Jestem matką od ponad roku. Mam zdrową, cudowną córeczkę i męża, którego kocham. Wszystko wygląda pięknie. Mąż na nas zarabia, mamy własne mieszkanie. Problem zaczyna się w momencie, w którym pomyślę o sobie. Każdy dzień wygląda tak samo, żadne zaskoczenie. Dom, sprzątanie, pranie, zabawy itd. Jedyną ucieczką od rutyny jest wyjście do szkoły zaocznej, więc dwa weekendy w miesiącu. Chcę się dostać do służb, odkładałam to, bo chciałam, żeby młoda spokojnie dorosła do żłobka. Teraz zaczynam myśleć o tym, żeby złożyć papiery. Powiedziałam o tym mężowi. Niestety powiedziałam to w taki sposób, że sam postanowił złożyć kandydaturę. Ja domyślnie zostaję z dzieckiem, on się realizuje...
Czy to takie dziwne, że chcę wrócić do pracy? Że chcę rozwijać się zawodowo? Cudownie jest siedzieć z dzieckiem, ale ile można? Mam 23 lata i chcę wreszcie zrobić coś dla siebie. Nie dla córki i męża, tylko wreszcie dla siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie
Naprawdę musisz codziennie prać? A poza tym, absolutnie nie daj sobie odebrać ambicji. Córka ma ponad rok, więc może iść do żłobka, a poza tym opieka nad nią to też obowiązek twojego męża, a nie że on się realizuje i to jeszcze tam, gdzie ty chciałaś się realizować, a ty będziesz siedzieć z dzieckiem. Złóż papiery i tak. Jeszcze może się okazać, że ciebie przyjmą, a jego nie. Tym bardziej jeśli twoja szkoła zaoczna jest z tym jakoś związana, a jego praca nie. I właściwie w jaki sposób powiedziałaś mężowi, że chcesz złożyć papiery, że sam postanowił złożyć kandydaturę, wiedząc że praca w służbach to twoje marzenie? Masz prawo wrócić do pracy i zrobić coś dla siebie.
A dla kogo urodziłaś córkę? Dla babci?
Sama sobie tej córki nie zrobiła. Dziecko jest obowiązkiem zarówno matki, jak i ojca, a nie że ojciec pracuje, realizuje się (i to w przypadku tam, gdzie żona chce się realizować), a matka siedzi w domu i zajmuje się dzieckiem i domem. Bycie matką nie równa się, że jedyną twoją ambicją staje się opieka nad dzieckiem, że tylko w tym się realizujesz, nawet jeśli dziecko było planowane i wyczekiwane. Jej córka kiedyś dorośnie, przestanie potrzebować opieki 24/h na dobę (a przecież autorka nie chce zostawić córki bez opieki, tylko wysłać ją do żłobka albo pewnie pod opieką męża, czyli ojca córki, jeśli on nie miałby pracy w tym samym czasie co ona; zresztą jak ma tę szkołę dwa weekendy w miesiącu, to chyba nie zabiera dziecka ze sobą), a później się wyprowadzi i będzie mieć swoje życie, a autorka co? Skończy jako toksyczna matka próbująca układać życie dorosłej córce, będzie sabotować jej związki, cokolwiek będzie chciała dla siebie zrobić, nawet zwykłą wyprowadzkę choćby na studia, bo jak córka wyfrunie z gniazda, będzie siedziała sama w domu jak mąż będzie w pracy i ta samotność będzie jej przypominała, że nigdy nie zrealizowała swoich ambicji, bo dała się zamknąć w domu z córką, która poszła na swoje, a w tym czasie mąż się realizował, robił karierę?