#1ov3y
W skrócie to zazdrość mi dupę ściska.
Mieszkamy sobie z rodzicami w maleńkiej dziurze w bloku. Szczerze to rozmiarem przypomina kawalerkę na chama podzieloną na 3 pokoje.
Mój pokój jest taki, że nie mogę swobodnie po nim przejść - wchodząc do niego automatycznie stoję w centrum, z którego mogę wejść do łóżka, usiąść przy biurku, otworzyć szafkę. Nie mam szafy, kącika z lustrem ani nic, bo się nie zmieściło.
Reszta mieszkania oczywiście równie maleńka, np. w kuchni nie da się swobodnie gotować.
Od zawsze mi to przeszkadzało, bo brak miejsca = brak możliwości zrobienia ogromu rzeczy. Nawet znajomych nie mogę zaprosić (więcej niż 1 dodatkowa osoba się nie zmieści).
Rodzice 14 lat temu szukali po prostu ucieczki z jeszcze gorszej wsi, wzięli kredyt we frankach, kupili pierwsze lepsze mieszkanie i oto wynik. Utrzymuje nas tylko ojciec (a zarabia bardzo mało), nie ma mowy o znalezieniu czegoś innego - obecnie to łazienka się nam zawala na głowę przez liczne zalania, od ścian odpada farba, kuchenka, lodówka itp. mają po 30 lat.. I nie ma możliwości uzbierać nawet na remont chociaż jednej rzeczy (co jest kolejnym powodem, przez który nie zapraszam do siebie nikogo).
A zazdrość?
Wcześniej nie była tak wyraźna - ale poszłam do liceum. Tutaj od razu polubiłam się z grupką osób, bardzo szybko staliśmy się paczką. Jednak wszyscy, dosłownie wszyscy z niej są bogaci. 9 osób - każda mieszka w ogromnym domu. Wszyscy mają ogrody, nawet baseny. Ich pokoje w tych domach są większe od całego mojego mieszkania.
I za każdym razem jak do nich przychodzę, to aż mi niedobrze. Niedobrze z tej wygody, o której ja marzę od tylu lat. Wszyscy jeżdżą na zagraniczne wczasy, wszyscy posiadają rzeczy, które mi się mogą tylko śnić.
Z tego wszystkiego często mam ciche myśli, których osobiście nie znoszę - a żeby się komuś spalił ten dom, żeby nagle zbankrutowali..
Nawet jeżeli to moi najbliżsi przyjaciele - nie umiem się powstrzymać przed snuciem takich scenariuszy.
A z drugiej strony nagle nie zacznę się na siłę zadawać z kimś innym, byleby był biedny.
Pozostaje mi chyba mieć nadzieję na udane dorosłe życie. Może za 10 lat, może za 20...
Pozostaje ci zapracować na udane życie, a nie mieć nadzieje. Masz własny pokój, więc nie jest tak źle. Po maturze możesz się wyprowadzić i sama na siebie zarobić, ciekawe czy będzie cie stać na dom z basenem. Życie nie jest takie proste jak ci się wydaje. Nie wystarczy chcieć. I serio metraż mieszkania nie świadczy o szczęściu.
Nie kumam autorki. Ja sam 19 lat życie przemieszkałem w kawalerce 24 czy tam 28 metrów kwadratowych z dwójką rodziców. Wiele przestrzeni nie było, własnego pokoju nie miałem, czasem brakowało komfortu gdy mnie ktoś odwiedzał ale bez przesady. Ani nikomu kto miał więcej niczego złego nie życzyłem ani jakoś z tego powodu nie cierpiałem. Mógłbym powiedzieć, że autorka nie miała tak źle bo jednak wydzielony własny "pokój" chociaż miała.
Na udane dorosłe życie się nie ma nadziei, na nie się pracuje. Jeśli nie masz szczęścia pochodzić z bogatej rodziny, to musisz zacząć pracować wcześniej i pracować ciężej, ale takie jest życie i nic na to nie poradzisz. Zazdrość i użalanie się na pewno tu nie pomogą.
