Mam problem z plastikiem i gumą.
Otóż lubię bardzo je gryźć (tylko ten miękki, np. u zakrętek, wkładów do długopisów). Wygląda to dość dziwnie, bo zazwyczaj mam małe płatki plastiku między zębami, no i zniszczyłam sobie przez to kły i jedynki. Czasem przez przypadek coś połknę, a wtedy przykleja się gdzieś w gardle i jest to bardzo niekomfortowe. Często gryzę długopisy (te pożyczone też), rozgryzam butelki, kable, gumki recepturki, różnego rodzaju uszczelki.
Jest to bardzo odstresowujące i robię to właściwie cały czas. Próbowałam przestać, ale wtedy obgryzam wewnętrzne strony policzka do wielkich, niegojących się ran.
Jestem zwykłym szarym człowiekiem. Może, co ważne w tym wyznaniu, zdecydowanym zwolennikiem kapitalizmu. Jednak... Zawsze w łóżku, gdy już dojdę, w głowie pojawia mi się melodia hymnu ZSRR. I tak sobie śpiewam w myślach i czuję tak mocno podniosłość chwili.
Wspominając swoją historię, cofam się pamięcią do czasów, kiedy miałem 8 lat. Akurat odbywały się mistrzostwa świata w piłkę nożną w 1998 roku i jako zapalony fan piłki nożnej (oraz niesamowity wielbiciel wszelkich chipsów) postanowiłem mamę namówić podczas wizyty w dużym sklepie do kupna całego kartonu chipsów, w których można było trafić na karty z piłkarzami. Mama po wielu moich próbach zgodziła się (choć nie popierała) kupić mi ten karton i wydzielać po jednej małej paczce dziennie. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym już pierwszej nocy, kiedy wszyscy domownicy smacznie spali, nie podkradł się do kartonu i nie pootwierał wszystkich paczek w nadziei na znalezienie jak największej ilości kart.
Więc w środku nocy siedziałem przy kartonie, otwierając nowe paczki chipsów i ciesząc się z kolejnych kart... ale zaraz, zaraz, przecież nie mogę pozwolić, aby chipsy się zmarnowały! Nie pamiętam teraz już dokładnie, ile zjadłem wtedy paczek tych chipsów, ale pamiętam, że starczyło, by poczuć się źle i koniecznie pobiec do toalety w celu wydalenia drogą „górną” chipsów. Akurat tak się składało, że żeby dojść do toalety, musiałem przejść obok łóżka mamy dokładnie od strony, z której miała głowę.
Może się już domyślacie, ale nie dotrwałem do toalety i do tej pory nie wiem jakim cudem zwymiotowałem prosto na głowę rodzicielki...
No tak, łakomstwo jest jednym z grzechów głównych... Nie polecam :D
Bardzo lubię pisać opowiadania o różnej tematyce. Od dziecka tworzyłam epickie historie akcji, romanse, fantastykę, czasem wysnułam jakiś mrożący krew w żyłach ośmiolatki horror. Ostatnio przeglądając dwunastoletnie zeszyty, odkryłam moją pierwszą, poważną powieść.
Jako około ośmioletni dzieciak stworzyłam opowiadanie o małej dziewczynce, która uciekła z domu, bo rodzice traktowali ją jak psa (dosłownie), wsiadła w autobus i pojechała do Anglii. Tam spotkała chłopca w swoim wieku. Okazał się on być superbohaterem, którego mocą była zabawa (robił tak, że ludzie zamiast walczyć, woleli iść na plac zabaw. Dobre, co nie?). Potem główna bohaterka odkryła w sobie moc miłości i razem walczyli ze złem.
To było moje największe dzieło, pokazywałam je każdemu, chwaliłam się jak bestsellerem. Widział je dosłownie każdy, z kim miałam okazję obcować.
Dobra, ale co w tym takiego anonimowego?
