Nie ma jeszcze połowy stycznia, a ja już nie mam za co żyć.
Wszystko dzięki mojej żonie, która porzuciła swoje postanowienie noworoczne o byciu oszczędną po tym, jak otoczyły ją zewsząd szyldy z napisem „wyprzedaż 70%”.
Łączę się w bólu ze wszystkimi głodującymi co roku w styczniu facetami.
Haha o tym samym pomyślałam! A co z oszczędnością na drodze ? W drodze do galerii nie miala zaciętych pasów , nie zatrzymała się na stopie i nie dostała mandatu ! To jest dopiero oszczędność
On też nie najmądrzejszy, skoro nie potrafi opanować swojej kobiety.
PrzezSamoH
Bez przesady z czepianiem się słówek. W związku muszą funkcjonować jakieś zasady i nie ma znaczenia płeć. Skoro żona autora jest rozrzutna, niegospodarna i strach dać jej dostęp do kasy to zwyczajnie autor powinien odciąć ją od swoich pieniędzy i wypracować jakiś wspólny system opłat na życie - jeśli oboje pracują, a jeśli tylko on zarabia to kieszonkowe jak dziecku, skoro jest nieodpowiedzialna. To nazwałam "opanowaniem".
Wyciągnij z tego naukę na przyszłość i pierwsze co rób po nowym roku to zabieraj żonę na wyprzedaże spożywcze :) "Ziemniaki 2kg w cenie 1" i już głód Ci nie straszny.
To po co masz wspólne konto... Jak kupiła sukienki to niech sobie je żre, a ty jedz za swoje, ewentualnie na mieście i jej mów, że też nie masz. Jak przegłoduje to zmądrzeje.
Ja jestem w zdrowym związku i wspólny budżet dotyczy u nas jedynie wspólnych rzeczy (jedzenie, artykuły domowe). Ja i moja mamy własne pieniądze. Ona kupuje rzeczy dla siebie za swoje, ja nabywam towary dla siebie za moje, ewentualnie czasem sobie dokładamy.
Jeśli nie masz za co żyć, to znaczy, że albo nie masz żadnego źródła utrzymania (co jest trochę dziwne), albo pozwalasz żonie wydawać bezrefleksyjnie Twoje ciężko zarobione (lub choćby otrzymane od państwa) pieniądze. W obu przypadkach nawet mi Cię nie żal.
Ja pomimo że nie jestem jeszcze żonaty to razem z dziewczyną mamy 3 budżety. Jeden domowy - rachunki, jedzenie plus odłożone pare groszy na sytuacje typu zepsuła się pralka, lodówka telewizor cokolwiek.
Ja mam swoje pieniądze które odkładam ze swojej pensji na swoje zachcianki i ona ma swoje pieniądze za które kupuje swoje ciuchy, buty itp. Ustaliliśmy to od razu w momencie kiedy postanowiliśmy zamieszkać razem.
Może też powinieneś to omówić z żoną ?
Przecież jest oszczędna - kupuje na wyprzedażach.
Haha o tym samym pomyślałam! A co z oszczędnością na drodze ? W drodze do galerii nie miala zaciętych pasów , nie zatrzymała się na stopie i nie dostała mandatu ! To jest dopiero oszczędność
Im więcej kupiła tym więcej zaoszczędziła :)
Boże, ale głupia baba.
On też nie najmądrzejszy, skoro nie potrafi opanować swojej kobiety.
Bez przesady z czepianiem się słówek. W związku muszą funkcjonować jakieś zasady i nie ma znaczenia płeć. Skoro żona autora jest rozrzutna, niegospodarna i strach dać jej dostęp do kasy to zwyczajnie autor powinien odciąć ją od swoich pieniędzy i wypracować jakiś wspólny system opłat na życie - jeśli oboje pracują, a jeśli tylko on zarabia to kieszonkowe jak dziecku, skoro jest nieodpowiedzialna. To nazwałam "opanowaniem".
Wyciągnij z tego naukę na przyszłość i pierwsze co rób po nowym roku to zabieraj żonę na wyprzedaże spożywcze :) "Ziemniaki 2kg w cenie 1" i już głód Ci nie straszny.
to jak jej dajesz swoją kartę lub masz wspólną, to sam jesteś sobie winny.
Myślenie pokroju ,, moje pieniądze są moje, a twoje są nasze"
To po co masz wspólne konto... Jak kupiła sukienki to niech sobie je żre, a ty jedz za swoje, ewentualnie na mieście i jej mów, że też nie masz. Jak przegłoduje to zmądrzeje.
Ja jestem w zdrowym związku i wspólny budżet dotyczy u nas jedynie wspólnych rzeczy (jedzenie, artykuły domowe). Ja i moja mamy własne pieniądze. Ona kupuje rzeczy dla siebie za swoje, ja nabywam towary dla siebie za moje, ewentualnie czasem sobie dokładamy.
Jeśli nie masz za co żyć, to znaczy, że albo nie masz żadnego źródła utrzymania (co jest trochę dziwne), albo pozwalasz żonie wydawać bezrefleksyjnie Twoje ciężko zarobione (lub choćby otrzymane od państwa) pieniądze. W obu przypadkach nawet mi Cię nie żal.
Powodzenia!
Przynajmniej wspólnie z żoną będziecie głodować.
Ja pomimo że nie jestem jeszcze żonaty to razem z dziewczyną mamy 3 budżety. Jeden domowy - rachunki, jedzenie plus odłożone pare groszy na sytuacje typu zepsuła się pralka, lodówka telewizor cokolwiek.
Ja mam swoje pieniądze które odkładam ze swojej pensji na swoje zachcianki i ona ma swoje pieniądze za które kupuje swoje ciuchy, buty itp. Ustaliliśmy to od razu w momencie kiedy postanowiliśmy zamieszkać razem.
Może też powinieneś to omówić z żoną ?