#vWPIP
Takie rzeczy, jak:
- niemycie rąk (na zapleczu, przy kliencie w rękawiczkach),
- sprzedawanie mięsa, które upadło na ziemię,
- do starawego mięsa dodawanie przypraw ( plus oczywiście wyższa cena),
Było normą.
Czasem ruch był tak duży, że przywiezione rano mięso stało na palecie na zapleczu w temperaturze pokojowej pół dnia, bo trzeba było obsługiwać klientów.
Jednak kiedy K zarzygała kuwetę z mięsem mielonym, a szefowa kazała jej zamiast wywalić całość - to zebrać z wierzchu i wymieszać, K stwierdziła, że czas uciekać. Okazało się, że jest w ciąży, więc przyniosła zwolnienie i więcej się tam nie pokazała.
Do dziś pamiętam jej słowa - jeśli chcesz mięso mielone, sama wybierz kawałek szynki, czy innego mięska i niech zmielą przy tobie...
Brzmi jak gastro... Zgniły melon pokryty futrem z pleśni? Odciąć to „niefajne” i reszta na talerz dla klienta! „Za dużo” sałaty wyrzucone do pomyj (czyli małe kawałki listków przy samym głąbie)? Wyjmujemy z pomyj, płuczemy i dawaj na talerz! Resztka rozpuszczonych lodów w poprzednim opakowaniu? Wyskrobać do ostatniej kropelki i do nowego pudełka! Zgniłe/ spleśniałe truskawki jadące winem na kilometr? Do zblendowania, to będzie pyszny sos truskawkowy do deserów! Nic, absolutnie nic nie może zostać niesprzedane, bo jakie straty. A hajs się musi zgadzać, przecież po zjedzeniu pleśni nic się nikomu od razu nie dzieje, więc jak klient zachoruje, to na nas zwalić nie można. Pewnie zjadł wczorajszego kotleta w domu 🤷♂️
I to się, kochani, w gastro nazywa OSZCZĘDNOŚĆ.
Beznadzieja XD Ale nie wszędzie tak robią, zdarzyło mi się pracować w fast foodzie ze smażonym kurczakiem w nazwie i tam na serio trzeba było wyrzucić wszystko, co było chociażby i kilka godzin po terminie, nawet jak wygladało ok.
Ja też pracuję w fastfoodzie i dla mnie to są "najbezpieczniejsze" miejsca do jedzenia. Oczywiście zdarza się, że coś leży dłużej, niż powinno (chociaż cały czas jak najbardziej nadaje się do jedzenia), ale terminy ważności są pilnowane bardzo rygorystycznie. I nie ważne, że to jest np. cynamon, któremu kompletnie nic się po tym terminie nie dzieje. Od razu idzie do kosza albo ktoś sobie zabiera do domu. Ogólna higiena podczas przygotowywania jedzenia też jest bardzo spoko.
Pracuje w gastro już całkiem długo, w zakładzie mięsnym tez zreszta pracowałam i w życiu się z takim podejściem nie spotkałam... stale wpajano pracownikom do głowy ze wszystko musi być higieniczne, nawet słomki do napoi nie można dotknąć ręka tylko są specjalne szczypce....
Najbezpieczniej po prostu nie jeść mięsa.
Też pracowałam na dziale wędlin. Akcja reanimacja to norma. Kabanosy smarowalismy olejem, gdy były już stare, kurczaka się mylo, stare mięso w Przyprawy i na sprzedaż. Zepsuta kaszanka i tak do klienta, tylko zawinieta w 3 worki,żeby nie śmierdzialo od razu. I mogę najlepsze hity : odcielam sobie opuszek na krajalnicy. Procedura taka, że ja na pogotowie po zastrzyk i szycie jeśli trzeba, krajalnica do mycia i odkazania, a wędlina skażona krwią na stary. W praktyce było tak : wedline za mnie dokroila kierowniczka i dała klientce, krajalnica nie umyta, a mi zawineli palec w chusteczke i kazali dalej robić, bo nie mają kogo postawić. Uparlam się, że chce na pogotowie, ale nie chcieli mnie puścić. W końcu chłopak po mnie przyjechał.
Jak dla mnie jestes dnem :( jak mozna tak robić drugiemu człowiekowi...
Glizdencja a kto powiedział, że ona chciała tak zrobić? Widać ze dziewczyna młoda albo nowa w sklepie, zaraz za krajalnice chwyciła kierowniczka, a ta pewnie nie miała nic do gadania.
jakbym słyszała moją historię, tylko u mnie jeszcze klienta na mnie krzyczała czemu dalej nie kroje jej wędliny bo jej się spieszy. a ja z odciętym opuszkiem stałam pod wodą i czekałam na chłopaka aż zabierze mnie do lekarza.