Chciałam nadać bohaterom jakieś oryginalne i pasujące imiona. Korzystając ze słownika polsko-angielskiego, utworzyłam dla chłopca imię PlayBoy.
Bo wiecie, Play – bawić się, Boy – chłopiec, bo to chłopiec o mocy zabawy.
A dziewczynka?
Labia. Bo to ładnie brzmi.
Tak... Napisałam opowiadanie o PlayBoyu i Wargach Sromovvych, którzy ratują świat :D
Mam nadzieję, że moi ówcześni czytelnicy nie mieli tak rozwiniętego angielskiego...
Niby jestem normalna, w stałym związku, kończę studia, mam pasje. Tylko że nie lubię i wstydzę się... siebie. I to naprawdę zaczyna rujnować mi życie. Każdego dnia mam moment, w którym przypominam sobie, co powiedziałam, jak się zachowałam, w jaki sposób zareagowałam i za każdym razem czuję ogromną złość wobec samej siebie i przede wszystkim wielki wstyd. Czasami do tego stopnia, że nie przesypiam nocy, wciąż rozmyślając nad tym, jak głupia jestem, że zrobiłam, powiedziałam czy nawet pomyślałam tak, a nie inaczej. Nieraz zdarzyło mi się rozpłakać w miejscu publicznym, bo akurat się zamyśliłam, a w głowie odbywał się lincz nad samą sobą. Często bywa, że wstydzę się jakiegokolwiek kontaktu z osobą, której dane zachowanie dotyczyło, przez co wiele rzeczy, za które się biorę, kończy się fiaskiem. Po prostu tchórzę, chowam się, byleby nie tworzyć sytuacji, w których mogłabym się przed kimś zbłaźnić przez zbyt emocjonalne/chłodne podejście, głupi żart czy cokolwiek.
Wiem, to nic wielkiego, ale siedzi mi w głowie i przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Czy ktoś jeszcze tak ma? Nienawidzi i wstydzi się siebie? Dodam, że kompletnie nie wiem, skąd mi się to wzięło, jestem dorosłą osobą, aktywną, raczej towarzyską. Po prostu pewnego dnia się zaczęło i trwa cały czas.
Mieszkam w Holandii już jakiś czas, dość często zdarza mi się spotykać tu na ulicach Polaków w przeróżnym wydaniu. Rodzinki na spacerkach, turystów, majstrów na budowie, ale zdecydowanie najbardziej kocham grupy drące się po polsku na całą ulicę, a niemówiące w żadnym obcym języku.
Pewnego dnia siedziałam z chłopakiem w restauracji na dworze, gdy znikąd pojawiła się grupka Polaków – dwóch chłopaków w okolicach 20 lat, jeden ok. 50-latek i kobieta w podobnym mu wieku. Usiedli przy stoliku, narobili hałasu, ciągłe przekleństwa, nawet w stronę osób, które już tam jadły i spojrzały, o co tyle wrzasku. Usiedli, przyszła kelnerka, nie potrafili nic zamówić, w końcu dogadali się na migi, że chcą osiem piw. Kelnerka nie zdążyła jeszcze odejść, a jeden z mężczyzn już obgadał jej wygląd i co to on by jej nie zrobił. Kobieta oczywiście nie była niczego świadoma, jednak dla mnie niesmak pozostał. W międzyczasie jeden z 20-latków skręcił jointa i zaczęli szukać zapalniczki. Najstarszy z panów zaczął chodzić od stolika do stolika, pytając po polsku o zapalniczkę, jednak nikt albo nie miał, albo nie zrozumiał lub bał się dać. Podszedł też i do mnie, a musiałam mieć jakieś chwilowe zamroczenie, bo odpowiedziałam mu po polsku, że mam. No i się zaczęło... Panowie zaczęli mnie wypytywać o wszystko, a że nie miałam ochoty na rozmowę, powiedziałam, że jestem zajęta i wróciłam do jedzenia. Zostałam wyzwana od najgorszych i usłyszałam opisy tego, co by mi wszyscy razem zrobili i jak mocno, żebym nie była taka głupia i przestała „dać się j*bać” przez obcokrajowców (mój chłopak jest Holendrem i nie zrozumiał z tej rozmowy ani słowa). Siedząca z nimi kobieta tylko się śmiała. W którymś momencie, gdy już sobie trochę odpuścili, a ja ze łzami w oczach dojadałam obiad, jeden z młodych odebrał telefon i opowiadał ze szczegółami, jak to niedawno wyszedł po 8 latach na wolność i jak c*ujowo jest w Holandii. Po zjedzeniu jak najszybciej wyszliśmy i poszliśmy okrężną drogą do domu.
