#RsEp9

Leczę się psychiatrycznie. Osobowość borderline, depresja i tego typu sprawy. Stan się poprawił, było już całkiem, całkiem... i leczenie przerwałam, mimo że miałam totalną świadomość, że tego nie wolno robić. Dlaczego przerwałam terapię? Tak się złożyło, że mój lekarz przeszedł na emeryturę i pacnęli mi nowego. Pierwsza wizyta była zarazem ostatnią.

Osobnik mieniący się lekarzem na dzień dobry stwierdził, że nie mam depresji – wyrobił sobie pewną teorię i robił wszystko, by to, co się ze mną dzieje, do tej teorii dopasować. Stwierdził, że zażeram problemy, przez co dorobiłam się nadwagi i to jest przyczyna, że mam kompleksy. Cóż... W tamtym czasie pracowałam w korpo i stołowałam się przede wszystkim w fast foodach, co odbiło się na wadze. Sęk w tym, że waga absolutnie nigdy nie była czymś, czym bym się jakkolwiek przejmowała. Spasłam się do 90 kg? Trudno, przestanę żreć fast foody, to schudnę. Nie dało się gościowi tego przetłumaczyć, nadawał jak zepsuta płyta „zażera pani problemy, przez to jest pani gruba, a to jest przyczyną pani kompleksów”.

Cóż – takiego wała. Leczenie przerwane.

Swoją drogą moja siostra wraz z matką stwierdziły, że po trzydziestce nie mam szans na powrót do normalnej wagi, tym bardziej bez żadnych diet. Myliły się – zmniejszyłam ilość żarcia, zaczęłam się ruszać i po roku z wagi ubyło 20 kg. Wagę na normalnym poziomie trzymam od ponad dwóch lat, nie odmawiając sobie niczego, tylko jedząc po prostu mniejsze ilości.

#6kLI2

Mimo że mam 27 lat i nigdy nie robiłem tego z kobietą, wstydzę się skorzystać z usług profesjonalistki. Są cztery powody:
1. Boję się złapać jakąś chorobę,
2. Nie chcę, aby ktoś mnie rozpoznał, jak do niej idę.
3. Wydaje mi się, że jest to pójście na dużą łatwiznę.
4. Wstydzę się swojego ciała, a w szczególności dużego brzucha.

#d5cuE

Pierwsze krwawienie menstruacyjne pojawiło się u mnie, kiedy miałam 10 lat. Jako dziecko uznałam, że to dosyć niefajna sprawa i starałam się ją sobie jakoś umilić. W taki sposób zrodziła się idea.
Paniom będzie łatwiej to sobie wyobrazić, ale postaram się to opisać tak, żeby było jasne. Kiedy siadam na sedesie podczas okresu, to zdarza się, że spływająca krew nie chce się do końca odkleić, spłynąć, przerwać, co tworzy swoiste połączenie między mną a ubikacją. Wtedy rozszerzam nogi i wyjmuję moje specjalne pudełeczko, w którym trzymam pocięte na kwadraciki kawałki papieru toaletowego. Robię sobie sama konkurencję, w której muszę ich przykleić do tej spływającej krwi jak najwięcej, jednocześnie próbując nie dopuścić do przerwania ciągłości strumienia.
Kwadracik papieru toaletowego tnę na 20 części.
Mój rekord (jak na razie) to 38.

#V6vX2

Nasza córka ma 28 lat. Dzisiaj okazało się, że ma grupę krwi 0, chociaż oboje z żoną mamy AB i nie ma takiej genetycznej możliwości. Nie, ewentualna zdrada żony też by tego nie wyjaśniała, osoba z grupą AB nigdy nie urodzi/spłodzi osoby z grupą 0. Może to oznaczać tylko jedno – Gosia nie jest naszą córką. Nie mamy pojęcia, jak to się stało. Najbardziej prawdopodobna wydaje nam się podmiana przy porodzie...

#9ZiiE

Skończyłam Technologię Żywności, rozpoczęłam własną działalność – produkcję serów. Firma kręciła się (i w sumie kręci się nadal) nieźle. Samodzielnie nadzorowałam pracę, jej część wykonywałam sama. Ale pewnego dnia, kiedy wróciłam do domu późnym wieczorem, zmęczona, do głowy przyszedł mi pomysł – czas sobie kogoś dobrać do pomocy. Przypomniałam sobie, jak podczas studiów rozpaczliwie szukałam obowiązkowych praktyk i jak bardzo byłam zirytowana faktem, że skończyłam na pakowaniu produktów do pudełek za darmo, przez co ani się niczego nie nauczyłam, ani nic nie zarobiłam. Tylko papierek był podbity. Postanowiłam więc, że poszukam stażystów, najlepiej dwóch, dam im jakiś pieniądz i nauczę tego, co sama potrafię.