Ja teraz strasznie sie boje cokolwiek kupowac odkad pracuje w sklepie. Zatrudnilam sie w sklepie gdzie robilam zakupy od lat. Kiedy dziewczyna mi pokazywala pierwszego dnia jak wypelnic beczki z ogorkami to myslalam ze zwymiotuje. Pare jej spadlo bo oryginalna beczka jest tak ogromna ze potrzeba drabiny. Wlozyla jak gdyby nigdy nic a innym razem widzialam jak chlopak nabiera kapuste rekami. A ja przeciez pamietam jak za dzieciaka moj tata kupowal te ogorki bo byly lepsze niz z sloikow. Innym razem widzialam jak czasem mieszaja przedatowane zupy w pojemnikach z nowymi i tak sprzedaja. Takie wyznania jeszcze bardziej sprawiaja ze najlepiej byloby kupowac lokalne produkty i tyle 🤢 Tylko malo kto ma na to pieniadze.
Ja po pół roku pracy w "restauracji", gdzie smażone kurczaki od dziadka Andersa sprzedawali mam mdłości, za kazdym razem kiedy przechodzę obok tego przybytku.
Kilka osób przyłapałam na nie myciu rąk po skorzystaniu z wc, oblizywaniu palców po każdym produkcie, który kładziony był na kanapkę albo do sałatki, dłubaniu w nosie i robieniu jedzenia jednocześnie. Po zwróceniu przeze mnie uwagi, że tak się nie robi, słyszałam "dla Ciebie tego nie robię, to się nie wtrącaj." 🤮
Takie akcje to norma wszędzie gdzie przerabia/handluje się jedzeniem.
Nie, nie, nie. Nie wszędzie. Dorabiam w małym sklepie od dłuższego czasu. NIGDY nie sprzedajemy czegoś, co spadło na podłogę, produkty po terminie wyrzucamy (chociaż rzeczy typu olej bierzemy do domu), wędliny, które leżą np dwa trzy dni, sprzedajemy za grosze dla piesków, lub wyrzucamy. Wyrzucamy zresztą wszystko, co jest na wagę i leży trochę dłużej. Warzywa też, sałaty itp leżą maks dwa dni. Więc serio, nie wszędzie...
I dlatego właśnie mielone kupuję tylko to wybrane przeze mnie i mielone na moich oczach.
Ta najlepiej wziąć dzidę, iść samemu na polowanie, upolowaną zdobycz samemu oprawić, wypatroszyć i przyrządzić, a i tak nie wiadomo co nasza ofiara jadła, czy nie ma żadnych chorób, pasożytów.
Rocanon ma rację. Zeierzęta hodowlane są potwornie faszerowane antybiotykami, hormonami i innym dziadostwem, nie wspominając już o karmie. W sklepach nie warto kupować mięsa. Najlepiej byłoby mieć zaprzyjaźnionego gospodarza, ale tu z kolei mięso nie jest badane od chorób itp.
Właśnie, że mięso przed spożyciem musi być zbadane przez weterynarza i zawsze jest.
Miałam na myśli pana Staszka albo innego Włodka, który dzieli się mięskiem na lewo.
Masz pewność, że maszyna do mielenia jest czysta w środku i nie siedzą w niej resztki mielonego sprzed dwóch dni? Ja głównie z tego powodu przestałam kupować już roztłuczone schabowe - tych maszyn nie idzie dobrze domyć.
I właśnie dlatego ja przestałem jeść. Wszędzie bakterie,brud,antybiotyki. Polecam.
ZapachZimy uwież mi, że mój tata jest rolnikiem i wszystkie świnki muszą być przebadane na różnorakie choroby nawet kilka razy i oczywiście najwięcej 24h przed ubojem
Pracowałem też w gastro, takim małym punkcie w galerii z wietnamskim jedzeniem i przysięgam, zdziwiłem się nieziemsko. Wszystko było świeże, zostało pół naczynia sosu? Wylewamy, a następnego dnia robimy nowy, dokładnie taki sam. Tam jedzenia się nie marnowało, tylko wyrzucało niezdatne produkty. Nie mogłem się nadziwić, że nie było nic O czym tyle słyszałem...
Tylko pracowników wykorzystywali jak cholera sam się czułem jak azjatycka tania siła robocza. Na dodatek oszukali tyle razy, że się zwolniłem.
"Zawsze jadam w takich miejscach (bar mleczny), tu jest dużo ludzi, wszystko jest świeże". "Dodajesz coś od siebie do tego sosu? Nie, ale czasem z kumplem lejemy do frytek"
Ja tez pracowalam w miesnym I bylo dokladnie tak, jak piszesz. Mieso jest juz nadpsute I troche zielonkawe? Do marynaty I upiec, sprzeda sie drozej. Mycie wedlin, bo juz troche zalatuja bylo norma. Do tego zmielone resztki roznych mies sprzedawane jako mielone z szynki, gdzie szynki na oczy nie widzialo. Stare piersi z kurczaka przerabiane na piekne, kolorowe szaszlyki. Duzo mrozonego miesa. No I wystawianie na promocje i polecanie wedlin juz dawno po terminie, tez watpliwej swiezosci. Nie wytrzymalam tam dlugo.