#wJo3W
Co było najgorsze podczas pogrzebu? Msza? Nabożeństwo? Pochówek? Nie. Kondolencje.
Ostatnie pożegnanie przeszłam całkiem nieźle, bo śmierć Mamy od dawna była kwestią czasu, więc w jakiś sposób byłam na nią przygotowana. Niestety, to, co miało pomóc (czyli wyrazy wsparcia i współczucia), było tym, co mnie najbardziej zdewastowało. Wyobraźcie sobie - kilkadziesiąt bliższych i dalszych osób, kompletnie załamanych i zaryczanych, którzy łamiącym głosem cię pocieszają i mówią, że "będzie dobrze", choć same w to nie wierzą. Efekt był taki, że te wszystkie zapewnienia tylko zburzyły moje jako takie pozytywne nastawienie. Jakby tego było mało, nie brakło osób, które podchodziły z tekstami "I jak wy sobie teraz poradzicie?", "Będzie wam ciężko." czy "Umarła za młodo, to niesprawiedliwe" - no dzięki, te słowa na pewno mnie podniosą na duchu, to jest to, czego teraz potrzebuję. Serio myślicie, że "Boże, ile ona musiała wycierpieć" zadziała pokrzepiająco? Po co mówicie takie rzeczy?
Ale najgorsze było usłyszeć od ponad 20 osób "Mama cały czas patrzy na ciebie z góry". Bóg mi świadkiem, że przez miesiąc od pogrzebu nie potrafiłam pójść do toalety bez myślenia o tym, że Mama na mnie patrzy. To głupie, ale ten tekst odarł mnie z poczucia prywatności na kilka tygodni. Wiem, że intencje były dobre, ale wyszło jak wyszło.
Byłoby mi o wiele prościej bez tych kondolencji.
Problem był także później. Tata ciężko znosił odejście Mamy i trudno było mu się z tym uporać. Tym bardziej nie pomagał fakt, że niemal za każdym razem, gdy wychodził z domu, to spotykani znajomi na jego widok robili smutne miny i grobowym głosem pytali "Jak sobie radzisz?" - niektórzy po kilka razy na tydzień. Wiem, że intencje były dobre, ale przypominaniem na każdym jednym kroku o czymś tak bolesnym naprawdę nie pomaga. Tym bardziej, że niektórzy ciągnęli temat pomimo wyraźnej niechęci taty - i to np. przy mrożonkach w Biedronce, bo akurat tam się spotkali. Jako obserwator mogę zaręczyć, że po każdej takiej "pokrzepiającej rozmowie" tata był jeszcze bardziej zdołowany.
Wierzcie lub nie, ale dużo bym dała, żeby w tamtym czasie ktoś mnie zaprosił do baru na piwo czy wypad do kina. Żeby jakoś się od tego oderwać, żeby trochę się pouśmiechać i odreagować. Owszem, nie każdy tego chce/potrzebuje, ale wierzcie mi na słowo - kiedy borykasz się z bolesną stratą, to prawdziwą katorgą jest wyciąganie tej sprawy wciąż i wciąż, a w dodatku oczekiwanie, że będzie się non stop chodziło smutnym. Żałoba to ciężki okres, więc naprawdę warto najpierw delikatnie wybadać podejście danej osoby, niż przy każdym spotkaniu walić smęty i rozdrapywać bolesne rany na nowo.
Czasem to, że nie powiecie na ten temat ani słowa będzie najlepszym wsparciem.
Dlatego nigdy nie składam kondolencji. Zamiast tego przytulam osoby pogrążone żałobą. Czasami słowa są zbędne.
Bo co tu mowic...
Słabe porównanie, ale po tragedii w Smoleńsku było mi strasznie smutno, że Marta Kaczyńska musiała na każdym kroku widzieć przypomnienie o nagłej śmierci obojga rodziców... pomyślałam o tym po raz pierwszy, kiedy wracając z uczelni spojrzałam na telebim reklamowy na budynku kina, a na nim zamiast reklam była czarna wstążka...
Pomyślmy też co muszą czuć rodziny, które pogrzebały swoich bliskich, chodziły na ich groby, modlili się nad nimi, "rozmawiali" z pogrzebanym bliskim, a po kilku latach okazuje się, że ekshumacja pokazała, że w grobie, w którym miał być mąż, brat, ojciec są szczątki kilku zupełnie obcych ludzi. Dwie nogi, trzy ręce... Każdy krzyczy zamach, wina Tuska, a nikt nie pomyśli co te rodziny teraz czują. Jak zostały oszukane.
po co ten komentarz
po ciornik
"Bóg tak chciał"- słowa, którymi babcia mnie "pocieszała" po śmierci mojej mamy.
