Od dziecka mam dobrą pamięć słuchową. Kiedy poszedłem do szkoły, nadszedł czas na naukę czytania. Odnosiłem w tej dziedzinie niesamowite sukcesy.
Tak naprawdę nie umiałem czytać, zapamiętywałem powtarzaną wiele razy czytankę na pamięć. Nauczycielka zorientowała się, że coś jest nie tak, kiedy podczas „czytania” patrzyłem na nią, a nie na książkę.
Moja babcia to bardzo wierząca kobieta i jak to na babcię przystało, jest stara. Czasami widać to w jej zachowaniu. Jej ostatnia wizyta była ogólnie trochę dziwna, ale stało się kilka rzeczy, które zapadły mi w pamięć.
1) Babcia zobaczyła mój kanał na YouTube, na którym śpiewam i powiedziała, że mam talent po niej i zaczęła śpiewać pieśni kościelne (babcia nigdy nie lubiła jakoś specjalnie śpiewać).
2) Dowiedziała się, że malować się można też pędzlami i gdy zobaczyła, że mam ich około 15, to stwierdziła, że mam ją pomalować, bo pewnie jestem profesjonalistką. Zrobiłam jej delikatny makijaż, że prawie go nie było widać (podkład, puder, rzęsy, brwi, bronzer), a babcia popłakała się ze szczęścia i wepchnęła mi w rękę 100 zł.
3) Babcia nagle przyszła do mojego pokoju i powiedziała: „A dziewictwo w wieku 17 lat straciłam hi, hi, hi” i sobie poszła.
4) Siedziałam z babcią na kanapie i kichnęła głośno i pierdnęła jednocześnie tak, że kanapa się trochę zatrzęsła, a babcia powiedziała: „Uu... kupiliście wibrującą kanapę, jak super”.
5) Kupiła sobie pusty grób. Już na nią czeka.
Kocham ją bardzo :)
Odwiedziłem z żoną i synem moich kilku starych znajomych w Wielkiej Brytanii. Większość dalej prowadzi życie, jakie prowadzili i jakie prowadziłem ja 18-14 lat temu kiedy tam byłem. Przeważnie z obcymi na wynajmowanym. Oszczędzanie na potrzebach mieszkaniowych, żeby przyjechać dwa razy w roku na dwa tygodnie do Polski i się pokazać, a dwóch już nawet nie przyjeżdża, bo nie ma za co i nie ma po co, więzi popękały. Są to w większości ludzie, którzy mają już po około 40 lat i więcej, starzeją się i zasiedzieli się w obcym kraju, żyjąc od wolnego do wolnego, i tak minęło 20 lat. Poznałem kobietę po pięćdziesiątce, wynajmuje pokój, a w nim rozwalony materac bez stelaża na podłodze, syf i brud. Przygnębiający widok.
Po trzech dniach odwiedzin nawet moja żona stwierdziła, że jakoś inaczej wyobrażała sobie życie w Anglii. Cieszyłem się, że już nie jestem częścią tego kraju i udało mi się ułożyć życie w Polsce. Resztę czasu spędziliśmy na zwiedzaniu.
