Zacznę od tego, że palę e-papierosy. Mój papieros nazywa się Mietek.
Ostatnio poprosiłam brata, aby kupił mi olejek. Kupił mi 12, a ja palę 6. Było trochę za mocne, ale nie miałam innego, więc paliłam ten.
Kilka dni temu razem z moją przyjaciółka byłam w Stonce. Wybierałyśmy sobie czipsy. Przyjaciółka wybrała jakieś pikantne. Gdy je zobaczyłam, powiedziałam:
- Weź jakieś inne, bo przez Mietka mam tak gardło zdarte, że nie zjem tych ostrych.
Dopiero po chwili ogarnęłam, jak to zabrzmiało, bo ludzie stojący obok mnie odeszli jak najszybciej ze zdegustowaniem wypisanym na twarzy.
Krótki wstęp...
Zaraz po liceum, czyli parę lat temu, zamiast pójść na studia, zdecydowałam, że zrobię 2-letnią szkołę masażu i roczną opiekuna osoby starszej. Nie chciałam pracować w stricte medycznym zawodzie typu lekarz, bo chciałam żeby moja pomoc była widoczna od razu. Wybrałam więc masażystę i opiekunkę o.s.
Teraz akcja właściwa...
Na drugim i czwartym semestrze wymagali żeby zrobić praktyki zawodowe. Masażysta 160h, o.o.s. 100h. Szybko je znalazłam z obu kierunków, ale jak przy opiekunie nie było problemów i praktyki minęły bardzo miło w okolicznym DPS-ie, to z masażystą były jaja.
Z zewnątrz bardzo szanowany i przyjazny dla pacjenta szpital, z wewnątrz burdel, którego nie da się ogarnąć. W szkole oprócz oczywiście technik, uczyli mnie jak długi powinien być masaż żeby pomógł. Na praktyce 25 min masaż miałam wykonać w max 10 min. Zero i to ZERO jakichkolwiek środków czystości, brak ręczników, dezynfekcji, nawet mydła żeby ręce po masażu umyć. Pacjenci musieli przychodzić z własnym ręcznikiem i oliwką/maścią. Wyobraźcie sobie jaki potem stół był uwalony, a mydło już drugiego dnia miałam swoje.
Masażyści pracujący na stałe oczywiście wykorzystali sytuację i mnie wrzucali do grafiku swoich pacjentów, więc ja zapieprzałam, a oni oglądali na zapleczu TV. W ciągu 8h nie było nawet kiedy zjeść, bo jeden pacjent wychodził, minuta na umycie rąk i następny. Skończyłam wymagane 160h i zostało mi tylko podejść po podpis do prowadzącego i to było najbardziej piekielne. Podreptałam do gabinetu wielce Króla i Pana Magistra (kiedyś bycie magistrem to był szczyt kariery i największe uznanie) a tu zonk... W skrócie - gościu był wielce zdziwiony, że nic mu nie przyniosłam, co było u niego standardem (co chwilę nowi praktykanci). No kurde... Przez miesiąc miał bezpłatną siłę roboczą i jeszcze mam mu dać "podziękowanie"? Za co? Że łaskawie się zgodził żebym za darmo dla nich robiła? Tak się nie będziemy bawić, poprosiłam o podpis, bo chciałam już to zanieść do szkoły i mieć za sobą. Ale to byłoby za łatwe.
Facet wprost powiedział, że jak im nie przyniosę torebki z wypełnieniem za min 50 zł, to mi karty praktyk nie podpisze. Opadło mi wszystko co miało. Miałam już tego tak dość, a jednocześnie mało czasu na oddanie sprawozdania (nie zdążyłabym zrobić od nowa gdzie indziej), że kupiłam te głupie czekoladki i poprosiłam koleżankę o pójście do niego za mnie, bo wielce prawdopodobne, że dostałby po gębie. Podpisał, ale opinii pozytywnych mi nie dał, tylko "prawidłowe wykonanie". Już wiem gdzie w razie skierowania na masaż na pewno nie pójdę.