Cóż, masz rację, każdy przechodzi żałobę na inny sposób. Moja najlepsza kumpela zmarła kilka lat temu w wypadku. I akurat ja czułem się lepiej, kiedy ludzie pisali mi "Jejku, nie wiem co mam ci powiedzieć, bardzo mi przykro", "Nigdy o niej nie zapomnimy" albo podchodzili na przerwach i pytali o to jak sobie radzę. Ja po prostu nie chciałem o niej zapomnieć, chciałem czuć, że ludzie się o mnie martwią i że im też jest smutno, sam też chciałem czuć smutek. Nie wyobrażałem sobie bycia szczęśliwym i nie chciałem być szczęśliwy. Po około roku żałoba mi przeszła, chociaż nadal mam gorsze chwile. Więc gdyby mnie ktoś zaprosił na wyjście gdzieś, to chyba bym powiedział, że jest niepoważny, a przynajmniej bym tak pomyślał.
o, właśnie, ludzie są różni i różnie to przeżywają, a po prostu konwenanse są dostosowane bardziej do takich jak Ty. Przecież nikt nie dobija autorki specjalnie, każdy chce pokazać, że jednak go to obchodzi i wydaje się, że jakby nie powiedział nic, to zachowałby się nieładnie.
Ja jedynie oferuje pomoc i tyle. Nie powiem ze "wiem co czujesz" bo nie wiem, zreszta co takie gadanie pomoze? Pamietam jak mojej kolezance umarl tata i tyle ludzi oferowalo swoja pomoc a jak przyszlo co do czego to nik nie mial czasu...
Dlatego ja mi moja rodzina poprosiliśmy, żeby ksiądz powiedział, że nie życzymy sobie składania kondolencji.
A ja myślę, że każdy przechodzi takie coś inaczej i to ty musisz powiedzieć innym czego potrzebujesz, a nie inni muszą się domyślać. Jednym będzie lepiej jak każdy będzie do tego wracał i będzie pocieszał w ten sposób a innym lepiej będzie jak nigdy więcej nie wspomnisz o pogrzebie, żeby nie zadręczać.
Powiedzmy sobie szczerze, jak widzisz osobę, której właśnie zmarła mama i byłeś na pogrzebie z nią itd to raczej trochę dziwną rzeczą będzie podejście do niej i powiedzenie „wiem ze umarła ci mama ale pojdziemy do baru”? ja raczej podchodzę i pytam się jak sobie radzi taka osoba, że wszystko będzie okej.
Powiedz innym czego potrzebujesz, to ty zaproś innych do baru i pokaz, że potrzebujesz rozrywki.
Gdyby mojej koleżance umarła mama ostatnie co bym zrobiła to zaprosiła ją do kina.
Serio? Człowiek, któremu właśnie ktoś umarł ma mówić każdemu z osobna, czy jakoś zebrać wszystkich w tłumie i oznajmić "proszę mnie pocieszać tak i tak, proszę nie mówić smutnych rzeczy"? o.o Osoba, której składa się kondolencje bardziej ma się przejmować tym, co ktoś do niej powinien powiedzieć, niż osoba składająca kondolencje?
Uważam, że to głupi i niepotrzebny zwyczaj, właśnie z powodów wyżej wspomnianych przez autorkę. To mają być słowa otuchy, a nie dobicie leżącego.
Ryczenie w twarz komuś, kto ledwo się trzyma, bo to jemu/jej właśnie zmarła bliska osoba jest antyproduktywne.
I nikt nie mówi, żeby na pogrzebie oferować wypad na imprezę, ale może PO pogrzebie, zamiast oferować durne "musi być wam bardzo ciężko" można spytać "czego potrzebujesz"?
Parę miesięcy temu zmarł wuj (brat babci)
Na pogrzebie moja kuzynka, wnuczka zmarłego była no wiecie... Smutna, we łzach, wszystkie ciocio-babcie, babcie, wujkowie przychodzili ze łzami w oczach do niej i mówilo o tym.
Ja z rodzicami i bratem podeszliśmy ostatni, tak się na nią (kuzynkę) patrzę i mówię "czemu płaczesz?
On nie chciał, żeby jego mała dziewczynka płakała za nim, miałaś się śmiać" (wujcio zawsze mówił, że na pogrzebie mają lecieć żarty i ma być wesoło - tylko ja sobie to wziąłem do serca). Przytuliłem ją (i moze to niestosowne na cmentarzu), ale ją po prostu wyniosłem, pogadaliśmy parę godzin i pod koniec dnia znowu płakała, ale tym razem ze śmiechu =)
Niestety zawsze tak jest.. Ludzie chyba nie wiedzą jak się zachować, jak powinni działać i robią co uważają za słuszne. Fakt, że każdy inaczej reaguje i inaczej to znosi. W sumie trudno "dopasować się" do sytuacji. Jedni woleliby być pocieszani, inni zapomnieć, a jeszcze inni wychwalać i rozpamiętywać.. To trudne, nagle zostać uderzonym takim obrotem akcji - i dla tej "poszkodowanej" osoby i tej, która jest blisko oraz chce zrobić cokolwiek, coś najlepszego, by tylko ulżyć jakoś w tym smutku, żałobie itd. To po prostu skomplikowane. Myślę, że od tego są przyjaciele / rodzina / partner/ka, by wyczuć, co nam jest potrzebne w danej chwili - powinni nas na tyle znać, by to wiedzieć i nawet jakby mieli nic nie mówić, powinni być obok. Chyba bliskość, zaufanie oraz stabilne ramię jest w must have.
Podpisuję się obiema rękami pod tym co napisałaś. Te płytkie tekst w stylu "wiem co czujesz" albo najgorsze "jak wy sobie poradzicie" są tak nie na miejscu, że czuję się zażenowana za osoby, które tak mówią.