Mam wujka Grzegorza, nazywanego przeze mnie Węgorzem. Od małego miałam z nim tzw. kosę i nie mogliśmy wytrzymać ani chwili bez wzajemnego obrażania i bluzg. Zaznaczę tylko, że to on wszystko zaczynał i był inicjatorem wszelkich okazji do wyśmiania mnie przed rodziną. Zemsta nadarzyła się szybko...
Jako pierwsza zajęłam łazienkę na wieczorny prysznic. Już miałam się rozbierać, gdy słyszę walenie do drzwi: „Otwieraj! Słyszysz? Nie wytrzymam!”. Był to Węgorz, który czuł parcie w jelitach. Jako bystre dziecko odbyłam najdłuższy pobyt w łazience, trwający 3 godziny. Do dziś nie wiem, jak byłam w stanie to zrobić, ale po powrocie do pokoju wszystkiego pożałowałam. Panował tam niesamowity smród. Byłam przekonana, że zdechł tam kot i się rozkłada. Pobiegłam do cioci i powiedziałam jej o moich podejrzeniach. Ta spędziła parę minut na poszukiwaniach, po czym znalazła w szafie moją torbę ze znaleziskiem – dużym stolcem. Ciotka nie miała wątpliwości i jak to określiła: „Poznałam od razu, że to stolec wuja! Tyle razy musiałam po nim spuszczać, że ten obraz pozostał mi w pamięci!”.
Skończyło się na tym, że Węgorz musiał mi przez całe wakacje kupować lody i mnie przeprosić. Pod groźbą wywalenia z łóżka przez ciocię zaczął mnie unikać, a wiązało się to z zaprzestaniem obelg. Warto było.
Sklep w galerii handlowej, sobota, dzień jak co dzień. Wchodzi Typowy Janusz (dla zobrazowania – długi, siwy wąs, brązowa kamizelka na ryby, pod nią biała, pognieciona koszula, wytarty jeans, adidasy na rzepy). Janusz robi zakupy, chce płacić, kwota ok. 250 zł.
– Płaci pan kartą czy gotówką? – pytam.
– Kartą.
Więc wbijam elegancko kwotę na terminal, czekam na dopełnienie transakcji, w międzyczasie Janusz ma już swoje zakupy w siateczce, trzyma je na ladzie.
– I wpisuj tam swoją pracowniczą zniżkę, he, he – mówi z zawadiackim uśmiechem, ukazując złoto-żółte zęby.
– Nie – odpowiadam krótko z uśmiechem numer 5, nie chce mi się tłumaczyć, że nawet nie mam zniżki na produkty, które usiłuje kupić, no po prostu widzę, że bez sensu. A poza tym trochę się poczułam niemiło potraktowana, bo nie pamiętam, żebym z panem Januszem przeszła na „ty” podczas jego krótkiej wizyty.
Janusz zrobił się fioletowy.
– To ja nie chcę tego twojego g*wna!! Banda złodziei!
Po czym rzuca we mnie siatką z zakupami, odwraca się gwałtownie na pięcie i wychodzi szybkim krokiem, cały czas mamrocząc pod nosem: „Młode gówniarze, zero szacunku…”.
Co tu się...?
Kupiłem czteropak nożyków do maszynki do golenia. Jeden założyłem. Myślę sobie – będzie na pół roku.
Po pół roku zaglądam do zapasowych, a tam wszystkie używane...
Dzięki, żono i córko.
Moja babcia zmarła, gdy miałam dziesięć lat. Od czasu jej śmierci stałam się bardzo „zimnym” dzieckiem. Rodzice opisywali mnie jako wyrafinowaną dziewczynkę, która nie chciała bawić się z innymi dziećmi. Po pewnym czasie dzieciaki w szkole skończyły nawet próbować się ze mną zaprzyjaźnić. Jednak nikt mnie nie gnębił – po prostu od zawsze byłam sama.
Nie potrafię odczuwać. Nic. Nie pamiętam, żebym od czasu śmierci babci czuła coś innego niż ogarniającą mnie obojętność. Gdy byłam młodsza, nie obchodziły mnie zabawy z innymi, w podstawówce nie szukałam pierwszych miłości. Teraz nie potrafię przejąć się maturą, chociaż próbuję. Naprawdę próbuję, jednak pomimo prób nic z tego nie wychodzi. Gdy miałam czternaście lat, udałam się z tym z własnej woli do pedagoga. Rodzice o niczym nie wiedzieli – ja sama, mając wiedzę z książek, które tak namiętnie czytałam w tamtych czasach, zorientowałam się, że coś jest nie tak. Że w moich książkach żaden bohater nie jest opisany jako bezuczuciowa kukiełka, którą sama jestem. Pani pedagog po wysłuchaniu mnie stwierdziła, że to niemożliwe. Że mam dopiero czternaście lat, a dzieci nie mogą mieć takich problemów. Że pewnie wymyślam niestworzone historie, byleby zwrócić na siebie uwagę. Że powinnam wstydzić się swojej próżności i arogancji. Chciałabym powiedzieć, że te słowa mnie ogromnie zasmuciły lub wzbudziły we mnie gniew. Jednak nie czułam nic.
Teraz żałuję, że nie drążyłam sprawy bardziej. Że nie próbowałam czegoś z tym zrobić.
Może teraz nie patrzyłabym na umierającego na raka ojca... nie czując nic.
W podstawówce na plastyce kazali nam narysować kaczkę. Narysowałam jej cztery nogi. Wydawała mi się jakaś dziwna, nie wiedziałam czemu. Nauczycielka jak to zobaczyła, powiedziała tylko, że zostawi sobie moją pracę na pamiątkę.
A ja nie wiedziałam czemu.
