#D37cP
Nie mogę sobie przypomnieć, ile czasu to u mnie trwało, bo zaczęło się subtelnie. Najpierw typowe "czepiasz się", "znowu zaczynasz?". Zwykła kłótnia. Normalka.
Przepraszałam za próby rozmowy, więc mógł już stosować przemoc psychiczną i fizyczną. Gdy się stawiałam, mówił, że jestem przewrażliwiona, albo odwracał kota ogonem: "Ty mnie do tego zmusiłaś!". Chciałam przeprosin? "Po co do tego wracasz?".
Dbał o swoją opinię. Każdy wiedział, że jest dobrym, uprzejmym i kulturalnym człowiekiem, tylko trochę nerwowym. Tyle dla mnie robił, a ja? Cóż, o moją opinię też dbał. Problematyczna, czepialska, niewdzięczna, ale mimo to kochał. Podziwiano go.
Lubię towarzystwo i staram się mieć dobre relacje z innymi, o czym dobrze wiedział, więc kiedy mógł, interpretował różne na moją niekorzyść - przyjazny uśmiech znajomego był kpiącym, przypadkowe spojrzenie było urażonym spojrzeniem, komplement na temat stroju był ukrytą drwiną, urywek rozmowy w tle to uwaga na mój temat. Wstydził i tłumaczył się za mnie, a ja nie mogłam zrozumieć, co jest ze mną nie tak, czemu nie potrafię się zachować, jaki mam problem. Na szczęście raz wymyślił taką abstrakcję, że postanowiłam wyjaśnić sprawę z samym zainteresowanym - nie wiedział, o czym mowa, choć podobno to jemu się za mnie tłumaczył. Wtedy sama (!) usprawiedliwiłam go kompleksami, a on, skruszony, obiecał tego więcej nie robić - robił, a ja dalej w tym tkwiłam, mimo podejrzeń, że coś tu jest nie tak.
Przyszła więc pora na ostateczność - chorobę psychiczną. Przykład: poruszyłam temat konkretnej, dwuznacznej sytuacji z inną. Na początku przekonywał, że nie ma w tym nic złego, ale kiedy wróciłam do tematu za kilka dni - tego nie było, nie pamiętał. Jak mogę złościć się o coś, czego nie pamięta? Kolejna technika. Zastanawiałam się, czy nie żyję w jakimś innym świecie, czy jestem zdrowa. Częściowo zrozumiałam swoją sytuację i próbowałam z tym walczyć - kiedy stawiałam granice, nie dawałam się poniżać, namawiał mnie wraz z kolegami na leczenie, bo to pewnie przez moją depresję (której nie mam) tak nienormalnie reaguję. Opisałam mu powyższe sytuacje i poprosiłam o pójście na terapię - zagroził zerwaniem, chyba że to ja pójdę i nauczę się "szukać winy w sobie".
Po trzech latach i zaręczynach odeszłam. Znajomi nie mogli uwierzyć, że zostawiłam tak cudownego człowieka, niektórzy się odcięli, gdy obsmarował mnie po rozstaniu, współczują mu. Ja nie powiem im, jak naprawdę było, przecież nie wypada mówić źle o byłych. I tak nie uwierzą.
Z obecnym partnerem oboje baliśmy się związać przez mój "trudny charakter", który wszystkim, włącznie ze mną, został wmówiony. Ostatecznie okazało się, że wszystko jest ze mną w porządku.
Szok normalnie jak łatwo i niepostrzeżenie można zniszczyć komuś życie
Dobrze, że uciekłaś z tej toksycznej relacji. Powodzenia.
Nie znałam takiego terminu, a chyba byłam w podobnej sytuacji, z tą różnicą, że takie techniki stosowały wobec mnie dawne "przyjaciółki" z liceum. Często kopały pode mną dołki, często były wobec mnie nie w porządku, oklamywały mnie, wystawiały, robiły wszystko, by w jakiś sposób mnie urazić, sprawić przykrość, ale to zawsze była "moja wina". Zawsze miały jakąś dziwną linię obrony, wmawiały mi fakty, które w rzeczywistości wyglądały zupełnie inaczej, wzbudzały poczucie winy, bo to ja jestem niesprawiedliwa, obrażam się o nic, mam problem o wszystko, kiedy one nie robią niczego złego. Jednocześnie starały się być wspaniałomyślne, wybaczać mi moje jazy, wyciągać dłoń ku zgodzie. Miałam mętlik w głowie, bo niby wiedziałam, że to nie jest moja wina, ale nie znajdowałam zrozumienia u innych, bo każdy znał już ich wersję wydarzeń, w pewnym momencie sama zaczęłam wierzyć, że to ja się czepiam bezpodstawnie, że one nie chciały źle, że przecież to nie tak, jak mi się wydaje, że tak naprawdę nie jestem ofiarą ich zachowania wobec mnie, bo one chcą być wobec mnie w porządku, tylko ja ciągle niszczę naszą relację, bo coś sobie ubzdurałam w głowie. Na szczęście moja mama zauważyła w końcu, że coś jest nie tak z naszą relacją, kiedy odpowiedziałam jej o kilku sytuacjach, w których "one nie zrobiły tak naprawdę niczego złego, tylko ja się głupio czepiam", zwróciła mi uwagę, że jest zupełnie odwrotnie, że one NAPRAWDĘ traktują mnie jak g#wno i sr#ają dookoła mnje, a ja je za to później przepraszam. Wtedy to do mnie dotarło, że to ja od początku miałam rację, tylko dałam się wkręcić w jakieś głupie gierki, jak ostatnia naiwniaczka. Urwałam kontakt i byłam twarda, mimo że podczas zrywania tego kontaktu, nadal usilnie próbowały mi wmawiać, że jestem nie poważna i nasza relacja zepsuła się przeze mnie. Tym razem się nie dałam.