Ogólnie nie czułem już tego zachwytu co niegdyś, pojechałem z nostalgii do starego miejsca i starych znajomych, ale to już nie to samo co kiedyś, teraz miałem inny odbiór. Cieszyłem się z powrotu do domu, a jednocześnie jest mi przykro, że inni tam utknęli częściowo wbrew swojemu sumieniu i ideałom życiowym i starają się sobie wmówić, że jest dobrze. Nie jest dobrze, pamiętam, jakim świętem był wyjazd na wakacje do Polski i jak się na niego czekało, liczyło dni, szykowało i odkładało pieniądze 18 lat temu. Dwa tygodnie balangi, odwiedzania rodziny, znajomych, „chwaleniem się” tym, że się ma coś więcej od życia, a potem dopadało człowieka przygnębienie, kiedy musiał wracać. Ostatnie dni w Polsce to już było w zasadzie liczenie dni i przygotowywanie się do powrotu. To już im nie sprawia frajdy i mi też pewnie by nie sprawiało, bo co ma powiedzieć w Polsce 40-kilkulatek, że jest dalej kelnerem gdzieś na Wyspach, że z lotniska odbiera go co roku starzejący się ojciec, już pod siedemdziesiątkę, a on sam niczego się nie dorobił przez 20 lat w Anglii? Imprezy w Polsce skończyły się, starzy kumple w Polsce pozakładali rodziny i powyjeżdżali z miasta i coraz trudniej z kimś spędzić czas. A kiedy przylatujesz co pół roku czy rok do Polski, to widzisz, jak ludzie z dawnego otoczenia zmieniają samochody, kupują mieszkania i budują dom, I nagle zdajesz sobie sprawę, że to ty jesteś nieudacznikiem, a nie oni, ich pensje w Polsce zaczynają doganiać i wyprzedzać twoją.
Dużo omówiłem po alkoholu przez pryzmat moich doświadczeń z kolegą. Bardzo mocno wzięło mnie na przemyślenia i cieszę się, że nie jestem częścią tego emigracyjnego życia. Ostatni raz tam byłem.
Studiuję dość daleko od miasteczka rodzinnego. Gdy na Wielkanoc pojechałam do rodziców, zauważyłam, że tata — dobiegający 60., generalnie zdrowy mężczyzna — częściej chodzi do toalety. „Przeleciałam” w pamięci wizytę u nich na Boże Narodzenie i faktycznie, już wtedy chodził częściej, ale nie aż tak. Zażartowałam, czy nie ma powiększonej prostaty. On się oburzył, burknął, i myślałam, że sprawa zakończona.
Po sesji znów pojechałam odwiedzić rodzinę na dłużej. Okazało się, że tata jednak wziął sobie do serca mój niezbyt wybredny żarcik. Poszedł do lekarza. Jedno badanie, drugie, trzecie. I diagnoza: rak prostaty. Na wczesnym stadium, bez przerzutów, ale już do leczenia. Bardzo duża szansa na całkowite wyleczenie.
Mama mówiła, że nie zauważyła, młodszy brat chyba nie chciał się wtrącać. Nie mówię, że uratowałam ojcu życie... Ale badajcie się i zwracajcie uwagę na coś nietypowego.
Od 7 lat pracuję jako księgowy i mam już serdecznie dość tej roboty. Kilka tygodni temu ze znajomymi zrobiliśmy sobie maraton i obejrzeliśmy wszystkie części „Piratów z Karaibów”. W nocy przyśniło mi się, że jestem na Karaibach i zaciągnąłem się na piracki statek. Niby super sen, ale kim zostałem na tym pirackim statku? Księgowym...
Jestem mamą ponad rocznego dziecka, obecnie na urlopie, który niedługo się kończy i (mam nadzieję) wracam do pracy. Z narzeczonym niedawno kupiliśmy własne mieszkanie, on pracuje trochę zdalnie, trochę stacjonarnie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że od porodu nie poznaję siebie. Nie chodzi o dziecko, dziecko jest wspaniałe, jednak ja nadal przyzwyczajam się do nowej sytuacji. Do tego, że mam mało czasu dla siebie, do tego, że musiałam zmienić priorytety. Kiedy narzeczony jeździ do pracy, ja jestem w domu sama z dzieckiem, często nie jestem w stanie wypić na spokojnie kawy, zjeść obiadu, czasem o prysznicu mogę sobie jedynie pomarzyć. Nie mam czasu na stałe sprzątanie po dziecku, na sprzątanie mieszkania, a wieczorem jestem zmęczona, ale jednocześnie cieszę się, że wreszcie mogę zrobić rzeczy, które w ciągu dnia były nie do wykonania.
