#sizhM
Jednym z jego pierwszych klientów był pan Piotr. Człowiek ten zakupił u mojego brata polisę na życie na kwotę 400 000 zł. Jednak zastrzegł, że jego rodzina ma o tym nie wiedzieć. A gdyby zmarł lub zginął to Tomek ma nie kontaktować się z jego bliskimi i nie załatwiać formalności aż do 1 stycznia po jego "odejściu", niezależnie od tego, w którym byłoby to roku. Brat kompletnie nie rozumiał o co chodzi, ale dopiero zaczynał swoją karierę, a prowizja za tę polisę przewyższała jego dotychczasowe zarobki na etacie, więc zgodził się bez mrugnięcia okiem.
Lata mijały i jesienią ubiegłego roku do Tomka dotarła informacja, że pan Piotr zginął w wypadku samochodowym. Minęły pierwsze dni i zero kontaktu od bliskich pana Piotra. Tomek długo bił się z myślami, ale postanowił spełnić obietnicę i zadzwonić dopiero 1 stycznia po nowym roku. W grudniu zaraz przed świętami brat przyjechał do naszego domu rodzinnego, zaraz po spotkaniu z żoną pana Piotra, która jednak zadzwoniła do niego dzień wcześniej. Blady jak ściana, zamyślony, nerwowy i wtedy opowiedział nam tą historię.
Okazało się, że kiedy klient kupił polisę na życie, napisał list i z wszystkimi dokumentami ubezpieczenia, schował go między bombki i ozdoby na choinkę. Co roku przed świętami wyciągał to i po rozebraniu choinki chował z powrotem. Po śmierci pana Piotra, gdy przyszły święta, jego żona z dzieciakami, wzięli się za ubieranie choinki. Nie wyobrażam sobie ich wzruszenia, gdy znaleźli tam polisę dla nich na 400 000 zł oraz list w stylu, "Jeśli to czytacie to znaczy, że mnie z wami nie ma, ale to jest numer do pana Tomasza, który pomoże wam załatwić formalności". Domyślam się, że w liście było więcej słów jednak mojemu bratu udostępniono tylko część, którą zacytowałam. Poryczałam się, gdy Tomek to opowiadał, a on sam podszedł po tym inaczej do swojej pracy i nie ma już poczucia, że wciska ludziom niepotrzebne rzeczy.
No, odszkodowanie za nieszczęśliwy wypadek komunikacyjny w pracy jest zawsze najwyższe.
Sam pracuję w korpo ubezpieczeniowej i zawsze klienci przy zawieraniu ubezpieczenia na życie żartują sobie, że najlepiej będzie im umrzeć jadąc do pracy samochodem.
Mój dziadek tak właśnie zginął jadąc samochodem do pracy, dziś mija kolejna rocznica i wszyscy woleliby, żeby umarł później, niż te pieniądze. Myślę, że to wlace nie jest najlepsza forma, a na pewno juz nie dla samego podzkodowanego, bo z pieniedzy juz i tak nic nie będzie miał ;)
kiwi - poszkodowany nic nie będzie miał, ale uprawnieni do odbioru odszkodowania tak (najczęściej rodzina), poza tym, jak podkreśliłem - klienci mówią to żartem, bo pierwsze co rzuca się w oczy, patrząc na ofertę to właśnie ta spora różnica należnych świadczeń za różne przyczyny zgonów.
No tak... Jednak ciężko czasem cieszyc się z tych pieniędzy, skoro dostaje się je, bo ktos bliski zginął.
Najlepiej tylko pod względem troski o to jak rodzina sobie poradzi.
Najlepiej tylko pod wzgledem triski o to jak poradzi sobie rodzina.Jednak czasem ciężko cieszyc sie z tych pieniędzy...
ciezko sie nimi pocieszyc, ale wtedy maja jakos zabezpieczony byt i za co pochowac, bo swiadczenie pogrzebowe od panstwa jest masakrycznie niskie(na ksiedza i trumne czasem starcza...)
Szkoda mi tego Pana Tomka:-( musial bardzo kochac rodzine
Sorry Piotra;-)
Ale to pan Piotr zmarł....
Mam łzy w oczach. Dobrzy ludzie zawsze niesprawiedliwie odchodzą...