#i2zb6
Ad rem. Dzieciak był niezwykle trudnym uczniem (ładnie mówiąc), nie odpowiadał na zadane pytania (czasami siedzieliśmy pół godziny w ciszy), nauka nie przynosiła żadnych efektów. Przez rok co tydzień powtarzaliśmy odmianę "to be". Na myśl o kolejnej lekcji cała się trzęsłam. Przy nim starałam się zachowywać spokój, chociaż nie jestem człowiekiem o wielkiej cierpliwości.
Co innego z wyobraźnią, którą mam zdecydowanie zbyt bujną. Gdy już ledwo wytrzymywałam, przed podniesieniem głosu i wyrzuceniem dzieciaka z lekcji ratowało mnie wyobrażanie sobie, że uderzam jego głową o kant biurka. Być może sadystyczne, ale jakoś dzięki temu mogłam zachowywać zewnętrzny spokój przez godzinę męki.
No odmień
Weź się..
Tato...
Bo nie odmienisz
Taa, nie odmienię...
@sinusoidazemniejest, To be or not to be
Uczysz się tego piąty rok w szkole i na kursach i wszystko to jak krew w piach!
Ta, od razu krew :(
Bo ty... mnie stresujesz
Ja Cię stresuję k.rwa??!!
Jak to się zakończyło?
Przyznam się, że ta metoda uratowała już nie raz moje dzieci...
"Czasami siedzieliśmy pół godziny w ciszy" - najgorszy możliwy typ korepetytora. Ani jako korepetytowana (miałam korepetytora lubiącego takie siedzenie), ani później, już jako korepetytorka, nie rozumiałam dlaczego ktoś uznaje takie siedzenie w ciszy za spoko wyjście. Korepetytor ma uczyć, a nie szukać frajerów, który zapłacą mu za siedzenie na dupie pod przykrywką "uczenia" (tak, wiem, że Autorka robiła to za darmo, ja mówię ogólnie). Kuźwa mać, jak ktoś nie wie to nie wie i najprawdopodobniej nic nie wymyśli, bez względu na to ile będzie siedział (po parunastu minutach takiego siedzenia, wiem z doświadczenia, człowiek przestaje się już nawet zastanawiać nad problemem). Strata czasu dziecka, które mogłoby mieć w tym czasie korepetycje z kimś, kto faktycznie będzie z nim pracował.
Prawda, jak ktoś nie wie, to nie wymyśli tego z powietrza. Ja się staram w takiej sytuacji podpowiadać, zadaję pytania, które prowadzą do odpowiedzi, w ostateczności podaję odpowiedź, jeżeli nie mam już innego wyjścia. Co to da, że będę siedzieć i się gapić na dziecko, tylko się zestresuje i tym bardziej nic nie powie.
Jak ja Cię rozumiem. Ja czasem byłam dla tych dzieci niemiła przez moment, zanim sie zreflejrowalam. Bo ile można tłumaczyć, że rodzice płacą za te lekcje, że to dla ich dobra. 4 tydzień z rzędu uczyć 12-letnie dziecko osób po angielsku może lekko zirytować. Jeżeli wiesz na dodatek, że to wszystko wynika z lenistwa
Kiedy uczysz dziecko w piątej klasie po raz trzeci odmiany to be (dziecko, które według rodziców ma w szkole same piątki i te lekcje mają być dla niego dodatkowe, bo jest nieśmiałe i boi się iść do szkoły językowej), naprawdę odechciewa się wszystkiego i po tych lekcjach czujesz się, jakby cię ktoś przeżuł i wypluł. Stosowałam kilka różnych metod, mnemotechnik, prac domowych, gier, piosenek, i nic. Dziecko nie chciało zapamiętać (na pewno mogło, bo bieżące tematy łapało prawie od razu). Na jego miejscu już bym się tego nauczyła dla świętego spokoju, bo męczyłam je tym prawie dwa miesiące na prawie każdych zajęciach.
To be kur...to be
"To be, or not to be, that is the question"
Jak starzy dzieciaka zmuszał do tego angielskiego to nic dziwnego że się wzbraniał ja też tak miałem z językami obcymi kiedy mnie w szkole moi zajebiście nauczyciele cisneli to nic mi nie wchodziło do łba taki mechanizm obronny czy coś ale jak się sam ZAINTERESOWAŁEM to teraz mówię już w 4 językach po angielsku rosyjsku kaszubsku i oczywiście po polsku ale najbardziej lubię mówić po rosyjsku nie wiem czemu heh
Chłopak miał szczęście, że nie trafił mu się typ, który na każdy błąd reaguje jakby uczeń odpowiadał za wojnę w Syrii, nie nakierowywał tylko patrzył jak się męczy albo traktował jak kompletnego debila.