Nieco inaczej wygląda to, gdy narzeczony pracuje w domu, wtedy z reguły proszę go o przypilnowanie dziecka, a ja mogę spokojnie wziąć prysznic czy wypić kawę. Oczywiście nie robię z siebie męczennicy, czasem dni są lepsze i mogę nawet się umalować przed wyjściem na spacer i przy okazji zrobieniem zakupów. Wtedy też często słyszę od narzeczonego, że na spacery z nim się nie maluję. Czasem słucham przytyków, że nic nie ogarnęłam w kuchni, że mogłam wstawić pranie, a tego nie zrobiłam. Każde moje wyjście do sklepu to tłumaczenie setki razy, po co idę, „bo przecież wszystko mamy”. Kupić chleb? A po co, jest jeszcze. Tak, kuźwa, jest jedna kromka dla mnie na śniadanie, bo on rano kupi sobie bułeczki i pójdzie szczęśliwy do pracy, a ja rano muszę wyjść z dzieckiem kupić sobie coś, żeby nie głodować.
Czuję, że kompletnie się zatracam w tym nowym życiu, mam mało czasu, nie mam go na tyle, żeby jak kiedyś codziennie chodzić pięknie ubrana, umalowana i uśmiechnięta od ucha do ucha. I nie, nie żałuję, że mam dziecko. Kocham je najmocniej na świecie, z narzeczonym fizyczna bliskość nie ucierpiała, potrafię pozostawić granice, dziecko od dawna śpi ładnie w nocy w swoim pokoju. Czasem tylko chciałabym usłyszeć coś miłego na swój temat zamiast pretensji, że sobie nie radzę.
Jak miałem może 7-8 lat i byłem na wakacjach u rodziny na wsi, bardzo doskwierały mi komary. Pewnego dnia złapałem jednego komara do słoika. Następnie waliłem w słoik łyżką, krzyczałem, robiłem straszne miny, a nawet zanurzałem słoik w wodzie. Po kilku godzinach wypuściłem komara przez okno.
Miałem nadzieję, że ten udręczony komar opowie kumplom, że do tego domu lepiej nie przylatywać, bo mieszka w nim wariat. Niestety albo nie opowiedział, albo nie uwierzyli ;)
Mam około 170 cm i ważę jedynie 45 kg w wieku 14 lat. Jedna osoba z grona moich znajomych stwierdziła, że mam anoreksję i powinnam udać się do szpitala psychiatrycznego, bo tak nie może być. Z kolei rodzina oraz osoby znające mnie zdecydowanie lepiej wiedzą, że jem naprawdę dużo i w ich oczach powinnam już być otyła. Najbardziej w tym wszystkim denerwują mnie moi rodzice, którzy jak ja od zawsze byli chudzi. Jednak teksty w stylu „jeśli chcesz przytyć, to jedz więcej normalnego jedzenia, a nie same słodycze ci w głowie” i podobne są na porządku dziennym.
Ich obsesja na punkcie mojej wagi jest na tyle silna, że niedawno poszli ze mną do lekarza. Pani doktor zrozumiała, że mnie to denerwuje i mam dość, więc porozmawiała z moim tatą, pytając, czy w moim wieku on był równie chudy. Odpowiedział, że tak i moja mama też była chuda. Pani doktor podsumowała go jednym zdaniem: „Jeśli chce pan, żeby córka była gruba, to niech pan zaadoptuje sobie inną”.
Swoją żonę poznałem na studiach. W domu rodzinnym nie miała zbyt różowo, krótko mówiąc: patologia. Pomogłem jej się wydostać z tego bagna i zamieszkała u mnie. Przez kilka lat żyła na koszt mój i moich rodziców. Nikt do nikogo nie miał pretensji — przecież to nie pieniądze są najważniejsze, a i biedy nie klepiemy.
