#KvYTn
Jedziemy za samochodem marki x. Droga prosta, długa, pusta z bardzo dobrą nawierzchnią. Aż nagle z 90 na godzinę samochód przed nami zaczyna przyśpieszać. Pomiar, po czym włączamy bomby. Kierowca nie reaguje. Dalej się rozpędza. Utrzymujemy dystans, ale prędkości stają się bardzo duże, a on dalej przyśpiesza. Po chwili kierowca jak gdyby nigdy nic zjeżdża z prostej drogi, roztrzaskując się o drzewa. Samochód wyglądał jak papier przepuszczony parę razy przez maszynkę do makaronu. Kierowca zginął na miejscu.
Wizyta domowa, typowa melina, kłótnia. Wchodzimy, już od samego progu atakują nas wszystkie nieprzyjemne zapachy. W korytarzu wita nas facet wyraźnie pobity, wyjaśnia szybko sprawę i wchodzimy. Dosłownie trzy kroki do wnętrza mieszkania, a z jego wnętrza rzuca się na nas kobieta z nożem. Została obezwładniona, co niestety skończyło się dla niej złamaną ręką.
Historia podobna jak wyżej, tym razem agresywny mąż. W domu dość ciemno. Po przyjeździe był spokojny i nie sprawiał problemów. Dało się z nim rozmawiać. W trakcie tej czynności z któregoś pokoju wyszedł syn (prawie dorosły) z bronią w ręku, którą zaczął mierzyć w mojego kolegę. Adrenalina od razu mi się podniosła. Chwyciłem za moją i krzyknąłem standardowe formułki, które nas uczyli. Kolega w międzyczasie, kiedy zorientował się, co się dzieje, wyciągał też swoją, ale na miłość boską to trwało wieczność. Każda sekunda była tak niemiłosiernie długa. Napięcie narastało. Krzyczałem, żeby rzucił tę pie*doloną broń. Nie trwało to długo, ale w każdej sekundzie mógł paść strzał. Chwilę przed moją decyzją o oddaniu strzału udało się i opuścił ją, po czym rzucił na ziemię. Obezwładniliśmy go. Pistoletem, którym mierzył, okazała się replika do asg... Do dziś się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem. Bo z jednej strony, gdyby była prawdziwa, to mój kolega mogłyby zginąć przez moje zwlekanie, z drugiej mógłbym zabić bardzo młodą osobę, kiedy nie istniało tak naprawdę żadne ryzyko. To był mój pierwszy i ostatni raz, kiedy mierzyłem do człowieka i wzbudza to emocje do dziś. Tak wiem, jestem miękki i nie nadawałem się do tego zawodu.
Park, poza pracą siedzę sobie na ławce z pieskiem i delektuje się naturą. Naprzeciwko mnie (tj. na ławce po drugiej stronie ścieżki) siada grupa nastolatków. Rozmowy, śmiechy, temat zszedł na temat narkotyków. Wiadomo jak to dzieci. Każdy popisuje się co to nie on i jakim Al Capone to nie jest. Ale nagle jeden wypala, że ma dojścia do (tu wymienia dość mocne rzeczy) i nawet sprzedawał „gówniakom z...” (nie usłyszałem). Nawet teraz w plecaku ma, to mogą spróbować. I pokazuje w dość nieumiejętnie parę sreberek i woreczek. Mały polski Al Capone miał tego naprawdę dużo...
Przeżyłem wiele ciekawych rzeczy w tej pracy, ale z perspektywy czasu cieszę się, że już nie pracuję jako policjant.