#BT6QG
Stłuczka na rowerze, przeleciałem przez kierownicę. Widziałem, że ręka mi puchnie, więc asekuracyjnie poprosiłem ojca, by zawiózł mnie następnego dnia do lekarza. Co usłyszałem: "Nic ci tam nie jest, ty do szkoły nie chcesz iść po prostu, leniu jeden, ostatnio słabe oceny miałeś z fizyki, a jutro masz, to pewnie nie chcesz iść na sprawdzian". Cóż, następnego dnia rano nie dałem rady ruszyć ręką, mimo to zostałem wysłany do szkoły. Nie poszedłem do niej, tylko do lekarza. Zdziwienie, że 16-latek bez rodzica, nie chcieli mnie przyjąć, ale pielęgniarka zobaczyła, że moja ręka wygląda jak siny balon. Połamane 4 kości śródręcza, gips na 1,5 miesiąca. Telefon do rodziców, żeby ktoś po mnie przyjechał. Rozmowa ojca z lekarzem trwała długo, oj długo. Co usłyszałem: "Na pewno usprawiedliwienia nie dostaniesz za wagary".
Pewnego dnia po śniadaniu poszedłem do WC i tak 8 razy. Moje życie zamieniło się w biegunkę. Rodzinna uparła się na zespół jelita drażliwego, rzuciła hasło, że jestem leniem i pewnie nie chcę chodzić do szkoły. Podłapał to ojciec i wersji się trzymał. Jednak do lekarzy chodziłem codziennie, nie mogłem nic zjeść, bo kończyło się to tak samo. Jedna lekarka w końcu się zlitowała, dała mi skierowanie do szpitala. W szpitalu wiadomo jak karmią, dwa dni totalnej głodówki, seria badań. Uparli się na diagnozę rodzinnych - problemy jelitowe. Badania nic nie wykazały, dostałem jeszcze ochrzan, że zajmuję miejsce w szpitalu naprawdę chorym dzieciom, bo pewnie nie chcę chodzić do szkoły. Wracam do domu, jem normalnie, znów jest to samo. Płacze i rozpacz nic nie pomagają - "już na pewno się na ten twój brzuch nie nabierzemy, w szpitalu żadne badanie nic nie wykazało". Myśli samobójcze miałem, nikt nie chciał mnie słuchać, a wszyscy dobijali, najbardziej ojciec. Uprosiłem w tajemnicy brata, by dał mi pieniądze na prywatnego gastrologa, by ze mną w ogóle poszedł. Prywatnie lekarz mnie zbadał, zrobił gastroskopię. Wyszło, że mam wrzody żołądka i dwunastnicy w stopniu mocno zaawansowanym. Z papierami od lekarza i toną leków kupionych przez brata wróciłem do domu. Co usłyszałem? "To teraz sam zarobisz i oddasz bratu za te swoje wymysły". Cóż, wtedy nastąpiło trochę poprawy, bo brat wstawił się za mną dość dosadnie, a ja po lekach wróciłem do pełnej sprawności.
Uwierzcie mi, od tamtej pory wszystkie moje dolegliwości ojciec traktuje poważnie. Podwyższony cukier, lekka kontuzja i już mi szuka specjalistów. Bo ja kropla w kroplę on - cukrzyca, nadciśnienie, stawy.
Teraz jest to trochę nadgorliwość, szczególnie że mam już 25 lat, a nie 16-17 jak w czasie, gdy spotkały mnie te problemy. Ale lepiej mieć nadgorliwego rodzica, niż obojętnego. Mam niestety porównanie zbudowane na własnych przeżyciach. Szkoda, że musiałem okupić troskę wieloma nieprzyjemnościami.
Nie rozumiem rodziców, którzy bagatelizują zdrowie swoich dzieci. Z drugiej strony mój ojciec to samolub, który troszczy się tylko o własny tyłek, a trójkę swoich dzieci ma wiadomo gdzie, więc potrafię zrozumieć Twój problem, Autorze.
Moja mama zawsze twierdziła, że wymyślam choroby, byle nie chodzić do szkoły. I tak było do momentu, aż z komunikacji miejskiej (w drodze do liceum) nie zabrało mnie pogotowie. I choć jestem w Twoim wieku, mam męża, to i tak dzień w dzień do mnie dzwoni z pytaniem czy wszystko ok. A jak tylko coś napomknę, że coś mnie mocniej boli, to mam rozkaz, żeby pójść do lekarza 🙄
Trochę zazdroszczę... O ile moja mama też się zreflektowała gdy skończyłam 18 lat, mogłam już sama iść do lekarza i pokazałam jej wyniki, tak ojciec... By żyć bez bólu i w jakimśtam zdrowiu codziennie łykam górę leków to mnie wyzywa od lekomanek i twierdzi że gdybym zaczęła dobrze jeść (wg niego dieta zawierająca dużo owoców, chudego nabiału i chudego mięsa z ograniczeniem tłuszczów i słodyczy jest monotonna i ja tylko frytki wcinam, bo raz w miesiącu sobie domowe zrobię i to nie co miesiąc tylko jak się lepiej poczuję) to tarczyca sama by mi się wyleczyła, tak samo jak inne zaburzenia hormonalne i parę innych chorób. Jestem dorosła i nie ma już nade mną władzy rodzicielskiej, ale jego gadanie wkurza, a stres tylko pogorsza mój stan.
