#zSV56

Zaznaczę, że to wyznanie nie zawiera znienawidzonego morału, nie opowiada o depresji, traumatycznym dzieciństwie ani nie jest próbą atencjonowania się. Dodaję je, bo to, co mnie spotkało, może pomóc też komuś innemu.

Jestem kobietą, niedawno skończyłam 31 lat. Mogę śmiało powiedzieć, że lubię moje życie, siebie, ludzi dookoła i choć czasem trafiają się gorsze chwile, radzę sobie z nimi, a co najważniejsze - nie boję się już problemów, jakimi świat niespodziewanie może we mnie rzucić. Do niedawna byłam skończoną pierdołą życiową - niewiele umiałam, sprawy urzędowe mnie przytłaczały, grono znajomych drastycznie się kurczyło, z rodzicami praktycznie nie utrzymywałam kontaktu, nie miałam skończonych studiów, pożytecznych kursów, konkretnych kwalifikacji... No po prostu nic, co by wyrwało mnie z pracy przynoszącej średni dochód (kelnerka), znienawidzonej stancji i nadało życiu (a raczej egzystencji) jakiś sensowny kierunek. Istniałam z dnia na dzień, trwoniłam czas i żyłam przeszłością, mając mnóstwo planów i marzeń, a także zero energii na próbę ich zrealizowania. Byłam zwykłym leniem. Wiedziałam, że zmarnuję życie, jeśli dalej będzie to tak wyglądać, ale zwyczajnie nie miałam pomysłu jak się wyrwać z tego marazmu. Aż trzy lata temu poznałam N. Uprzedzam - to nie była miłość, nie jest nią teraz.

N. przyjechał do Polski z dość daleka, bo aż z Zelandii (Dania). Ja byłam w pracy, on wpadł do naszego lokalu jako klient. Rozmowa potoczyła się, oczywiście, po angielsku. Mam czasem prospołeczne zrywy, to i zagaiłam, skąd przyjechał - i się dowiedziałam. Był bardzo mile zaskoczony, kiedy dorzuciłam, że uczę się na własną rękę języków nordyckich; niedługo potem spytał mnie o coś w swoim rodzimym duńskim, ja jakoś wydusiłam z siebie odpowiedź. Był naprawdę sympatycznym człowiekiem i kiedy jakiś czas później udało nam się stopniowo zakumplować, byłam naprawdę szczęśliwa. N. to niesamowicie pozytywna osoba, pełna zainteresowań, radości życia, wie jak zmotywować do działania. Dzięki rozmowom z nim stopniowo udawało mi się zmierzyć z własnymi demonami, podjąć studia, na poważnie rozpocząć parę kursów językowych i kwalifikacyjnych. Motywował mnie, gdy większość we mnie nie wierzyła, zmuszał mnie, bym ja sama uwierzyła w siebie. Był moim aniołem stróżem, można powiedzieć. Im dłużej się znaliśmy, tym większego rozpędu nabierało moje życie. Z grubej, leniwej dziewczyny zaczęłam zmieniać się w ambitną, zadowoloną z życia kobietę. Dzięki N. stałam się tym, kim jestem teraz. Ale co w tym anonimowego?

N. nie istnieje. Nie mogąc znieść tego, kim jestem, wymyśliłam go, w wyobraźni odgrywałam nasze rozmowy, spotkania. Wszystko po to, by mnie to zmusiło do zmiany życia na lepsze. I pomogło. Oczywiście nikomu nie powiem, że z marazmu wyrwał mnie wymyślony przyjaciel.
dzikiktos Odpowiedz

Tak czytam i myślę, że to pewnie kolejne słodko-pierdzące wyznanie o wielkiej przyjaźni, spełnieniu marzeń bla bla... a tu nagle ten ostatni akapit. Fajne wyznanie, na takie zakończenie bym nie wpadł, no i pozazdrościć wyobraźni ;)

scor Odpowiedz

Skoro działa, jest to dobre. Powiedziałbym pozdrów N, ale to chyba nie podziała.

Bezszelestnieeeee Odpowiedz

Dużo osób ma w sobie krytyczny głos, który w myślach szepcze samokrytycznie uwagi "wyglądam dzisiaj slabo, mogłem to zrobić lepiej, zachowałem się jak debil", więc Ty go wykorzystałaś w najlepszy sposób i przekształciłaś na głos mobilizującego przyjaciela.

Feniks06

Jak się dobrze zakumplują to do przyjaciela dołączy jeszcze przyjaciółka o dźwięcznym staropolskim imieniu Schizofrenia.

Kamarias Odpowiedz

Aż założyłem konto, aby dodać ten komentarz - to definitywnie wyzwanie, które zrobiło na mnie największe wrażenie.

Lewkonja Odpowiedz

N jak Nie-istnieje?

KryzysTworczy

Znając życie: N jak Niels, bo to takie stereotypowe skandynawskie imię.

deadboy27 Odpowiedz

W sumie smuci mnie wciąż to mówienie, że osoby pracujące w gastronomii to najniższy szczebel społeczny i jeśli ktoś dalej się nie "rozwija", nie robi miliona kursów i szkoleń to jest nikim i generalnie najgorszy rodzaj człowieka, bo przecież nie pnie się po szczeblach kariery i nie jest "kimś". Przestańcie shamingować zawód kelnerki i osoby, które niekoniecznie chcą pracować w korporacji albo zakładać firmy, bo to nie jest ultimate goal wszystkich i takie osoby wcale nie są gorsze i "leniwe", bo może tak im pasuje. Nie tyczy się to tego wyznania, tak chciałem to z siebie wydusić.

sekas

@deadboy27 Racja. siedzę w gastro od 6 lat, nie mam żadnego kierowinczego stanowiska i wiem, że praca ta wcale nie jest łatwa. Użeranie się z ludźmi, praca fizyczna i do tego praca z pieniędzmi. Nie mówię już o poker face nawet jak masz zły dzień. Poza tym.. w tym momencie, wliczając napiwki zarabiam tyle, ile mój chłopaj w wielkim korpo po doktoracie :)

agabo5 Odpowiedz

Bosz, też jestem człowiekiem, który górę przeniesie jeśli tylko ktoś go do tego zmusi:/ Chyba muszę wymyślić sobie przyjaciela, bo życie przecieka mi przez palce, a ja stoję w miejscu, zero motywacji:/

Angel12345 Odpowiedz

Super

MrsMarvel Odpowiedz

O kurcze, tego się nie spodziewałam. Fajnie, że ci się udało, sama bym spróbowała takiej metody gdyby nie fakt, że już próbowałam i zawsze rozmowy z takimi "przyjaciółmi" kończyły się na stwierdzeniach, że jestem gównem, są osoby ktore zrobią wszystko lepiej więc po co ja sie pcham bo i tak tylko spartacze robotę... Kiedy nawet wymyślone osoby w ciebie nie wierzą.

Niezywa Odpowiedz

Właśnie tak mi nie pasowało, że jak to określiłaś pierdoła życiowa, nagle zagadała do jakiegoś super gościa. Też lubię sobie marzyć, czasem pomaga, ale nie u wszystkich zmieni to życie o 180 stopni.

Zobacz więcej komentarzy (7)
Dodaj anonimowe wyznanie