Dziękuję za opisanie twojej historii, ponieważ właśnie zdałam sobie sprawę że taka manipulacja jest nie tylko w związkach partnerskich, ale też jest czymś przez co przechodziłam jak byłam w gimnazjum dzięki moim "koleżankom"
Mnie spotkało dokładnie to samo w gimnazjum. Nikomu tego nie życzę, nastoletnie lata są zbyt cenne by je przez kogoś znienawidzić.
Zadziwiające jak wyrafinowani psychopaci żyją na świecie
Jakbym czytała opis mojego poprzedniego związku. Całe szczęście "szybko" zmądrzałam i odeszłam po 4 latach.
Trzymaj się autorko! :)
Eh, mi zajęło 7 zmądrzenie...
Powodzenia.
O, cześć. Tutaj chora z "nerwicą wegetatywną", bo agresor nie umiał odeprzeć moich argumentów.
Całe lata: "Szukasz dziury w całym", "Przecież tak nie mówiłem", "Nie oszukuj, nic takiego nie padło".
Zamiast rozmowy o problemie, skupieniu się na tym, o czym mówię, skupiał się na formie wypowiedzi. Użyłam jakiegoś słowa, którego nie lubił - od razu temat schodził na język.
Nie chciał kontynuować jakiejś rozmowy (kłótni)? Ignorował. Przy próbie kontynuowania z mojej strony - krzyczał. Czemu? Bo JA go nie szanuję.
No po prostu poezja :)
O k***a! Sprawdziłam nazwę. Przecież to jest opis mojej matki! Słowo w słowo, jakby ktoś opisywał na jej przykładzie. O_O Nie przesadzam, bo mam takie same odczucia na jej temat jak rodzeństwa. Każde z nas to spotkało z jej strony, jak zakwestionowało ją w roli matki, bo czasami dawała popalić. Nie umie przyjmować krytyki, każdy poważniejszy zarzut jest dla niej atakiem i umniejszaniem jej jako człowiekowi. U niej wystarczy popełnić błąd i będzie cię miała za matoła, będzie ci tłumaczyć za każdym razem jakąkolwiek najprostszą czynność, czy konsekwencje, bo jak zapomniałeś jednej rzeczy, to wszystko będzie źle, a spróbować jej to włącza tryb męczennicy. A z drugiej strony zastanawia się, czemu żadne z nas nie jest pewne siebie i już nie układamy sobie dorosłego życia. Czuję się jak w ,,Ferdydurkę", ja chcę załatwić pewne sprawy które mnie irytują, ona mnie ignoruję, bo niby jej umniejszam (choć wtedy na ogół ona sama sobie umniejsza), doprowadza mnie pewnego dnia do szału i wtedy to oczywiście to ja jestem ta zła i nie dojrzała i ja wymyślam problemy i kłótnie. Najbardziej mnie irytuje, to że myśli że jest taka niesamowicie mądra, ona ma sposoby. Szkoda, że tylko irytują. Wystarczyła by rozmowa i kompromis, ale Nie! Powiedziała mi, że raz odpuści to na zawsze po jej autorytecie, stwierdziła, że chcę ją złamać by sprowadzić ją pionu i pokazać, że ja w domu żądzę. Jak nie ma argumentów to w płacz, albo puste ,,kiedyś zrozumiesz ,co ty opowiadasz, to nie tak , coś ty wymyśliła?"Albo najlepsze to ,, to dla twojego dobra" Co dla mojego dobra? Wkurzanie?! Nigdy nie dowiedziałam się co mam zrozumieć, ani co jest nie tak. Dla niej nie ma żadnych problemów, tak se przez życie idzie, a ja wymyślam. Jasne, że takie sytuacje nie zdarzają się dzień w dzień, ale jak pojawia się ciągle ten sam problem z nią, to tak jak wyżej się dzieje, tak załatwia relacje. Po za tym jest prawie jak w każdej rodzinie, co jest jej ulubionym argumentem w chwili kryzysu.
dobze, ze sie zoientowalas i sama odeszlas
Wstyd przyznać, ale po przeczytaniu pierwszego zdania miałem zupełnie inne skojarzenia na temat znaczenia tego terminu ;/ Chyba zdecydowanie za dużo internetów...