Dosyć dobrze wyglądam, powiedzmy, że taki typ, o którym marzą kobiety, ale tylko z wyglądu. Nie jestem milionerem, mam zwykłą pracę. Uważam, że całkiem dobrze sobie radzę w życiu, mam sporo oszczędności, wiele lat spędziłem za granicą. Duża działka budowlana 15 km od Warszawy, wszystko jest przygotowane do budowy, ale nie robię tego, bo jestem sam, nie wiem, jak się potoczy życie, czy będę miał dzieci, żonę itp.
Bez sensu budować 100-metrowy dom dla jednej osoby, na razie czekam.
Jak kobiety słyszą, że pracuję na magazynie, od razu zrywają znajomość. Nie ma znaczenia, czy są dobrze sytuowane, czy mają zwykłą pracę jak ja, zawsze kończy się tak samo – tracą zainteresowanie. Może dlatego, że z racji wyglądu przyciągam te ładniejsze. A takie uważają, że zasługują na kogoś więcej niż zwykłego robola.
Nie wiem, czy to po prostu takie czasy mamy, jak miałem te 20 lat, wtedy dziewczyn nie obchodziło, gdzie pracuję, czym się zajmuję. Liczyło się to, jakim człowiekiem jestem.
Wtedy nie myślałem, że kobiety lecą na kasę, śmiałem się z tego, że ktoś tak może myśleć. Teraz coraz bardziej to widzę, może z wiekiem kobiety wymagają coraz więcej.
Przypomniała mi się dziś sytuacja z mojego dzieciństwa.
Gorące letnie popołudnie. Żar lał się z nieba. 8-letnia ja siedziałam na ławce pod blokiem, wcinałam rożka, czekając na sąsiadkę, ponieważ miałyśmy iść na spacer z jej synkiem. Podszedł do mnie chłopak w wieku około 20 lat i ani cześć, ani spierdalaj, po prostu zapytał, czy zrobię mu loda. Ja jako mała dziewczynka nie wiedziałam, o co chodzi. Pomyślałam, że chce, żebym mu tego loda kupiła. Odpowiedziałam, że nie wiem, czy moja mama się zgodzi, że musiałabym się jej zapytać. Stwierdził, że on to zrobi i zapytał, gdzie mieszkam. Głupia, nie pomyślałam, powiedziałam, że na 4 piętrze po prawej stronie. Jak szybko poszedł, tak szybko wrócił, twierdząc, że moja rodzicielka wyraziła zgodę. Nie uwierzyłam mu, przecież to niemożliwe, że w tak krótkim czasie by wszedł na 4 piętro, porozmawiał z moją mamą i zszedł. Powiedziałam mu o tym, że niemożliwe, że załatwiłby to tak szybko. Poszedł jeszcze raz, tym razem był dłużej, jednak wciąż za krótko. Dał za wygraną, bo właśnie zeszła sąsiadka. Nie wiem, co by się stało, gdyby „poszedł” jeszcze raz, tym razem czekając dłużej. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, co miał na myśli, pytając mnie o loda. Do dziś go widuję, aż mi się cofa na myśl, co mogłoby się stać. Tfu.
Od ponad trzech lat w internecie przedstawiam się jako chłopak. W pewnym momencie nie tylko tam, bo przez około rok miałam ścięte włosy na krótko, ubierałam się i zachowywałam jak osoba płci przeciwnej, czułam się dobrze. Teraz, pomimo typowo dziewczęcego wyglądu i zachowania, w internecie dalej mówię o sobie jak o chłopaku. Denerwujące jest to, że czasami czuję się jak dziewczyna, ale znaczną przewagę ma u mnie poczucie „męskości”. Nie wiem sama, co powinnam o tym myśleć. Anonimowe w tym jest to, że zwyczajnie nie mam komu o tym powiedzieć, a naprawdę miałam potrzebę wygadania się.
Mam młodszego brata, który kocha gry, chociaż nie zawsze idzie mu najlepiej. Uwielbiam siedzieć i oglądać jak gra (lubi, gdy ktoś obserwuje jego gry), ale patrzenie na to, co ludzie w nich piszą, mnie przeraża.