Skończyliśmy studia, wzięliśmy ślub. Moi rodzice dali nam sporo pieniędzy na dobry początek, jej rodzice też coś tam dorzucili (choć znacznie mniej). Nikt do nikogo nie miał pretensji. Zaczęliśmy pracę — zarabiałem trzy razy więcej od niej. Nikt do nikogo nie miał pretensji. Po pewnym czasie musiałem zmienić pracę na mniej płatną, przez co zarabialiśmy tyle samo. Nikt do nikogo nie miał pretensji.
Minęło trochę czasu — tym razem to żona zmieniła pracę i zaczęła zarabiać trzy razy więcej... Pretensji może i nikt do nikogo nie miał, ale pojawiły się delikatne sugestie, że powinienem zarabiać więcej. Parę miesięcy później żona dostaje podwyżkę — teraz już wprost mówi, że muszę zacząć szukać nowej pracy. Zacząłem szukać — znalazła się jedna praca, którą mógłbym polubić i w dodatku za niemałe pieniądze, niestety miałem za niskie kwalifikacje. Postanowiłem, że przemęczę się jeszcze parę miesięcy w aktualnej pracy, a w wolnym czasie będę zdobywał potrzebne kwalifikacje i jeszcze raz wezmę udział w rekrutacji.
Miesiąc do końca kursu — znajomi z docelowej firmy mówią, że mniej więcej w tym samym czasie będą otwierać nową rekrutację. Wtedy żona wyjeżdża na kilkudniową delegację, na której mnie zdradza, a następnie wyprowadza się do kochanka, zabierając ze sobą co bardziej wartościowe sprzęty, kupione w czasie, kiedy zarabiałem więcej. Kilka tygodni po wyprowadzce odzywa się, sugerując, że sprzęt, który został w domu (również w większości z czasów mojej przewagi), trzeba podzielić i najlepiej będzie, jak przeleję jej na konto połowę pieniędzy, za które go kupiliśmy.
Dzień rozwodu — linia obrony mojej żony wygląda następująco: co prawda mnie zdradziła, ale jestem darmozjadem, który nie szuka lepszej pracy, tłumacząc się jak pewien Ferdynand, że „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” i właściwie tylko generuję koszty, a ona ma dość klepania biedy (wspominałem już, że przez całą naszą znajomość na koncie mieliśmy zawsze co najmniej pięciocyfrową kwotę?). Szczęśliwie sąd, po zapoznaniu się z historią zarobków, nie uznał jej racji.
Dodatkowy smaczek — na rozprawie wymieniła jeszcze kilka moich przywar, z których część była nawet prawdziwa. Z rozmów ze wspólnymi znajomymi wynika, że jej kochanek ma je wszystkie, w dodatku znacznie bardziej zaawansowane. Jedyną jego przewagą nade mną są pieniądze.
Jak nazwać kobietę, która zostawia męża dla innego tylko dlatego, że ten drugi więcej zarabia?
Historia tak trywialna, że wstyd ją opisać nawet anonimowo – partner oszukał mnie na pieniądze. Zadłużył się na setki tysięcy złotych, sprawa wyszła na jaw, gdy mieliśmy już dzieci. Nie chciałam odbierać dzieciom beztroskiego dzieciństwa, relacja przetrwała. Utrzymuję wszystkich, partner spłaca długi. Cała sytuacja zniszczyła we mnie jakiekolwiek uczucia względem niego. Nie chcę odchodzić, nie sądzę, żeby zmieniło to cokolwiek na lepsze. Boję się napiętnowania, będąc samotną matką. Nie umiałabym zbudować innej relacji. Dzieci wyjechały na wakacje, a ja zrozumiałam, że bez nich nie mam najbliższej rodziny, a gdy dorosną, zostanę z człowiekiem, na którego trudno mi patrzeć. Chyba że się rozejdziemy, gdy on spłaci długi, a ja się zestarzeję. Tkwię i usiłuję wierzyć, że kiedyś odnajdę odwagę i wyobraźnię, by coś zmienić. Czuję się bardzo samotna.
Dodaj anonimowe wyznanie