Kiedy miałem 10 lat, ciocia zadeklarowała się, że zabierze mnie do cyrku. Wiadomo, było dużo atrakcji, a jedną z nich była wata cukrowa, po skonsumowaniu której byłem obklejony, zwłaszcza ręce i twarz. Podczas przerwy w przedstawieniu chcieliśmy wyjść na dwór, bo ciocia chciała mi umyć ręce i twarz, jednak nie było takiej możliwości, ponieważ nie można było opuścić terenu cyrku. Moja kochana ciocia zauważyła kałużę, podeszła ze mną do niej, wyciągnęła chusteczki higieniczne i obmyła mi twarz w mętnej wodzie kałuży... Ludzie nie mogli powstrzymać się ze śmiechu.
Dodaj anonimowe wyznanie
No w końcu to był cyrk, nie? Ciocia też chciała zrobić show
Eee, a rozum to ona ma?
A jak to były siuśki słonia? 🤔
Ja miałem ciotkę która miała jedną szmatką do wszystkiego, naczyń w kuchni, podłogi, toalety i "pyski" nam dzieciakom też nią wycierała. Jakoś wszyscy jeszcze żyjemy i jest co wspominać.
Taaaa, moja mama nie chce mnie brac do cyrku bo kiedys na widownie wyszedl wytresowany jak i moja mama zaczela piszczec
Ee kiedyś się jadło piasek czy błoto, a woda z kałuży Ci przeszkadzała? Chyba, ze jesteś z tej „epoki” żeby się nie pobrudzić i kolan nie obedrzec
@CukrowaPanna kiedyś to było...
Było nas jedenaścioro, mieszkaliśmy w jeziorze... na śniadanie matka kroiła wiatr, ojca nie znałem, bo umarł na raka wątroby, kiedy zginął w tragicznym wypadku samochodowym, po samospaleniu się na imieninach u wujka Eugeniusza. Wujka Eugeniusza zabrało NKWD w 59. Nikt nie narzekał.
Wszyscy należeliśmy do hord i łupiliśmy okolicę. Konin, Szczecin i Oslo stały w płomieniach. Bawiliśmy się też na budowach. Czasem kogoś przywaliła zbrojona płyta, a czasem nie. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka odcinała stopę i mówiła z uśmiechem, "masz, kurna, drugą, nie"? Nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że wszyscy zginiemy. Nikt nie narzekał.
Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z gruźlicą, szkorbutem, nowotworem i polio służył mocz i mech. Lekarz u nasbywał. Chyba że u babci – po mocz i mech. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Jedliśmy muchomory sromotnikowe, na które defekowały chore na wściekliznę żubry i kuny. Nie mieliśmy hamburgerów – jedliśmy wilki. Nie mieliśmy czipsów – jedliśmy mrówki. Nie było wtedy coca-coli, była ślina niedźwiedzi. Była miesiączka żab. Nikt nie narzekał.
Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał karę. Dół z wapnem, nóż, myśliwska flinta – różnie. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo — jak zwykle. Potem ojciec wracał do domu, a po drodze brał sobie nowe dziecko. Dzieci wtedy leżały wszędzie. Na trawnikach, w rowach melioracyjnych, obok przystanków, pod drzewami. Tak jak dzisiaj leżą papierki po batonach. Nie było wtedy batonów, dzieci leżały za to wszędzie. Nikt nie narzekał.
Latem wchodziliśmy na dachy wieżowców, nie pilnowali nas dorośli. Skakaliśmy. Nikt jednak nie rozbił się o chodnik. Każdy potrafił latać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji, aby się tej sztuki nauczyć. Nikt też nie narzekał.
Szanowni Państwo proszę wyluzować 😂
@sinusoidazemniejest wygryw 😅