Sama pochodzę z biednej rodziny i też zawsze byłam najbiedniejsza w kręgu znajomych, dlatego np. pracowałam od 15 roku życia i dlatego wyjechałam za granicę. Teraż żyje mi się na tyle dobrze, że stać mnie na wszystko i mogę przy okazji pomagać finansowo rodzicom.
Zmień nastawienie.
Moi rodzice zapewnili mi wszystko czego potrzebowałam. Miałam co jeść i gdzie spać. To, że musiałam dzielić pokój z bratem, że było ciasno, to nie było żadnym problemem dla mnie, panowała u nas zawsze rodzinna atmosfera.
Rzeczy, na które sobie musiałam zapracować, bo rodziców nie było stać, to na przykład telefon, wymarzone buty, czy gitara.
Moi rodzice i tak niechętnie przyjmują ode mnie kasę, ale ja jestem im wdzięczna za wszystko co mi dali, nawet jeśli dla większości dzieciaków to tyle co nic.
Jak ja uwielbiam takie podejście "musisz pracować więcej, ciężej itp" właśnie ze nie musisz. Bogatym stajesz się nie przez pracę 16h na dobę na magazynie bo nigdy niczego sie nie dorobisz... Pracuje się mądrze a nie ciężko
Ciężko niekoniecznie oznacza pracę fizyczną, niekoniecznie też chodzi o samą pracę, ale też o naukę choćby (jeśli ktoś chce zostać lekarzem, to nie powiesz mi chyba, że nie musi na to ciężko pracować?). To był skrót myślowy, oczywiście, że nie miałam na myśli, że by coś osiągnąć, musisz zapieprzać na magazynie.
Zgodzę się tylko częściowo bo nawet nauka i wiedzą nie gwarantuje sukcesu tak samo jak IQ na poziomie kamienia nie wyklucza osiągnięcia sukcesu. Jest wiele dróg i na pewno nie ma uniwersalnej rady. Można osiągnąć dobre wyniki bez włożone pracy a można włożyć mnóstwo czasu by wyniki były tragiczne
@Xanx dobrze prawi.
Panuje przekonanie, że na pieniądze trzeba zapracować. Tak naprawdę sukces finansowy to efekt nauki, pracy, kreatywności, wytrwałości i... Zwyczajnego szczęścia. Trzeba pracować mądrze, ale też wydawać mądrze. Bogaci ludzie są bogaci, bo nie wydają więcej, niż mają. Żyjemy w kraju, w którym uwielbia się kredyty. Na wszystko bierze się kredyt. Byle mieć. Przy czym prawie nikt nie prowadzi budżetu domowego ;)
Podsumowując: wydajemy pieniądze, których nie mamy, na rzeczy, których nie potrzebujemy, żeby zaimponować ludziom, których nawet nie lubimy ;)
A jednak wciąż mówimy o pracowaniu, robieniu czegoś. Nie znam nikogo, kto siedziałby na dupie całe życie i coś osiągnął (oczywiście nie liczę bogato urodzonych). O to mi właśnie chodzi, że sama nadzieja na udane dorosłe życie nic nikomu nie przyniesie.
@ aceofspades -jakbym czytała opis mojego życia. Dokładnie tak samo. Tylko pracować zaczęłam szybciej.
Uwielbiam wymówki "bo pochodzę z biednej rodziny" "w mojej miejscowości nie ma pracy".
Żyjemy w XXI wieku. Jakim trzebaby być debilem, żeby zdychać tam gdzie się rodzisz w chłodzie i głodzie, bo po co poszukać pracy gdzieś indziej...
