#lrItj

Nie mieszkam w Polsce. Po tym, jak pracownicy socjalni oraz nawet psycholog z urzędu pracy stwierdzili, że nie nadaję się, aby teraz wrócić do pracy, w końcu się zgodziłem i poszedłem na chorobowe. Przez poprzednie 15 lat życia pracowałem zawsze nieprzerwanie z podejściem, że jeśli nie pójdę z grypą do pracy, to pracodawca mnie z pewnością wywali. A teraz od pewnego czasu specjaliści spędzają dużą część czasu, aby mi wytłumaczyć, że chęć, aby umrzeć, nie jest normalna i że skoro choruję na depresję, to mam pełne prawo do odpoczynku, tak jak osoba, która złamała nogę. Niestety, gdy szczerze powiedziałem niektórym przyjaciołom o sytuacji, reakcją było „skoro ja muszę zarabiać na swoje dziecko, nie mogąc brać wolnego, to ty też powinieneś pracować i nie zasługujesz na chorobowe”.

Pewnie wiele osób może nie zrozumieć, że naprawdę ciężko jest pracować nad swoimi problemami z psychiką, gdy zewsząd słyszę, że na nic dobrego, co mnie spotyka, nie zasługuję. Mam również porównanie, że gdybym od dzieciństwa mieszkał tu gdzie obecnie, prawdopodobnie połowa mojego dzieciństwa byłaby łatwiejsza, gdyż możliwe, że wcześniej zdiagnozowano by moją niepełnosprawność i wiedziano by, jak z nią postępować. Pewien pracownik socjalny kiedyś powiedział, że skoro mam też dysgrafię, to pewnie wiem, jak to jest: „Wszystkie ułatwienia, jeśli zdecydujesz się na dalszą naukę, komputer do twojej dyspozycji, przystosowanie pomieszczenia do twoich wymagań, takie zwykłe rzeczy, jak wszędzie”, na co ja zostałem tylko ze słowami na ustach: „To tutaj nie kazaliby mi po 50 razy przepisywać zeszytów, wyklinając, że jestem leniem i do niczego się nie nadaję?”.

Mimo że wiem, że zawsze starałem się być najlepszym możliwym człowiekiem, wciąż najbardziej bolą komentarze od osób, które choćby wcale nie znały mnie ani mojej sytuacji, czują się na tyle kompetentne, aby mnie ocenić, że jestem gównianym człowiekiem czy przyjacielem, np. jak ostatnio kolega stwierdził, że nie jestem dobrym przyjacielem, bo mu nie dałem nagich zdjęć mojej przyjaciółki (wtf?).

#XypzV

Pewnego deszczowego dnia siedziałam sobie na ławce przed galerią. Zatrzymał się obok mnie pan ok. 30 lat na rowerze i zapytał: „Masz ognia?”.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to do pani, która siedzi obok mnie. Lecz nie, pan był skierowany w moją stronę. Odpowiedziałam szybko, że nie mam. Nie byłoby to dziwne pytanie, tylko że wtedy miałam 14 lat.
Zaraz po tym, jak ten pan odjechał, spojrzałam w stronę przejścia dla pieszych, które było naprzeciwko. A tam pan menel wyciąga swoje przyrodzenie i zaczął sikać – przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy stali obok galerii. Miałam wrażenie, że tylko ja to zauważyłam. Pomyślałam „co za popier... miasto” i poszłam do domu.

#wFFhl

Byłam tak zestresowana moim ślubem, że czułam, jak moje nogi wręcz odmawiają posłuszeństwa. Idąc do ołtarza, gdy oczy wszystkich były zwrócone na mnie i na mojego przyszłego męża, jakimś cudem potknęłam się o cholerny chodnik. Mój ukochany, zamiast mi pomóc, stał obok i cały aż trząsł się ze śmiechu.
Cała czerwona i już może nie zestresowana, a potwornie zawstydzona, powiedziałam sakramentalne: „Tak”.

Od 6 lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, a powtórkę mojego wyczynu mogę zawsze zobaczyć na ślubnym video.

#UOet3

W szkole podstawowej miałam nauczyciela, który miał nazwisko w stylu „Pankracy”, jednak przez wszystkie 6 lat myślałam, że tak naprawdę jego nazwisko to samo „Kracy”, więc zawsze mówiłam do niego „panie Kracy”. Dowiedziałam się o tym, że ma inne nazwisko, dopiero na zakończeniu szkoły. Wolę nie wiedzieć, jak bardzo był mną zirytowany.

#6CEJ5

Od kilku lat zajmuję się udzielaniem korepetycji z dwóch języków. Na początku podczas studiów były to lekcje „na lewo”, po uzyskaniu dyplomu zarejestrowałam działalność.

