Będąc na studiach dziennych miałam tylko 300-400 zł na życie po zapłaceniu za akademik. Często na koniec miesiąca musiałam pożyczać lub jechałam 3 dni do wypłaty na jabłkach lub suchych kajzerkach. Koleżanka z pokoju była moim przeciwieństwem. Prawdopodobnie miała sponsorów, bo jej szafa pękała w szwach od fajnych, drogich ubrań, miała kilkadziesiąt par butów i wciąż kupowała nowe, a z tego co opowiadała nigdy nie pracowała i utrzymywała się ze stypendium socjalnego. W każdym razie ona zawsze miała pieniądze i nie przywiązywała do nich dużej wagi. Jej kasa wiecznie przewalała się po jej części pokoju. Ona rozrzucała pieniądze po półkach z kosmetykami, na biurku, a nawet na podłodze, bo gdy coś jej wypadło z kieszeni, to nie chciało jej się podnosić.
Pewnego miesiąca nie miałam od kogo pożyczyć, a z powodu jakichś pilnych wydatków kasa skończyła się nad wyraz szybko. Walczyłam o przetrwanie. Po chyba tygodniu lecenia na bułce z margaryną albo gotowanym makaronie, postanowiłam podebrać jej trochę kasy. Zabrałam tylko 5 zł, dzięki którym do wypłaty jakoś udało się przeżyć, ale choć minęło wiele lat, wciąż jest mi wstyd, że ją okradłam.
Dodaj anonimowe wyznanie
Czemu zwyczajnie nie zapytałaś, czy Ci by nie pożyczyła ?
A nie mogłaś jej później tego podrzucić?
Jej by się to pewnie nie przydało
300/400 i nie byłaś w stanie się utrzymać? A jakieś jedzenie z domu? Do domu wracałaś czy coś? Ja w zeszłym roku też po opłaceniu akademika miałam maks 500 zł. Z czego 120 transport do domu na cały miesiąc a reszta moja.
Mnie plus minus 300 złotych starcza na cały miesiąc, ba, nawet na przyjemności zostaje. Jedzenie dostaję w domu ale nie oszczędzam bo dojazd to 8 złotych w jedną stronę a jeżdżę całkiem często. Twój komentarz mi uświadomił że autorka albo kłamie albo zataja jakieś duże wydatki
Na kanale "5 sposób na..." na youtube jest film w którym panowie mają 200 zł na jedzenie na miesiąc. Jest wszystko super rozplanowane, posiłki są ciekawe i zawierają zarówno mięso, jak i owoce i warzywa. Także jeśli się chce, to można
eeej jakie klamie? a sieciowka? a xero? pisze,z e po zaplaceniu akademika- wiec tego pewnie nie wliczyla. ja studiowalam kierunek humanistyzny potrafili nam zadawac po 250 stgron z tygodnia na tydzien do przeczytania- a nie bylo wtedy jeszcze kindli, na to szlo kupe hajsu
do tego chemia, papier toaletowy, szampon, jakis domestos, proszek do prania
i nagle zostaje 200 albo nieco ponad
50 zl na wyzywienie na tydzien to nie jest duzo. no, dajmy jej nawet 70 niech wam bedzie. to jest jeden niepelny koszyk w markecie
jesli ktos nie ciula chleba z najtansza margaryna i pasztetem, nie kupuje tylko na promocjach i z krotkimi terminami, tylko czasem zje owoc, albo niedajciepaniebosze jakis slodycz, to wcale nie ejst latwo zmiescic sie w tej kwocie
co do dojazdow- ja mialam 6 godzin pociagiem w jedna strone, wiec nie latalam tam i z powrotem codziennie do mamy na obiad
@bazienka Ja też nie latam na obiad, bo mam 2h drogi ale kto normalny by jeździł codziennie do domu mieszkając w akademiku. Nie określiła czy wraca do domu czy nie. Mi mama robi słoiki, wezmę czasem mięso tzn piersi z kurczaka i mielone i z tego robię obiady na cały tydzień. Czasem mi się nie chce to kupię zapiekankę czy coś. Fakt nie podała wszystkich informacji to możemy gdybać. Ale jeśli nie ma takich wydatków to wtedy średnio u niej z gospodarowaniem pieniędzmi ;)