Czasem brak mi słów na zachowania niektórych ludzi, a muszę przyznać, że mam więcej przykładów z Polakami niestety.
Mój apel? Drodzy Polacy, jeśli za granicą jest Wam aż tak źle, a także nie potraficie się zachować w miejscach publicznych, dostosować do panujących zasad, nauczyć się języka i szanować, że ktoś dał Wam szansę na zarobek – wróćcie do Polski, proszę. Zróbcie taką przysługę swoim rodakom, którzy muszą potem żyć z opinią, którą Wy po sobie zostawiliście. A co do szacunku do kobiet i innych kultur/ religii nie będę się wypowiadać, bo brak mi słów.
Dobre kilka lat temu, czasy gimnazjalne. Pomagałem mamie sprzątać w prywatnej przychodni gabinety lekarskie. Akurat zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. A że to było lato, mama kupiła śliwki. A ja kupiłem jogurt.... W pierwszej kolejności zjadłem więc jej śliwki i popiłem to swoim jogurtem.
Wracam do domu, mieszkam na 10 piętrze. W nocy zachciało mi się po tej mieszance wymiotować. Łazienkę miałem za daleko, nie zdążyłbym dobiec. Dwa kroki od łóżka było okno, więc szybkim susem do okna i wypuściłem całą mieszankę z żołądka.
Z rana puka sąsiad z piętra niżej i pyta, co to za impreza u nas była, że tak cicho było, a okno ma zarzygane... Wstałem i pochodziłem po piętrach niżej z ręcznikiem papierowym i płynem do mycia okien. Było mi wtedy bardzo głupio. Sąsiedzi mieli ze mnie polewkę i nie bardzo wierzyli w śliwki i jogurt.
A uchodziłem za spokojnego chłopaka...
Jedna z niedzielnych mszy świętych. Schody przed wejściem – jeden z popularnych żebraków prosi o pieniądze. Cóż, robi mi się go żal, ale nie mam żadnych drobnych, więc omijam go.
I pewnie bym zapomniała o całej sprawie, gdybym nie wyszła wcześniej z mszy. Ten sam człowiek siedział znudzony na tych samych schodach i przeglądał Facebooka na nowiutkim smartfonie – lepszym i droższym od mojego. No cholera...
Mój wujek panicznie boi się lekarzy. Dosłownie panicznie – zwykłe badanie stetoskopem wiąże się u niego ze stresem, a sama myśl o pójściu do lekarza wprawia go w ogromny niepokój. Rzecz miała miejsce jakieś 30 lat temu, gdy wujek był na studiach. Coś wtedy działo się z jego sercem, więc (naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem) babci udało się umieścić go w szpitalu.
Szpital, więc wiadomo – badania. A że problemy z sercem, to trzeba zrobić EKG (do klatki piersiowej przykleja się kółeczka, maszyna mierzy pracę serca i drukuje dłuuuuuuuuugą kartkę z wynikiem). Badanie jest w 100% bezbolesne, a pacjent powinien być podczas niego spokojny. No właśnie... Za każdym razem, gdy wujek szedł z sali chorych na EKG, to dostawał ataku paniki i stawał się niespokojny, więc nie można było wykonać badania. Wielokrotnie szedł do gabinetu, ale za każdym razem zdążył po drodze tak spanikować, że nie było sensu robić pomiaru. W akcie desperacji lekarze próbowali tłumaczyć mu jak dziecku wszystko po kolei, robili EKG „na sucho”, żeby się oswoił z tą sytuacją, a nawet zabrali go na badanie innego pacjenta, aby mógł spokojnie zobaczyć, jak to się odbywa. Generalnie cyrk na kółkach. Koniec końców, po kilku dniach jakoś to EKG zrobili. Nie wiem jak, ale szacun dla nich.
