#aU5N2
Pracowałam w warzywniaku za 800 zł miesięcznie, z których sporą część dokładałam do wydatków rodziców. Wyszłam za człowieka, którego nie kochałam, najwyżej jakoś tam lubiłam, ponieważ w innym wypadku nigdy nie wyrwałabym się z rodzinnego miasteczka.
Teraz mam własny biznes, który jakoś tam się kręci i ostatnio zaczęłam zaoczne studia. Nadał jestem żoną człowieka, którego po prostu lubię. Mówcie co chcecie, ale nie żałuję.
Lubisz swojego męża. To dużo więcej niż w wielu przeciętnych małżeństwach. Powodzenia.
Dużo lepiej niż w moim małżeństwie...
W sumie jest to całkiem niezłe, pragmatyczne podejście do życia :)
Ile to jest małżeństw, w których ludzie się nienawidzą, ale jednak są razem, bo co ludzie powiedzą?
Ty go lubisz i jest ok. On lubi Ciebie i jest ok.
A może tak po prostu wygląda miłość? Nie jak w taniej komedii romantycznej, lecz na zasadzie zdrowego partnerstwa? :)
Rodzice mojego kolegi też wzięli ślub będąc przyjaciółmi i też dzięki temu wyrwali się z rodzinnego miasteczka. Tylko u nich była taka różnica, że ona jako "stara panna" po 20-tce była zmuszana przez rodzinę do ślubu a on jest gejem, którego rodzice nie potrafili zaakceptować.
Ale dziecko maja :)
Bo chcieli :) według legendy w ruch poszła szklanka i plastikowa pipeta. Kiedy kolega miał 5 lat jego rodzice rozstali się w zgodzie i zamieszkali niedaleko siebie. Chłopak ma już ponad 20 lat a oni wciąż są najlepszymi przyjaciółmi.
Super! Dla mnie tacy rodzice są o wiele lepsi, niż tacy którzy są ze sobą na sile lub tacy, gdzie jedno pije a druga osoba mimo wszystko skazuje dzieci na cierpienie i patrzenie na taka sytuacje
Myślę, ze sporo jest małżeństw, gdzie bardziej niż miłość dominuje przyjaźń, ludzie się lubią, szanują, nie kłócą, ale brak między nimi jakiejś namiętności, są przyzwyczajeni do siebie
W sumie, nigdy jeszcze nie spotkałam takie pary, którą oprócz bycia dobrymi partnerami i przyjaciółmi, łączyłaby wielka namiętność. Są to szczęśliwe związki. Często tam, gdzie dużo namiętności, jest temperament i mnóstwo kłótni. Poza tym, "miłość" to tylko pojęcie. Kochać kogoś, to mieć do niego zaufanie, szacunek. Miłość to przede wszystkim przyjaźń. Nie można żyć z osobą, której się nie lubi.
Co? 800 miesięcznie? Jak długo pracowałas?
to moglo byc pare lat temu, kiedy nie byl najnizszej krajowej albo byla ona niska. kolezanka pamieta ze 15 lat temu pracowala w sklepie za 600 zl. miasto wojewodzkie. a co dopiero na pipidowie
Nie tak dawno temu, w dużym mieście, po miesiącu pracy z sporą liczbą nadgodzin dostałam nieco ponad 800zł wypłaty ;)
Ach, te studenckie czasy.
fakt ja studiujac pracowalam i za 6 zl i za 4,20. brutto.
Kiedyś małżeństwa z rozsądku były standardem. Czy więc to, na co się zdecydowałaś, było złe? Nie powiedziałabym, chyba że twój mąż jest przekonany, że go kochasz i żyje w niewiedzy co do twojej motywacji.
Jestem ciekawa jedynie, czy Twój mąż wie. A jeśli wie, to jakie ma do tego podejście, jak na to zareagował?
To w sumie Twój wybór, Tobie ma pasować (zakładając, że nie ranisz / nie wykorzystujesz nikogo), a nie mnie, czy Pani Zosi spod piątki.
Skoro to jest Twoja definicja szczęścia, to tego Ci życzę.
poweim ci, ze wiele malzenstw zawieranych z wielkiej milosci czy chemii zostaje potem z wielkim rozczarowniem
to juz bym wolala "lubic" faceta czy tez sie przyjaznic
To nie mogłaś się szarpnąć na lepszą partie? Jakkolwiek pragmatycznie to nie zabrzmi, skoro i tak nie hajtałaś się z miłości to po co się rozdrabniać
Jeżeli nie czujecie się niekomfortowo w tej sytuacji, ani żadne nie doznaje krzywdy, to jak najbardziej w porządku. Małżeństwo można rozumieć na wiele sposobów i rozciągnąć na wiele płaszczyzn. Każdy człowiek może interpretować je nieco inaczej i nie zawsze musi być to bezgraniczna miłość.