Chyba niczego bardziej nie żałuję. 
Jak sami pewnie wiecie, obecnie dzieci są, delikatnie mówiąc, rozpuszczone. Nagminnie zdarzało się odwoływanie zajęć na 5 min przed lekcją, kiedy rodzice wiedzieli, że stoję przed ich drzwiami. Nagminnym było również odwoływanie lekcji, bo „syn umówił się z kolegami, nie będzie go dzisiaj”, a na następny dzień od rana bombardowanie SMS-ami, czy dzisiaj może przyjść, bo on ma jednak sprawdzian. Oczywiście rozumiem sytuację, kiedy dziecko wraca ze szkoły i źle się czuje, wtedy nie ma problemu. Uwierzcie, że 99,9% kłamstw rodziców szybko wychodziło, bo przy najbliższej możliwej okazji dzieciaki i tak się wygadały.
Po konsultacji z innymi nauczycielami wprowadziłam aneksy do umowy – lekcję można było odwołać najpóźniej na 24 godziny przed naszym spotkaniem. Inaczej trzeba było zapłacić jak za normalną lekcję. I nagle dało się normalnie poprosić o przełożenie zajęć na inny dzień albo zamienić się z kimś terminem.

Kolejną kwestią jest wychowanie dzieciaków. Niektóre z nich bez krępacji potrafiły sobie przy mnie pierdnąć, dłubać w nosie i zjadać wygrzebane skarby. Wypytywać, ile zarabiam, ilu mam uczniów. Jeden był na tyle bezczelny, że potrafił sobie wyciągać z szafki ciastka, jak go na chwilkę zostawiłam samego w kuchni. Niektóre mówiły, że rodzicom nie podoba się to, że mieszkam z partnerem bez ślubu, choć nigdy nie poruszałam prywatnych kwestii na lekcjach.

Finanse to była chyba najgorsza kwestia mojej działalności. Rodzice wysyłali dzieciaki na lekcje bez pieniędzy, a mieli donieść na następny raz. Oczywiście potem był problem, bo oni na pewno zapłacili za lekcję i coś musiało mi się pomylić.

Zwieńczeniem mojej działalności była ostatnia sytuacja. Dziecko nie przyszło na umówioną godzinę bez jakiegokolwiek powiadomienia mnie o tym. Rodzice oczywiście zapadli się na ten moment pod ziemię i telefonu nie odbierali. Wysłałam zatem SMS-a z numerem konta i poprosiłam o przelanie pieniędzy, ponieważ lekcja się nie odbyła. Na następny dzień miałam kontrolę z US. Gwóźdź do trumny został przybity, więc postanowiłam – ciągnę to do czerwca, a potem uciekam gdzieś do firmy.
Szkoda mi tylko tych fajnych dzieciaczków, które są ze mną od samego początku. Moja cierpliwość się wyczerpała i dziękuję Bogu, że nie zdecydowałam się na pracę w szkole. Po roku skończyłabym w psychiatryku.

#GloVY

Kiedyś w dzieciństwie ojciec wkurzył się o coś i założył nam hasło na komputer. Żeby móc korzystać z kompa, trzeba było go zawołać i mieliśmy po godzinie grania. To oczywiście było za mało dla dzieciaka, wpadłem więc na diabelski plan. 
Całą klawiaturę nieznacznie utłuściłem, po czym zawołałem ojca, żeby wpisał hasło.
Po chwili słyszę: „Kurna, coś ty tu żarł?? Myj te ręce, zanim siądziesz do komputera. Cała klawiatura się lepi!!”.
Oczywiście nie miałem pojęcia, od czego klawiatura jest tłusta. ;) Ale jak tylko ojciec poszedł, sprawdziłem dokładnie pod latarką każdy klawisz, żeby wiedzieć, których użył do hasła. Chyba nieopatrznie przejechał ręką po całej, bo nic nie rozszyfrowałem, choć kombinowałem chyba godzinę, jako że niektóre klawisze lekko się wyróżniały...

Po prostu geniusz zła :>.

#wV3uk

Jestem 22-letnią kobietą, studiuję dość wymagający kierunek i na pierwszy rzut oka wszystko jest ze mną w porządku. Problem w tym, że widzę i czuję trochę więcej niż inni. Nigdy nie próbowałam zagłębiać się w te sprawy, opiszę więc, jak wygląda to z mojej perspektywy. 

Wiedzieliście, że każdy człowiek posiada swego rodzaju energię? Nie potrafię określić tego dokładnie. Energia każdego człowieka jest inna, u jednych silniejsza, u innych słabsza. Potrafię rozpoznać człowieka po jego energii, nie widząc go ani nie słysząc. Energię bliskich mi osób czuję tak dokładnie, że rozpoznaję gwałtowne zmiany ich emocji nawet wtedy, gdy są wiele kilometrów ode mnie. To towarzyszy mi, odkąd pamiętam.

Wiedzieliście, że tę energię czasami widać? Najczęściej jest to ruch, delikatna, ledwie odczuwalna zmiana powietrza. Czasami przybiera barwy, pomarańczowy lub ciemnoszary blask, cień – nie wiem dokładnie, jak to określić. Nie ma kształtu. Ta energia nie należy do nikogo. Nie wiem, czym jest, podświadomie nie potrafię dopasować jej do żadnej osoby. Ludzka, niewidzialna energia jest ciepła, przyjemna. Ta jest zimna. Na pewno jest to jakaś obecność, ale czyja? Wokół mnie krążą dwie zimne obecności, choć spotkałam ich o wiele więcej. Nie zrozumcie mnie źle – nie jest to zła energia, po prostu jest chłodna.