Już przeczytałam, że autorka nie zamierza dokładać się do domowych remontów, bo za swoje pieniądze woli organizować przyszłość, co jest zrozumiałe. Ale może podpowiedzieć na przykład wymianę lodówki i pralki. Wiem, że takie sprzęty są niezniszczalne, ale ciągną prąd jak smoki. Czasami na olx naprawdę są świetne okazje i nawet bez chorej córki można wyhaczyć sprzęt w niskiej cenie, gdy na przykład ktoś zmienia wystrój kuchni.
Akurat wymiana lodówki co 3 lata a wydatki na prąd starego sprzętu i tak będą wyższe więc akurat głupie rozumowanie. Zreszta te różnice wcale nie są takie duże w zużyciu prądu
@Xanx oj, stare lodówki ciągną prąd jak smoki. Mówimy tu o 30 latach, nie trzech ;)
A ja to od dziecka marzę o własnym pokoju i nie mam
Bo wysłanie matki do roboty byłoby zbyt proste...
Ojciec ma jedną robotę całe życie i nie zmieni za nic, a matka zajmuje się domem i dzieckiem.
Nie znasz reszty krajobrazu. W małych mieścinach z pracą bywa ciężko, nie ma co oceniać
@RozpierdalaczTrocin dzieckiem które jest już w liceum...? Co niby robi, tyłek jej podciera?? Proszę Cię.
Bo na pewno nastoletnia córka wyśle matkę do roboty i ta jej jeszcze ochoczo posłucha i zacznie szukać pracy. Albo wolą całe życie odmawiać sobie i córce wszystkiego i żyć w takich warunkach, albo matka nie może podjąć żadnej pracy, co tylko nie było powiedziane w wyznaniu. Różnie może być. Niemniej jednak przykre, że dziewczyna musi tak żyć
Alamaku ma sporo racji. Sama pochodzę z małej miejscowości, pracy tutaj nie ma. Kilka sklepów na krzyż, w każdym sklepie tylko jedna osoba na zmianie, bo więcej nie potrzeba. Nie ma tu tylu ludzi, aby na zmianie postawić więcej, niż jedną osobę, więc żaden właściciel pracowników nie przyjmuje. Knajpy otwarte tylko w sezonie, bo poza sezonem nikt nie przychodzi, nie ma po co. Tylko jedna restauracja otwarta, niemal cały czas pusta, jedynie w weekend przewinie się kilkoro ludzi na jakieś piwo, więc na restauracji stoją dwie osoby, na kuchni też dwie, bo nie ma potrzeby większego personelu. Dookoła same takie miasteczka, działają tak samo. Do najbliższego miasta, gdzie jest więcej miejsc pracy- sto kilometrów. Wyjechałam stamtąd, bo znaleźć tam pracę graniczy z cudem. Któryś pracownik musiałby chyba umrzeć lub przejść na emeryturę, by ktoś się zatrudnił na jego miejsce. Praca jest tylko w sezonie, góra trzy miesiące. Jeśli ktoś w takim miasteczku nie mieszkał, to łatwo mówić, że praca zawsze się znajdzie, jeśli się chce. Co z tego, że ja chcę, skoro pracodawcy nie chcą, bo im się to nie opłaca? Niemal wszyscy młodzi wyjechali do większych miast.
@StaryTapczan nie znam miejscowości, z której do większego miasta byłoby sto kilometrów. Pochodzę z Bieszczad, czyli z końca świata, i nawet stamtąd do większego miasta jest bliżej niż sto kilometrów. Czuję na odległość szukanie wymówek, żeby rozgrzeszyć się z kiepskiej sytuacji.
Jest mnóstwo firm, które zatrudniają zdalnie ludzi do copywritingu. Chodzi o pisanie krótkich testów reklamowych na masę różnych tematów. Fakt, umowa smieciowa, ale płacą. Wystarczy internet, czas i trochę chęci. Sama na tym dorabiałam w czasie studiów i to zawsze trochę grosza.
