#obg3e

W szkole podstawowej i w średniej miałem kolegów (koleżanki też), którzy zawsze trzymali się z dala od innych. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego tak robią. Uważałem, że to ich wybór i nie podobało mi się to oraz było mi ich żal. Stronili od ludzi, jakby mieli ich dość. A przecież ich życie dopiero się rozpoczynało. Z perspektywy czasu wiem, że na to mogli mieć wpływ toksyczni rodzice etc. Jeden na przykład miał tatę policjanta i była przemoc w rodzinie. Może i więcej niż przemoc. Ja zawsze byłem wesołym rozrabiaką. Praktycznie zawsze lubiany i przez prawie wszystkich. Rozweselałem innych i ciągle wymyślałem jakieś zwariowane sytuacje. Naprawdę nie nudzili się przy mnie. Dużo osób potrafiłem rozbawić, nawet odludków. Byłem dla wszystkich.

Na studiach trafiłem na super dziewczynę. Śliczna i niepowtarzalna. Każdemu się podobała. Ale jak już zaprzyjaźniłem się z nią i dałem do zrozumienia, co czuję, to wyjechała. Miała wrócić. Nie wróciła. Pobrałem się z inną. Urodził nam się syn. Było dobrze, ale... Z czasem... zawiodła mnie po całości. Rozwód. Straciłem żonę, rok potem umarła babcia, która była dla mnie jak mama, dwa lata później  zmarł tata. Eksżona wywiozła syna do Niemiec. Dużo by pisać, ale bardzo chciałem syna obok siebie. Zostałem sam jak palec. Depresja. Po pół roku wyszedłem z tego. Całkiem szybko. Poznałem kobietę. Rok minął i niewypał... Poznałem następną. Była dobra. I nagle na NK odnalazła mnie moja miłość ze studiów. Była przed rozwodem. Trzymałem się na dystans i namawiałem ją, by walczyła o małżeństwo. Rozwiodła się. Zaiskrzyło mocno między nami. Miłość. Szczęście. Kosmos! Niebo! Raj! Po kilku latach wzięliśmy ślub cywilny. Było super. Jak w bajce. Naprawdę. Ona była dumna, że jestem obok niej i ja byłem dumny, że ona jest obok mnie. Śliczna, kochana, dobra. Najlepsze lata naszego życia! Ale zaczęły się problemy. Najpierw z moim zdrowiem, potem inne przyziemne problemy, w efekcie rozwiedliśmy się. Straciłem kobietę, za którą oddałbym życie i która nadawała sens mojemu życiu...

Odkąd ją straciłem, nie mogę się podnieść. Minęło 7 lat. Jestem bardzo smutnym człowiekiem. Zgorzkniałym. Bez nadziei. Stronię od ludzi. Kiedyś nie mogłem żyć bez ludzi, teraz uciekam. Wiele we mnie złości, nienawiści, bólu i cierpienia. Straciłem sens życia. Próbowałem z inną kobietą. Cztery lata. Nie potrafię już kochać. Nie chce mi się żyć i nie widzę sensu dalszego życia. Nie wierzę, że jeszcze może mnie spotkać coś dobrego. Mam super syna. Wysoki, silny, dobry. I ma zawsze smutnego ojca. Nigdy nie byłem mięczakiem, lalusiem. Ale tego nie ogarniam...
Nazwauzytkownika9 Odpowiedz

Wygląda na to, że Twoje życie kręci się wokół kobiet i kolejnych związkowych niepowodzeń. Znajdź sobie jakieś hobby niezwiązane z komplikowaniem życia osobistego.

Meanness Odpowiedz

Może Pan spróbuje porozmawiać z przyjaciółmi, rodziną, psychologiem? Ważne, by był Pan zawsze zdrowy i szczęśliwy.

Dodaj anonimowe wyznanie