#JdYfJ
Em urodziła pierwsze dziecko, mając 18 lat. Później urodziła drugie. Z czasem rozstała się z mężem. Em jest cudowną kobietą! Ciepła, pracowita, pomocna, oddana. Pracuje, zajmuje się domem, stara się spotykać ze znajomymi. Ale od pewnego czasu nie mogę patrzeć na jej dzieci. Wiem, że to nie moja sprawa, wiem, że każdy jest kowalem swojego losu i wiem też, że gdybym cokolwiek powiedziała Em, nasz kontakt straciłby tę siostrzaną moc. Bo wiele matek jest bezkrytycznych wobec własnych dzieci.
Em ma syna i córkę, ojciec dzieciaków nie angażuje się szczególnie w wychowanie. „Dzieci” po 20. I się patrzeć na to nie mogę! Rosną takie śmierdzące lenie! Em pracuje bardzo ciężko. Większość czasu, więcej jak 8 godzin. O dojazdach nie wspomnę. Kiedy wraca do domu, to ona jako jedyna sprząta kuchnię, myje kibel i gotuje. A dzieci? W łóżkach! Czy zima, czy lato, czy wakacje, czy święta te dzieciaki całymi dniami leżą! Nawet palcem nie kiwną! Wyjdą po jedzenie, wyjdą po kasę i tyle ich zajęć. Nawet gacie matka pierze.
Syn miał okazję zarobić na praktykach, trafił do fajnej firmy, gdzie szef daje zarobić młodym. To mu się nie chciało. Po co ma zarabiać i się trudzić, jak rodzice dadzą. Nie chodził, bo zaświadczenie dostał, a kasę dostanie od mamusi. Jak jedno stwierdziło, że robi sobie rok wolnego od szkoły na zastanowienie się nad życiem, to nikt nie protestował. A ten rok zastanawiania minął na leżeniu w łóżku, oglądaniu filmów i spaniu. Nawet do roboty dziecko nie poszło, bo w sklepie to wstyd, w restauracji czy pizzerii za mało dają, zresztą mamusia i tatuś dadzą! Niech leży.
Obecnie ceny paliwa, jakie są, każdy widzi. Matka do pracy trzema autobusami, bo dziecko wymyśliło sobie, że chce na hamburgera do miasta oddalonego 50 km dalej, później do koleżanki, 40 km od domu, a następnego dnia na zakupy. Jak samochód trafił do warsztatu, to żadne nie poszło ani do szkoły, ani na praktyki, bo oni autobusem jeździć nie będą! Em załatwiła im podwózki poprzez rodzinę i znajomych, a kiedy nie było podwózki, dzieciaczki siedziały w domu. Nie wiem, czy dodawać, że praktyki w takiej odległości od domu, że spacerem da się dotrzeć bez wysiłku i zmęczenia.
Jak impreza rodzinna jest o 14, to nie wysilają się. Jak wstaną, to przyjdą. Nawet na chrzciny czy komunię dziecka z rodziny nie wstaną, bo oni nie będą wstawać tak wcześnie (nie jest to wymówka od kościoła, bo wiara im nie przeszkadza).
Tego wszystkiego nie da się opisać. Em daje dzieciom to, czego sama nigdy nie miała, ale jednocześnie tworzy leniwe, roszczeniowe, ułomne istoty. Nie komentuję, ale żal mi bliskiej mi osoby, a i żal mi dzieciaków i tego, na kogo wyrosną.
Zaluj tych, co nie maja wplywu na to, co ich w zyciu spotyka.
Twoja Em jest zwyczajnie zlym rodzicem.
Skoro tak żyje to widocznie dobrze jej tak. Nie wtrącaj się. To dorosła kobieta i mogłaby dawno postawić granice, ale nie chce.