Takie teksty jak „ty k***, umrzyj!”, „ty p***, weź lepiej w****”, „ty k*** masz raka” są na porządku dziennym i gdyby tylko o takie teksty chodziło, to byłabym jedynie zniesmaczona, jakiego słownictwa używają dzisiaj dzieci, ale chodzi o coś więcej...
Mój brat od dwóch lat walczy z białaczką. Patrzenie, jak czasem się męczy, jest okropne, a gry pomagają mu zapomnieć o tym, co się z nim dzieje. I teraz wyobraźcie sobie, drodzy anonimowi: gracie w grę, na jakimś podstawowym poziomie, i widzicie, jak ktoś wam, drodzy anonimowi, pisze takie rzeczy, gdzie z dnia na dzień walczycie, żeby nie umrzeć, żeby żyć.
Ludzie mogliby zastanowić się, co mówią i piszą, bo dla jednych to może być zwykły żart, a dla drugiego zabranie mu chęci do walki...
Pracuję jako hostessa już około 5 lat, spotykałam wielu różnych klientów, ich humorki i nieraz szurnięte zachowania, ale ostatnio jeden chłopak przeszedł samego siebie.
Otóż stoję sobie na akcji promocyjnej, zapraszam owego pana do zakupu, a ten się zaczyna patrzeć na mnie, jakbym stała tam naga. Powiedział, że się tylko patrzy i poszedł dalej. Niestety wrócił po paru minutach, prosił, żebym więcej jednak opowiedziała o promocji, ja mu mówię raz jeszcze, a ten zaczyna wydawać dziwne dźwięki. Pytam się, czy wszystko w porządku, a ten mnie zaczął w pewnym momencie przepraszać i pytać, czy jestem zła. Pytam się o co, a jak się okazało, typ po prostu zrobił sobie dobrze na środku alejki w hipermarkecie i jeszcze bez mrugnięcia okiem przyznał się, że skończył w spodnie... Psychol.
Jedziemy z narzeczonym na zakupy do galerii – potrzeba kupienia nowych spodni dla lubego, przy okazji market i obok zoologiczny, gdzie chcieliśmy kupić dla naszego małego diabła (kota) co nieco.
Jadę „główną” drogą parkingu i chcę skręcić w prawo na drogę „podporządkowaną” na jakieś miejsce parkingowe. Z naprzeciwka kobietka samochodem chce skręcić w tę samą drogę. Ja mam pierwszeństwo, jako że muszę wykonać krótszy manewr, więc kobietka staje, by mnie przepuścić. Wjeżdżamy na tę drogę i patrzymy – jest! Jedno miejsce przy wejściu do galerii. Ja daję kierunek i parkuję sobie tyłem. I tu się zaczyna historia właściwa.
Kobieta z samochodu z naprzeciwka trąbi, podczas gdy ja parkuję. Myślę sobie – niecierpliwa, więc szybko sobie stanę i kobieta przejedzie. Ale nie! Z narzeczonym wysiadamy z samochodu, a ona staje przed naszym samochodem, blokuje ruch na drodze (piątek po 15, samochody zaczynają się do galerii zjeżdżać), wychodzi z samochodu i pyta, czy wiemy, co to jest kultura na drodze. Ja zdębiałam, luby pyta, o co chodzi. To ta zaczyna, że ŁASKAWIE nas przepuściła na drodze (gdzie mieliśmy pierwszeństwo) i zajęliśmy JEJ miejsce, które ona pierwsza ZOBACZYŁA. Mnie się włączyły kurwiki w oczach, luby nie chcąc się kłócić, wymownie ucisza mnie wzrokiem i przeprasza kobietę, by sobie jak najszybciej iść. Ale nie! Kobieta wymaga, byśmy wyjechali i jej miejsca ustąpili. I tu się włączam ja z moim wkurzonym już: „No chyba nie”. Zamykam samochód i chcę już iść do galerii, więc biorę narzeczonego za rączkę, ten mówi do kobietki: „Miłego dnia” (niestety nie odwzajemniła) i idziemy parę kroków dalej.