Krótko po udanym badaniu wujek został wypisany do domu i za tydzień miał umówioną wizytę u kardiologa, który miał obejrzeć wynik. Z tego powodu wujek schował bezpiecznie swój drogocenny i okupiony wagonem stresu wydruk w szafie, po czym zaczął się psychicznie przygotowywać do spotkania z lekarzem.
Oto jest – dzień wizyty. Wujek wyjmuje wynik EKG z szafy, patrzy, a tam... Olaboga! Pusta kartka, wydruk zniknął! Co zaszło?! Matko Bosko, gdzie wynik?! Po krótkim dochodzeniu wyszło, co następuje: Babcia stwierdziła, że wydruk się pogiął i wstyd iść z czymś takim do lekarza, więc co zrobiła? WYPRASOWAŁA GO. Pod wpływem ciepła z żelazka tusz „ulotnił się” z kartki, zostawiając jedynie fabrycznie naniesioną kratkę.
Rozpaczy wujka ani skruchy babci opisywać nie będę.
Ach, a gdyby kogoś to interesowało, to panikę przed lekarzami wujek odziedziczył po dziadku. W rodzinie lubiana jest historia, jak to babcia zaciągnęła dziadka do szpitala, ale ten uciekł do przyszpitalnego parku i schował się za drzewem, gdy babcia wyskoczyła do domu po piżamę dla niego. Ot, takie tam rodzinne perypetie. ;)
Moja historia rozpoczęła się, jak zacząłem studia. Poznałem na nich kolegę. Z początku dość dobrze się dogadywaliśmy, jeździliśmy nawet na wycieczki do miast w pobliżu, imprezy itp. Kiedy byłem w wakacje ze swoimi znajomymi w jego mieście, przyjechał do nas.
Na drugim roku studiów kolega poprosił mnie o pożyczkę w wysokości 2500 zł. Słuchając jego historii, że pochodzi z biednej rodziny, nie ma za co żyć, bez wahania wręczyłem mu pieniądze. Po jakimś czasie kolejne i kolejne... Obiecał wszystko oddać, a że to kolega, którego przecież dobrze znałem, nie przeszłoby mi przez myśl, że może się zacząć aż tak podle zachowywać.
Był mi winien już łącznie 10 500 zł, gdy przestał się do mnie odzywać. Miałem wrażenie, że denerwowało go, kiedy do niego dzwoniłem, olewał mnie. W końcu powiedział, że możemy kupić samochód, na którym pracowalibyśmy na taksówce, podpisalibyśmy umowę na 10 500 zł, w końcu lepiej niż chodzić po sądach. Zgodziłem się i kupiliśmy samochód, wydałem kolejne 6000, wtedy jemu nie chciało się nawet pójść do urzędu, żeby go przerejestrować. Znowu mnie oszukał. Zażądałem, żeby spłacił mnie z auta. Zgodził się.
Czekałem na pierwszą ratę dwa miesiące, przelewu nie otrzymałem, a kolega traktuje mnie jak przedmiot, poniża, blokuje w kontaktach, nie odpisuje. Dowiedziałem się, że spędził sylwestra w lokalu za granicą wraz ze znajomymi (oczywiście za moje pieniądze).
W Polsce mamy powiedzenie, że dobro wraca. Gdzie? Największemu wrogowi nie życzę piekła, które zgotował mi ten człowiek.
Dodaj anonimowe wyznanie