no ja nie mialam takich luksusow, zeby mi mama sloiki dawala. zreszta nie mialam gdzie tego trzymac ani na czym gotowac, bo z oszczednosci mieszkalam w internacie, gdzie nie bylo kuchni, a lodowka byla za oknem i to zima ( eh te kilka zl powyzej progu do akademika), za to oplata miesieczna wynosila 90 zl za 4 osobowy pokoj
wiec musialam jakos kombinowac z jedzeniem za te 200-300 zl, kt mi zostawalo po oplaceniu czesnego
Xero to nie jest nie wiadomo jaki wydatek. A jeżeli ktoś nie ma za dużo pieniędzy to rzeczy które ma czytać raczej sfotografuje telefonem zamiast wywalać pieniądze na ksero. A na zajęcia raczej nie każą przynosić wypełnionych 100 stron zadań. Tak więc kserowanie książek to bardziej wygoda (inna sprawa że z biblioteki na spokojnie można wypożyczać książki, a podręczniki to i nawet na cały semestr). Rzeczy które wypisałaś nie kupuje się codziennie, może tylko papier trochę częściej - ale ten da się kupić miękki, w wielopaku za dosłownie kilka złotych a mało kto zużywa rolkę dziennie. Jeśli chodzi o proszek do prania to potrafi wystarczyć na długie tygodnie a szampon - Rossmany i inne sklepy co i rusz mają duże przeceny na nie, poza tym szampon też wystarcza jeden na ponad miesiąc (ja mam jeden od początku roku akademickiego a myję włosy codziennie), z żelami identyczna sprawa. Jeśli dziewczyna mieszka w akademiku to pewnie dzieli z kimś pokój/segment, więc domestosy czy inne też wychodzą dużo taniej bo zazwyczaj ludzie się na nie zrzucają. Co do ubrań - znowu, promocje albo ciucholandy. W tych drugich można się fajnie ubrać za grosze.
50 złotych na wyżywienie to mnóstwo. Tylko nie na burżujskie obiadki po trzy dychy codziennie, na śniadanie można zjeść kanapkę z dżemem i popić herbatą, na kolację tak samo. Na obiad można ugotować sobie parówki czy nawet sklecić z nich i jakiejś bułki hot-doga. Można też po prostu kupić sobie bułkę z cynamonem czy czymś za złotówkę.
Nie żyjemy ani w kraju ani w czasach gdzie za małe pieniądze można żreć tylko makaron z powietrzem i suchy chleb. I wybacz bazienka, ale jak ktoś ma mało pieniędzy to właśnie szuka na promocjach a nie kupuje Bór wie co i potem okrada ludzi. Za 300/400 złotych trudno biedować pod warunkiem że ktoś ma ograniczenia, wie że lepiej kupić sobie serek do kanapki za dwa złote niż szynkę za dwanaście. Im dłużej myślę o tym wyznaniu tym bardziej sobie uświadamiam że autorka mocno kręci.
Wszystko zależy od odpowiedniego rozplanowania wydatków. Mi wystarcza na miesiąc 300 - 350 zł po odliczeniu akademika na studiach artystycznych (czyli wliczając w to różne koszty z uczelni). Nie wiem jak można biedować skoro w tych 300 zł miesięcznie można i różnorodnie i zdrowo jeść, a nawet wystarcza na przyjemności. Przez kilka lat mogłam spokojnie przetrwać za 200 zł miesięcznie (50 zł na tydzień). Przyznam że wtedy musiałam się trochę nagimnastykować żeby dobrze zjeść i odmawiać sobie sporo ale też nie biedowałam. Także zdaje się że autorka po prostu nie bardzo umie w rozporządzenie pieniędzmi lub żyje w bardzo drogim mieście.
