byle powodu. Bo coś przełożyłam na przykład.

Upokarzał mnie każąc sobie pokazywać zużyte podpaski, żebym udowodniła, że nie zaszłam w ciążę. A właśnie. Ciąża. Raz się pojawiło podejrzenie, że mogę w niej być. Co usłyszałam? Pytanie z kim, bo na pewno nie z nim.

Zawsze gdy mówiłam, że mnie rani itd albo wybuchał śmiechem, albo robił awanturę, że robię z niego dupka. Zawsze kwestionował mój osąd, wiedzę i rozsądek - bo ja nie znam życia.

Gdy nie zgadzałam się z kimś innym, zawsze stawał po stronie innych ludzi, a mnie traktował jak niesworne dziecko, które denerwuje się pierdołami. Dopiero jak byliśmy sami, mówił, że ja miałam rację, ale on chce zachować dobre relacje z innymi.

Na początku oboje chcieliśmy ślubu i dzieci
Potem tylko wyśmiewał mnie, mówił, że tylko idioci decydują się na małżeństwo i potomstwo. Dobrze jest jak jest.

Z mniej złych rzeczy - gdy chciałam się kochać zapraszałam go do łóżka wcześniej, żeby nie być zmęczoną. I co? Figa. On teraz gra czy coś, za to zawsze przychodził koło 2-3 w nocy i mnie budził, bo on skoczył grać, więc teraz możemy uprawiać seks.

Czasem miałam wrażenie, że mnie kontroluje. Niby szedł do pracy, po czym po dwóch, trzech godzinach wracał zrobić mi niespodziankę. Często też wpadał niezapowiedziany w czasie swojej pracy, albo mojej pracy albo mieszkania gdy nie mieszkaliśmy razem.

A rozstanie? Mniej więcej prawda. On się wyszaleje i zastanowi się czy się ze mną ożeni, a ja miałam posłusznie czekać. Powiedziałam pass. Przegiął.

Czemu z nim byłam? Na początku był jak książę z bajki. Potem już nie wierzyłam, że mam inne wyjście. Przecież jestem głupia, nieporadna i sama sobie nie dam rady, a nikt inny nie będzie chciał takiej wariatki. Bo byłam nerwowa, dużo płakałam. I wiecie co? Po rozstaniu okazało się, że jestem bardzo spokojna i zrównoważona. I daje sobie radę. Z perspektywy czasu widzę, że to był klasyczny krąg przemocy - opisana przemoc, potem cudowny kochający partner. Mam nadzieję, że nie skrzywdzi innej kobiety. Dupek.
Dodaj anonimowe wyznanie