Jeśli tak daleko jest do miasta, to i nauczycieli/korepetytorów jest mniej. Bez żadnego właściwie wkładu finansowego można udzielać korepetycji, zakładając, że wiedzę co najmniej do poziomu szkoly średniej ma się na przyzwoitym poziomie. To też kokosów nie da, ale pisząc teksty do południa, a po południu i wieczorami dając korki, trochę się już uzbiera, a lepiej mało niż wcale.
Wszystko to kwestia chęci, zaradnosci i desperacji. Sama wyszłam z biedy na wsi do życia w ładnej okolicy, skończonych studiów, przyzwoitej pracy na pełny etat i na tyle dużej swobody finansowej, że nie muszę już przy zakupach liczyć każdego grosza. Da się.
Tak, w dobie internetu płakać że nie ma pracy w odleglisci 100km od domu.... Można zarabiać nie wychodząc z domu (nie żadne ankiety) ale jak komuś się nie chce to każdy powód jest dobry
Handel? Różne zlecenia ( tu już zależy czy coś umiesz robić) wiec to nie takie oczywiste, jest wiele możliwości tylko wystarczy pomyśleć :) ja gotowych rozwiązań Ci nie podam ale na handlu tylko i wyłącznie online (nawet możesz umowę z pocztą pidpisac że będą po paczki przyjeżdżać) możesz zarobić tak na prawdę nieograniczony budżet. Od 0 do spokojnie 500zl dziennie.
Słucham? Po pierwsze jakie doświadczenie w handlu? Potrzebujesz kursów żeby ocenić czy jeśli kupisz produkt X za 5 zł i sprzedasz go za 7zl to zyskasz? Umowę podpisuje się z danym operatorem przesyłek jak DHL czy poczta polska jeśli masz dzialanosci to nie ma praktycznie żadnych wymogów ( z gatunku tych nie do spełnienia) a jeśli nawet nie chcesz żadnych umów podpisywać to idziesz na pocztę ( na pewno jest gdzieś w okolicy bliższej lub dalszej) i najzwyczajniej paczkę wysyłasz. To go zamawiasz automatycznie jest dostarczane do domu. Gdzie tu problem by spróbować swoich sił?
@Nimm no przecież napisałam, jak xD copywriting, teksty reklamowe. Potrzebujesz internetu i czasu, nawet jak się nie ma komputera, to od biedy i na telefonie można, niewygodnie, ale jest to wykonalne.
Mama dlaczego nie pracuje? Ty jesteś już, jak mniemam w połowie liceum - dlaczego nie złapiesz jakiejś dorywczej pracy/weekendowej? No chyba, że wolisz po cichu "przyjaciołom" życzyć spalenia domu, niż iść i próbować wybić się z tej bidy.
Tak czy inaczej autorka nie będzie w stanie zarobić tyle by poprawić ich warunki mieszkaniowe. Aczkolwiek jak najbardziej zgodzę się z tym, że łapiąc się dorywczych prac może odłożyć parę groszy, choćby na wynajem jakiegoś pokoju, po osiągnięciu pełnoletniości
A skąd od razu stwierdzenie że nie pracuję? W domu dorabiam na rysunkach (wychodzi miej więcej tyle samo ile oferowali za weekend w kawiarni), na wakacje wyjeżdżam do pracy na 2 miesiące.
Ale niby czemu z moich pieniędzy mam wykładać na remont domu? Wolę odkładać je na studia lub czasami kupić nowy ciuch. Stan mieszkania to wina rodziców i nie sądzę, że mam obowiązek dokładać się do tego, żeby sufit nie sypał się na moją własną głowę.