Umieściłam ogłoszenie na uczelni – oczekiwałam listu motywacyjnego. Chętnych było sporo, bo w końcu coś płatnego. Listy motywacyjne były jak kopiuj-wklej z pierwszego internetowego szablonu. „W ODPOWIEDZI NA PAŃSTWA OGŁOSZENIE...” bla, bla. Wszyscy okazali się fanami mleczarstwa, sery to ich pasja, pragnienie rozwijania się w „serotwórstwie” (oryginalne nazewnictwo) wprost z nich kipiało. Parę maili dostałam z adresów typu rozowapoziomka@ oraz kocykowaciapa@ (pozdrawiam was serdecznie). Zaprosiłam paru fanatyków i wielbicieli serów na rozmowę, jednak 3/4 z nich nie wiedziało, czym jest serwatka – łącznie z panią, która pisała pracę na temat jej zastosowania w przemyśle. Pan „Sery i serowarstwo od zawsze są tym, co mnie napędza” przyznał się, że ściągał na wszystkich egzaminach, ale z radością nadrobi swoje braki w wiedzy.

W końcu zatrudniłam Natalię. Natalia miała przeciętną wiedzę teoretyczną i zerową praktyczną, ale wyglądała na pracowitą. Tyle tylko, że paliła. Jak powiedziała na rozmowie – jednego rano, jednego wieczorem i czasem na imprezach. W praktyce paliła jednego co piętnaście minut, a że zdjęcie ubrania roboczego trochę zajmuje, to łamała wszystkie zasady BHP. Podziękowałam jej, jak w fartuchu poszła do monopolowego po lighty mentolowe. Była oburzona, no bo przecież „na sery i tak wieje powietrze i bakterie się dostają”. Potem był Bartek, który jako jedyny coś wiedział. Miło się z nim pracowało, dopóki pewnego dnia nie odkryłam, że coś mi się nie zgadza z ilością produktów. I słusznie – Bartek część wynosił. Oddał to, co zdążyłam mu zapłacić, a ja nie zadzwoniłam na policję.

Teraz pracuje ze mną Marysia, która nie skończyła technologii, ale szkołę gastronomiczną. Wiedzą przebija większość kandydatów-pasjonatów i... kurczę, ludzie, nie wiem, co wy robicie na tych studiach, ale fakt, że potraficie ściągnąć na egzaminie z podstaw produkcji roślinnej, nie oznacza jeszcze, że jesteście inżynierami. Nie ma wiedzy = nie ma pracy, nawet z inż. przed nazwiskiem.
No, chyba że u rodziców ;)

#rbPSY

Jestem nauczycielem, świeżo po studiach. Fajnie, że mamy ferie, wakacje, ogólnie sporo wolnego czasu, ale nic poza tym. Wypłaty są bardzo niskie, żeby mieć awans, trzeba pracować kilka lat z bardzo dobrą oceną pracy.


Następna sprawa – uczniowie. Dla większości nie da się być miłym. Szczególnie na początku. Klasy testują nowych nauczycieli, sprawdzają, ile mogą sobie pozwolić. Jeśli się nie postraszy, to dosłownie zrobią burdel na lekcji. Dochodzą do tego częste teksty typu „zróbmy luźną lekcję”. Za takie luźne lekcje można mieć wizytę u szefowej, nie tylko Wy boicie się dyrektorki. Z przeprowadzonych lekcji też trzeba się rozliczać. Jeśli nie wyrobisz się z programem, to masz potem spore problemy. Myślicie, że nauczyciel nie chciałby sobie posiedzieć i się polenić? Jasne, że tak. Nie powiemy tego na głos, no bo trzeba być autorytetem. Pijecie piwko na mieście? Nie wypada, będzie głupio, jak spotkacie jakiegoś ucznia.


Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Inni z pracy żartują sobie, że trzeba zmienić zawód, bo ogólnie nie jest wesoło.

Kończąc, nie bądźcie źli na nauczycieli, którzy są ostrzy, tak po prostu jest. Ci z większym doświadczeniem potrafią połączyć bycie surowym z sympatią uczniów, ale to nie jest wcale łatwe.