Przyznam, że do dzisiaj mam im za złe, że tak bagatelizowali moje obiawy. Gdyby nie to to połowy leków nie musiałabym brać, bo choróbska by się tak nie rozwinęły, nie mówiąc o tym, że życie miałabym łatwiejsze a tak to jestem kaleką.
Mama stara mi się to wynagrodzić kupując leki, bo tyle tego jest że musiałabym wybierać między lekami a jedzeniem, więc im wybaczyłam (no stara się, więc jak tu nie wybaczyć?). Jednak nadal jest mi przykro, bo nie rozumiem jak można bagatelizować choroby własnego dziecka.
Moja matka miała tak samo. Nigdy mi nie wierzyła, jak mówiłam że jestem chora. Dopóki raz nie zwymiotowałam na korytarzu w szkole. Raz dostałam takiej reakcji alergicznej, że cała napuchłam i miałam tak wysoką gorączkę, że nie mogłam ustać. A raz wysłała mnie z bolącą stopą, kiedy okazało się, że jeden palec miałam złamany. Na szczęście po jakimś czasie zaczęła mi wierzyć, ale musiałam swoje odcierpieć. Nie było to tak poważne, jak u autora, ale jednak.
Moja stara miała w dupie rozpierniczone kolano siostry puki ta na niej nie wymusiła lekarza - pęknięta rzepka. Obie mają padaczkę, dla siebie matka potrafiła znaleźć czas i pieniądze na rezonans magnetyczny. Siostra się wtedy poryczała ale w końcu po paru tygodniach wymusiła rezonans dla siebie. Miała wtedy 15 lat. To są chyba najbardziej pamiętne z wielu przykładów zaniedbań mojej matki. Brzydzę się nią. Potrafi dbać tylko o własną wygodę, nawet kosztem najbliższych.
To jest naprawde dobijające jak bardzo "kochający rodzic" może mieć w dupie dziecko.
Nie jestem panikarą żeby być nadgorliwcem ale jak można nie zabrać do lekarza dziecka ze spuchnięta ręką mimo że ewidentnie miało wypadek? Albo osłabionego wielodniową biegunką. Tatuś mistrz.... Brawo dla brata, takie właśnie powinno być starsze rodzeństwo.
Ja powiem tak. Do lekarza idzie się jak się ma poważne problemy. Nie można przesadzać ani w jedną ani w drugą stronę. Rodzice latający z dzieckiem, które jest tylko przeziębione zajmują lekarzom setki godzin pracy. Zwłaszcza na jesień. Nikt jeszcze sposobu na przeziębienie nie wymyślił. Lekarz cudów nie wyczaruje. Wystarczy syrop z apteki bez recepty, albo gorąca herbata z cytryną i trochę czosnku. Przeziębienie samo przechodzi jak się go samemu nie pogorszy.... Albo stare baby co latają po specjalistach jakby to był ich jedyny sposób na emeryturę. A ludzie czekają w kilometrowych kolejkach. Tak samo udawanie, że nic się nie stało kiedy jednak się stało.... Bo łatwo wyleczyć złamaną rękę od razu, ale jak to zignorujemu i uszkodzoniu przez odlamki kostne ulegną ścięgna, żyły czy kości się źle zrosną, to nie będzie już fajnie i miło..... Normalny człowiek powinien chodzić do lekarza co jakiś czas. Jak jest poważnie chory, albo na co kilkuletnie ( zależy jakia dziedzina) wizyty kontrolne, jeśli nie jest.
Aż dziwne, że nikt nie wyciągnął konsekwencji za tą rękę czy jelita
Mi przyszło do głowy, że to był właśnie sposób na oduczenie ojca znieczulicy - dostał [to co się dostaje - nie wiem, kratki? mandat?] za swoją znieczulicę. A tu jednak nie.
Miałam nadzieję na zakończenie typu - ojciec zachorował a Ty to olewałeś i tak się oduczył. eh czuję zawód;p
A tak serio to masakra tacy rodzice...
Ale z czym Ty masz problem? Teraz tata się Tobą (aż nadto) zajmuje, więc co chcesz zmieniać? Chyba że masz młodsze rodzeństwo które ma ten problem co Ty kiedyś. Dla mnie trochę bez sensu, nie widzę już tej "znieczulicy".
Przeczytaj pierwsze zdanie wyznania, ale ze zrozumieniem :)
Może ojciec za każdym razem rzucał monetą czy to lenistwo, czy może coś poważnego i miałeś pecha, bo los ciągle pokazywał to samo.