Rodzice którzy sami mają jakieś braki lub samotnie wychowujący dzieci chcą im zapewnić wszystko ponad miarę, wyręczać je we wszystkim tak aby się najlepiej nawet nie spociły, bo chcą im to niejako wynagrodzić. Oni często zdają sobie sprawę z tego mechanizmu ale nie umieją przestać, bo czują jakiś głupi wewnętrzny przymus. Gdybyś i Ty to wiedziała to byś tego nie napisała.
Dragomir
W słowach Masaichick nie ma nic złego i nie wykluczają tego, co Ty napisałeś.
Oboje macie tutaj rację.
Wewnętrzy przymus powoduje, że ktoś nie stawia granic.
I prawdą jest też, że nawet jeśli rodzic zdaje sobie z niego sprawę i nie może przestać, to owszem, na jakimś poziomie, jest mu dobrze, tak jak jest.
Oczywiście będzie narzekał i cierpiał, ale nie zrobi niczego, bo realnie zmienić sytuację. Bo na jakimś poziomie jego komfort wciąż jest wyższy od dyskomfortu.
Przykład. Rodzic może czuć bardzo głębokie, nieuświadomione poczucie winy za rozwód. I nieświadomie próbuje kompensować dzieciom brak drugiego rodzica, dając im wszystko, czego tylko zapragną. Choć na co dzień sam widzi, że robi źle, to jednak lęk przed konfrontacją z poczuciem winy jest o wiele większy, niż te małe codzienne niedogodności. Łatwiej jest ciężko westchnąć i ponownie wyręczyć w czymś dzieciaka czy kupić mu kolejną zabawkę, niż spojrzeć w twarz własnemu bólowi, smutkowi i potrzebie karania siebie.
I tak to się toczy dzień po dniu.
Nie zgodzę się że nie chce postawić granic, tylko nie umie tego zrobić bo wydaje jej się, że te dzieci będą cierpiały a już dość wycierpiały bo rodzina rozbita, i w ten sposób kompensują.
Wiesz, da się zainąć patelnię w rulon ale co z tego, jak ja tego nie potrafię bo nie mam tyle siły. Mógłbym to zrobić gdybym miał tyle siły, widziałem jak inni to robią - byli silniejsi i umieli. Ja nie umiem. To tak samo jak tutaj. Ona mogłaby postawić granice, gdyby nie kierowała się emocjami ale nie umie inaczej. To nie kwestia chcenia czy nie.
Dragomir
Rozumiem Twój sposób myslenia.
Ja jednak patrzę na to inaczej. Powiedzenie dziecku "nie" nie wymaga żadnych umiejętności. To nie brak czegokolwiek nie pozwala rodzicowi wyznaczyć granice. To są wymówki.
Rodzic nie chce tego zrobić, bo korzyść z dotychczasowego postępowania jest DLA NIEGO większa niż strata. Gdy strata stanie się większa niż korzyść, gwarantuję Ci, że ten sam rodzic nagle cudownie naumie się mówić "nie". Bez kursów czy terapii.
Tu w ogóle nie chodzi o dobro dziecka. Chodzi tylko i wyłącznie o rodzica i jego wewnętrzny komfort wynikający z własnego postępowania.
Ponadto, człowiek poza emocjami ma też rozum. I wolno mu z niego korzystać. I o ile prawdą jest, że w reakcji na jakiś bodziec większość z nas kieruje się emocjami, to już strategię długofalowego postępowania oraz jego skutki przepuszczamy przez umysł. I gdy coś nam nie pasi, wprowadzamy modyfikacje. Jeśli ktoś tego nie robi, to znaczy, że nie chce.
Oczywiście ja rozumiem, czemu nie chce. Rozumiem różne mechanizmy sterujące psychiką. I różne poziomy decyzyjności, na jakich funkcjonujemy. Jednak nadal jest to nasza własna decyzyjność. Nasz wybór, co chcemy uczynić. Nawet jeśli wydaje nam się, że go nie mamy albo że nie umiemy inaczej.
Jesteś dla niej bliską osobą, dlaczego nie podzielisz się z nią swoimi spostrzeżeniami?