PS Wiadomo, że zdarzają się przypadki nauczycieli beznadziejnych, ale nie o nich mówię. Mówię o zwyczajnych osobach wykonujących swoją pracę.

#MDC1s

Spotykałam się kiedyś z pewnym chłopakiem. Na początku związku bardzo zabiegał o moje względy... kwiaty, telefony przed snem, na święta biżuteria. Był z dobrego domu, w którym nie przejmowano się pieniędzmi. Mieliśmy wspólny język i wspólne plany, naprawdę to było to! Dlatego też zamieszkaliśmy ze sobą. Na początku gotowałam obiady, wychodziliśmy gdzieś razem, potem popadliśmy w rutynę, ale wciąż było czuć tę chemię charakterów. Z czasem jednak w ogóle przestał się o mnie starać. I nie mówię o tym, że nie zabierał mnie na randki, jemu nawet nie chciało się ze mną rozmawiać! Chował przede mną telefon, później wracał do domu. Już zapewne wszyscy się domyślają – spotykał się z kimś. I ja również to wiedziałam, dyskretnie przejrzałam SMS-y i wszystko było jasne.

Czy zrobiłam mu awanturę? Nie. Czy pisnęłam chociaż słówko o tym, że wiem? Nie. Dolałam ostrego sosu do szamponu? Nie. To może chociaż spakowałam jego rzeczy i wystawiłam za drzwi? Nieeee... Zrobiłam coś dużo lepszego.

Najpierw zaczęłam nałogowo gotować; jego ulubione potrawy wróciły do łask. Parę razy też jak wiedziałam, że zaraz wróci, to „przypadkiem” zaczynałam oglądać filmy, które bardzo lubił. Po co to wszystko? Bo u mnie z kolei się nie przelewało. Dokładałam się do mieszkania, kupowałam czasami jedzenie, ale nie byłam z zamożnej rodziny. Zbliżały się wtedy urodziny mojej mamy i w przeddzień wyznałam mu, że wiem o jego występkach. Błagał o wybaczenie, obiecywał poprawę, mimo tego tamtej nocy spał na kanapie. Tak jak myślałam, następnego dnia po obudzeniu ujrzałam ogromny (naprawdę ogromny) bukiet kwiatów. Wzięłam go i pojechałam do mamy.

Łzy szczęścia mojej mamy były warte takiego, a nie innego zakończenia związku.

#cYZeG

Podczas wakacji lubię nieco eksperymentować z wyglądem. A to zafarbuję końcówki włosów na fioletowo (normalnie mam jasny blond), a to zrobię rundkę po lumpeksach i ubiorę się w jakimś oryginalnym stylu, w ciągu roku używając poszczególnych „części składowych” tego stroju jako ciekawego dodatku do normalnego ubrania. 
W te wakacje wpadłam na kolejny pomysł. Byłam na konwencie cosplayowym. Postać, w którą się wcielałam, ma czerwone oczy. Z racji tego, że chodziłam w stroju tylko dzień, a nie dwa, jak wcześniej planowałam, zostały mi dwie barwiące soczewki. Pewnego poranka stwierdziłam, że założę jedną i będę obserwować reakcje ludzi. Przez większość czasu nic się nie działo, mało kto patrzy obcym ludziom w oczy poza sytuacją, jak z nim rozmawia, a i to nie zawsze. Aż do czasu, jak jakaś babcia w autobusie zapytała się mnie, czy dojeżdża on na przystanek X.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, ona zdała sobie sprawę, że ma przed sobą istotę co najmniej niecodzienną. Ja już zapomniałam, że nałożyłam tę soczewkę i na początku nie wiedziałam, o co jej chodzi. Gdy zaczęła wyklinać mnie od szatanów, zdałam sobie sprawę, czego się czepiła. Byłam w świetnym humorze, więc stwierdziłam, że pociągnę klimat. Zrobiłam krzywą minę, wygięłam palce w szpony i zaczęłam mówić po łacinie. Nie, nie uczę się jej, było to Wierzę w Boga w tym języku, które znam, bo chodzę na msze po łacinie właśnie. Ale zadziałało, babka się autentycznie przeraziła, przeżegnała i wyparowała na kolejnym przystanku. Inni pasażerowie patrzyli na nas częściowo z rozbawieniem, częściowo z przestrachem. Trochę już zakłopotana wzruszyłam ramionami i usiadłam na swoim miejscu.

Mimo że potem było mi trochę głupio, uznaję, że warto było :D
Dodaj anonimowe wyznanie