300 złoty to jest wystarczająco żeby się utrzymać? Ciężko mi to sobie wyobrazić,ja raz w tygodniu chodzę na większe zakupy i zawsze wydaje +/- 100 złoty, a gdzie tu jeszcze wyjść albo kupić sobie gazetę czy cokolwiek? A bilety komunikacji miejskiej?
Studiowalam zaledwie kilka lat temu, też mi zostawało 400 zł miesięcznie po opłaceniu akademika i biletu miesięcznego (kosztował "aż" 50 zł, w końcu studenci mają 51% zniżki). Spokojnie mi wystarczało, a nawet dawałam radę coś odłożyć, mimo że nie oszczędzalam (tak zostałam wychowana - na jedzeniu, jakości i ilości, się nie oszczędza). Mojej mamie nie chciało się robić słoików (tak, to dokładnie jej słowa).
Może nie kupowałam sobie ubrań czy butów prawie w ogóle, ale gdy się o nie dba to spokojnie się da radę. Do dzisiaj mam ubrania ze szkoły średniej i wyglądają lepiej, jak takie, co znajome kupiły sobie miesiąc temu, a ubieram się, przede wszystkim, w sieciówkach.
Fakt, nie chodziłam do kina, nie wydawałam kupy kasy na alkohol czy szklankę soku za 12 zł w barze. Jednak nie było, i nie jest, mi to do szczęścia potrzebne. Znalazłam sobie znajomych, którzy, jak ja, woleli poimprezowac w akademiku przy studenckiej pizzy 50 cm za 25 zł, więc z życia towarzyskiego też rezygnować nie musiałam. Z rozrywki też nie. W większych miastach zawsze znajdzie się jakaś rozrywka za darmo - park, kino plenerowe, noc w muzeum, etc.
@Ookami albo źle planowała wydatki
Trzeba bylo jebnąć tego piecioka na ziemie po wypłacie :)
Ale... jak? Miałaś niecałe 100 zł na jedzenie na tydzień, czasem jakieś kosmetyki, ale w biedronce da się kupić żel za 2 zł. Ja za mniej potrafię zrobić zakupy dla siebie i mojego faceta typu "chłop jak dąb ". Chyba, że były jeszcze jakieś inne wielkie wydatki, o których nie wspominałaś.
Inna kwestia, że współlokatora była bardzo kiepską koleżanką, skoro mając hajs pozwalała Ci głodować.
Nie wiadomo, czy były koleżankami
Też prawda :)
@anonimowapigula spora część osób mogłaby się poczuć urażona takim "Hej, widzę że głodujesz. Dać ci pieniędzy?". Poza tym współlokatorka mogła założyć że autorka je na mieście czy coś. Albo po prostu być typem człowieka który pomoże wprost o tę pomoc poproszony, a nie że się domyślać.
ehhh ja miałam 100 zł miesiecznie na bilety i jedzenie na studiach. Sniadanie cheleb z wedliną, obiad ryz z kurczakiem i jarzynka chinską z biedry ( wtedy tz. 10 lat temu kosztowała podobnie co teraz i dalej ja produkują), kolacja - chleb z dzemem przywiezionym od rodziców. Mojennajwieksze zakupy to było 10 zł. Serio za 300-400 zł bym sie cieszyła. W dzisiejszych czasach na jedzenie wydaje 400 zł/mc.
bylo jej tego piataka gdzies podrzucic, nawet by sie pewnie nie zorientowala, a sumienie czystsze
A nie prościej było ją poprosić o jakaś pożyczke skoro miała aż tyle kasy? Przecież i tak pożyczałaś od innych ludzi, to czemu nie mogłaś od niej?
300-400zł na życie? Toż to "fortuna". Ja to musiałem za 150 jakoś przeżyć.
250-300
ale kurde 15 lat temu!
Też żyje za 300-400 zł miesięcznie po zapłacie za akademik i starcza aby raz na miesiąc iść na sushi, kupić fajną książkę , kosmetyk czy ciuch oraz na odłożenie na następny miesiąc. Więc co Ty takiego kupujesz że lecisz na samych bułkach ?? ( Obstawiam że kumpela też sponsorów nie miała tylko po prostu umiała oszczędzać )