Nigdy nie mówiłam nikomu o tym, co widzę i czuję, bo prawdopodobnie ludzie uznaliby mnie za wariatkę.

#AA5Hr

Parę lat temu chodziłam z pewnym chłopakiem. Umiał mnie rozśmieszyć i również dobrze porozmawiać. Niestety drążył jeden i ten sam temat, który był zawsze tematem żartów. Raz powiedziałam, żeby tak nie mówił, drugi, trzeci itd. W końcu po jakimś czasie stwierdziłam, że nie ma to sensu i rozstałam się z nim.

Wracamy do okresu sprzed ok. 7 miesięcy. Zainstalowałam apkę, którą usunęłam jakiś czas temu. Zobaczyłam, iż mój „były” wysłał mi jakieś zdjęcia.
Pierwsze – z nową dziewczyną, serduszka. Super fajnie.
Drugie – oboje pokazują fucka i podpis „Je*ać lamusów”. Okeeeej?
Trzecie – zdjęcie w łóżku, chyba po seksie, bo nie mieli ubrań. 

Tak szczerze, to kiedyś może i bym się tym przejęła, ale teraz zastanawia mnie jedno: co on właściwie chce osiągnąć? Pokazać mi, że znalazł kobietę? Mam zobaczyć, co straciłam? No błagam, ludzie...

#mgQlT

Mam problem z ludźmi przejeżdżającymi przez las. Ciągle ktoś się zatrzymuje i prosi o wpuszczenie do domu, żeby móc się załatwić. Tłumaczymy z babcią, że nie mamy w domu łazienki, ale jest wychodek obok domu, więc mogą z niego skorzystać (głównie babcia ma miękkie serce). I oczywiście święte oburzenie, bo jak to, Brajanek ma w drewnianej szopce siusiu robić? Dżesice niedobrze od zapachu! Większość finalnie korzysta z wychodka... ale po ostatnim razie powiedziałam dość. 
Rozumiem, że ktoś się brzydził usiąść na wychodku (czy w ogóle na jakiejkolwiek toalecie), ale jak już człowiek robi „z lotu ptaka”, to mógłby chociaż trochę celować, a nie, że wchodzę do wychodka i zastaję deskę w kupie, papier toaletowy w kupie, ściany i wewnętrzną stronę drzwi w krwi, a w dołku całą masę śmieci. Nie tylko po podpasce, ale i folie z rogalików, reklamówkę, butelkę... Serio, kobieto? Wielka dama, w ręce wielka torba drogiej marki, a o porządek trudno? Cóż, po tym incydencie wolę, żeby mi pod płotem robili w rowie, ale już nikogo nie wpuszczę.

NORMĄ też są śmieci. Dosłownie codziennie, bo swego czasu codziennie przed południem wszystko zbierałam i oczywiście następnego dnia znów był syf (teraz robię to rzadziej, ale rozpoznaję „nowe” śmieci i co kilka dni wszystko zbieram). Kubki po kawach na wynos, kubełki po kebabie i tony torb z fast foodów. Najbliższy taki lokal jest chyba 40 km dalej. Ktoś po zakupie przejechał kilkanaście wiosek i miast, mijając kosze na śmieci np. na stacjach paliw... i śmieci wyrzucił w lesie. Nieważne, że człowiek przed chwilą minął tablice z informacjami „Obszar Natura 2000” czy „Park Krajobrazowy”, śmieci widać nie mogły być wyrzucone wcześniej i nie mogą poczekać tych paru-parunastu kilometrów.

Co w tym anonimowego? Cóż, wczoraj trafiłam na syfiarę, tę od śmieci w wychodku. Wydaje mi się, że po wychodkowym incydencie kilka razy już jechała tą drogą (ale nie mam pewności, czy to na pewno były dokładnie te blachy i to auto), ale tym razem zjechała z asfaltu i zatrzymała się na środku drogi pożarowej kawałek przed moim domem. Znowu dama w płaszczu z torbą z charakterystycznym logo. Schowałam się i obserwowałam. Poszła dość głęboko drogą pożarową, a jak zniknęła mi z oczu, nie próżnowałam, tylko zebrałam trochę błota (pewnie lepsza byłaby kupa, ale do tego nie byłam w stanie się posunąć ;)) i kobiecie częściowo umazałam okna i samochód.

Warto było, zwłaszcza że pięknie przeklinała, próbując chusteczkami umyć boczne szyby. Po tym, jak odjechała, poszłam za zakręt, gdzie wcześniej była ona. I oczywiście były tam śmieci. Nie wiem, czy kobieta nauczy się porządku, w sumie to wątpię, ale na następny raz kamera/fotopułapka zamówiona.
Dodaj anonimowe wyznanie