Zapytałam ją, ale nie chciała mi powiedzieć :D
Przeżyłem wypadek motocyklowy, gdy przy 180 koleś zajechał mi drogę. Miałem jedynie złamaną rękę.
Przeżyłem wjazd samochodem w drzewo, przyjaciel, który kierował, zginął.
Poza potłuczeniem nic mi nie było.
Przeżyłem, gdy najebany myśliwy postrzelił mnie z wiatrówki w brzuch.
Potknąłem się na oblodzonym chodniku, złamałem kręgosłup i nie wiadomo, czy będę mógł chodzić.
Ach, ironia losu...
Zawsze jak mam wejść komuś na ledwo umytą podłogę (sklep, szpital, galeria, klatka schodowa – gdziekolwiek) jest mi strasznie głupio. Ktoś się męczy, robiąc swoje, a ja niszczą efekt jego pracy. Niby nic nie mogę zrobić, bo nie da się tego miejsca minąć, ale i tak głupio.
Ostatnio po zobaczeniu mokrej podłogi na klatce zdjęłam buty i poleciałam do domu w skarpetkach. Mina pani sprzątającej – bezcenna.
Odkąd pamiętam, zawsze chciałem mieć długie włosy, nie ma w tym raczej nic dziwnego, każdy chce wyglądać tak, jak mu się podoba. Problemem jest to, że ja nie chcę prezentować się jako facet, tylko jako kobieta. Kiedy byłem mały, niewiele wskazywałoby na to, że mogę być osobą transseksualną. Nie bawiłem się lalkami, nie przebierałem w sukienki i nie podkradałem kosmetyków. Zawsze chciałem mieć pełną rodzinę, kiedy dorosnę, chciałem opiekować się dziećmi i mieć przepiękną żonę, z którą spędzalibyśmy miło czas. Można powiedzieć, że chciałem być bardziej żoną niż mężem.
Jak zacząłem dorastać, coraz bardziej nienawidziłem swojego ciała i tego, jak wyglądam, czułem się w nim obco. Jedynym moim komfortem w tamtym czasie było jedzenie. Moi rodzice są nieobecni w moim życiu, gdyby nie babcia, nikt nie przewinąłby mi nawet pieluchy. Wyrosłem w otoczeniu, w którym czułem, że nie istnieję. Wszystko to skumulowało się w wielki kłębek smutku i braku nadziei, z którego nie ma wyjścia. Żyłem w przeświadczeniu, że Bóg mnie ukarał, nie wiedziałem za co, ale to cierpienie było nie do zniesienia.
Po latach wytworzyły się u mnie natrętne myśli o odebraniu sobie życia, do tego stopnia, że nie byłem w stanie funkcjonować normalnie. Nikt się nie przejmował ani nie pytał o mój stan. Pewnego dnia nie wytrzymałem i poszedłem do psychiatry. Po kilku sesjach sam psychiatra nie wiedział, co jest nie tak, jedynie wykluczył depresję. Dostałem antydepresanty, które pomogły wygłuszyć złe myśli. Zacząłem żyć na poziomie moich rówieśników, ale wciąż nie byłem szczęśliwy. Pech chciał, że kolega zaczął bawić się aplikacją FaceApp, nie przejąłem się tym zbytnio, ale też chciałem pobawić się nią później. Tego dnia, kiedy w domu zrobiłem sobie zdjęcie i użyłem flirtu kobiecego, zacząłem szlochać – cały ten ból zaczął mieć sens i doszło do mnie, dlaczego nienawidziłem siebie i chciałem się zabić. Odkąd pamiętam, byłem zazdrosny o życie moich koleżanek. Odnalazłem siebie w kobiecości. Nie chodzi tu o kosmetyki czy sukienki, ale o komfort umysłowy. Czuję się jak kompletny dziwak i wykolejeniec. Który facet chce mieć kobiecy głos? Który chcę mieć figurę klepsydry? Czuję się wygodniej, kiedy ktoś zwraca się do mnie z rzadka błędnie na per pani. Gdyby nie to, że tranzycja powoduje bezpłodność, a moja bardzo męska anatomia i jak na złość szerokie ramiona sprawiają, że żadna operacja nie pomoże, już dawno byłbym u specjalisty i na terapii hormonalnej.
Nie mam najmniejszych szans, żebym wyglądał choć podobnie do kobiety. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest nie grać i wypłakać się w poduszkę, tym sposobem mam przynajmniej szansę na w miarę normalne życie. Zastanawiam się, ilu jest takich jak ja, dla których najlepszym rozwiązaniem jest życie w tym stanie do śmierci.
Ostatnio moja żona po długim urlopie macierzyńskim wróciła do pracy, więc z wielką radością przejąłem obowiązki kury domowej. Dziś, robiąc obiad, włączyłem młodemu „Gdzie jest Nemo?” na mojej komórce. Film chyba całkiem go pochłonął, bo w domu zapanowała grobowa cisza. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten absolutny brak dźwięków może oznaczać, że gówniak coś przeskrobał (serio – nie ufajcie ciszy!). Rzuciłem więc nie do końca pokrojoną marchewkę i pobiegłem do salonu.
Znalazłem małolata siedzącego przed akwarium, na którego dnie spoczywała moja komórka... Młody uznał, że film spodoba się naszym rybkom i postanowił podzielić się z nimi swoim seansem.
No cóż, na rybkach takie kino nie zrobiło wrażenia. Może dlatego, że telefon pewnie przestał działać jeszcze zanim dotarł do dna...
Będzie krótko.
Większą przyjemność mam, kiedy sama się zaspokajam, oglądając filmy z dziewczynami (mimo że nie jestem lesbijką ani bi), niż gdy robię to z moim chłopakiem
Dodaj anonimowe wyznanie