Nearve, i o to mi chodzi. Nie mówię, że masz remontować rodzicom dom - bo to oni powinni o to zadbać. Chodzi mi o zarobienie na swoją przyszłość, byś kiedyś mogła żyć jak Twoi znajomi :)
@Nearve a ja mam dość mieszane uczucia, co do tego, że nie masz obowiązku dokładać się do remontu. Razi Cię stan mieszkania, więc Tobie na tym zależy. Skoro Tobie na tym zależy, to coś z tym zrób. Mając 16 lat zarobilam sobie na nowe tapety, panele i meble do pokoju, bo mnie irytował jego stan. Co więcej - nauczyłam się gipsować, kłaść podłogi, malować i tapetowac, żeby sobie samej poradzić. A to nie był okres internetu - żeby czegoś się nauczyć lazilam na pobliską budowę i wypytywałam robotników ;)
W zeszłym roku za 300zl wyremontowam kuchnię. Remont jednego "zwyklego" pokoju to średnio 200zł. Jedynie kafelki to grubsza impreza, jednak zawsze można trzasnąć je tylko na podlodze. Ale odpadający sufit to kwestia jednego weekendu i jakichś 200zł.
Łatwo jest oczekiwać nagłej, magicznej zmiany, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce.
A nie prościej życzyć im jak najlepiej? Skąd wiesz czy za 10 lat, któreś nie wspomoże Cię w formie dania Ci pracy jeśli będziesz miała odpowiednie kwalifikacje.
Swoją drogą, zgodzę się też ze stwierdzeniem, że na lepszą przyszłość trzeba sobie zapracować.
Zawsze mam problem żeby zrozumieć takie osoby jak Ty. Nie dlatego że byłam zawsze bogata - wręcz przeciwnie większość dzieciństwa usłane było kredytami i brakiem pieniędzy. Jednak jako dziecko czy też nastolatka nie ubolewałam nad tym. Nie zastanawialam się nad tym zbyt mocno bo niczego mi nie brakowało. Miałam gdzie spać, miałam co jeść, chodziłam w czystych ubraniach, miałam przede wszystkim kochająca rodzinę i rodziców którzy bardzo się starali. Nie mogłam mieć wielu rzeczy ale nigdy nie rozpaczałam nad tym, taka była kolej rzeczy. Miałam znajomych z bogatych rodzin i fajnie, ale ja swojej rodziny nie zmieniła bym na żadne skarby i żadne pieniądze. Własny pokój to byłby luksus ;) Natomiast skupiając się na braku i zazdrości właśnie to będziesz w życiu miała. Ja nigdy nie stawiałam pieniędzy nad innymi wartościami, nigdy nie myślałam o tym jak dużo chciałabym zarabiać, po prostu doszłam do momentu życia w którym uznałam że z dobrą wypłata żyje się lepiej. Wtedy własnymi siłami stopień po stopniu zaczęłam zdobywać umiejętności, doświadczenie, kwalifikacje a co za tym idzie coraz lepsze stanowiska i pieniądze. Nie nadzieją na lepsze jutro a własną ciężka pracą, aż doszłam do momentu że nie muszę ciężko pracować. Jednak zawsze ale to zawsze to moja rodzina będzie dla mnie na pierwszym miejscu. Mam tu na myśli rodziców, rodzeństwo oczywiście męża ale i moje zwierzęta. Jeśli musiałabym oddać wszystko co mam za zdrowie lub życie jednego z nich nie zastanawiała bym się nad tym nawet przez sekundę. A Ty?
Bardzo Cię rozumiem. Całe życie w trzy osoby w malutkim mieszkaniu dwupokojowym w wielkiej płycie. I nagle dobre szkoły, gdzie okazało się, że wszyscy są niesamowicie bogaci. Pamiętam, jak byłam na imprezie u znajomej (Ani) mającej dom 200m2 i trzy razy większą działkę. Jakiś czas później chciałam zaprosić do siebie parę osób, które tam spotkałam i usłyszałam pytanie "A ty jaki masz dom? Taki jak Ania, czy większy?"
Kiedy dotarłam do końcówki Twojego wyznania, przypomniała mi się "Modlitwa Polaka" z "Dnia Świra".
Tak czy inaczej, Rodziców się nie wybiera, co najwyżej można im pomóc wyjść na prostą, albo jak najszybciej się usamodzielnić i zacząć pracować na własne, lepsze życie.