Na drodze korek, kobieta nie odjeżdża, narzeczony mówi, żebyśmy stanęli, on sobie zapali i popatrzymy, czy nam kobietka ze złości samochodu nie porysuje.
Ludzie z innych samochodów wyszli źli, że korek. Ona opowiada swoją wersję i jeszcze pokazuje nas palcami. My jako spokojni ludzie nic nie odpowiadamy, a niech sobie gada. Ale nie! Znowu do nas zaczęła krzyczeć, że zostawi swój samochód przed naszym na drodze. Na to ja wkurzona zakłóceniem spokoju odpowiadam, że proszę bardzo, ale drożej jej wyjdzie laweta i parking policyjny. Więc kobietka nie wiedząc, co zrobić, ROZKAZUJE nam, by się przedstawić z imienia i nazwiska. Na co mój luby mówi, że nie mamy takiego obowiązku. Znowu kobietka się zacięła, ludzie czekają na rozwój wydarzeń. Nagle mówi, że ładnie na zdjęciach wyszliśmy, na co grzecznie podziękowaliśmy, a kobieta za namową innych kierowców w końcu odjeżdża.
Jednego tylko nie rozumiem. Parking ma cztery piętra i jeszcze dużo innych miejsc na placu. Ja nigdy bym nie pomyślała, by coś takiego zrobić. Nawet gdybym już tyłem zaczęła parkować, a ta kobieta by przodem szybko w to miejsce wjechała, to ja bym się tylko zdenerwowała i pojechała szukać dalej.
Ktoś mi powie, po co to wszystko? Bo ja nie rozumiem.
Będąc na studiach, miałam taką czteroosobową paczkę, prawie jak Atomówki. Kierunek był techniczny, więc było trzy chłopa i ja. Wszyscy byliśmy z daleka, tak że większość czasu wolnego spędzaliśmy razem. Sprawę ułatwiał fakt, że dwóch chłopaków (na potrzeby historii Kamil i Rafał) wynajmowało razem mikroskopijną kawalerkę. Zawsze było gdzie pograć w planszówki, obejrzeć film na laptopie. Jednak to wyznanie poświęcę (powiedzmy) Tomkowi.
Studiowałam z nim razem na roku, szybko wkręcił się do wówczas trzyosobowej paczki. Na początku przymrużaliśmy na większość rzeczy oko. Określaliśmy go jako „chętnie korzystającego z uprzejmości”. Mieszkał w akademiku, więc głównie przesiadywaliśmy w weekendy wieczorem w mieszkaniu Kamila i Rafała lub u mnie, gdy nie było współlokatorek. Normą były zrzutki. Wszyscy finansowo mieliśmy się podobnie, czyli po studencku. Tak że zazwyczaj wysyłaliśmy jedną osobę po dość stałą listę zakupów – kilka piwerek, jakieś przekąski, napoje. Zazwyczaj wychodziła podobna kwota, czyli 10-15 złotych.
Pewnego dnia przyszła kolej na wyprawienie Tomka. Nie było go długo, ale wreszcie wrócił. Zwrotu wyszło mu 20. Niestety paragonu nie zabrał. Olaliśmy sprawę, bo kupił lepsze piwo, Guinnessa. Niestety dwie puszki. Swoją szybko zawinął, jedno zostało, takie współdzielone. Reszta jakieś Harnasie. Dobra. Przełkniemy. Innym razem zamówił pizze. Nas czworo, tak że standardem są trzy duże pizze. Tomuś zainkasował naszą stałą stawkę pizzową (jakieś 20 zł od osoby) i poszedł odebrać naszą zdobycz. Mieszkanie małe, więc jak dostawca rzucił koło 60 dyszek należności, to nawet sąsiad pewnie usłyszał. Okazało się, że nasz król biznesu zamówił pizzę w promocji 3 za 2, o której nie raczył nas poinformować. W ten sposób zjadł na nasz koszt. Czemu nie podzielimy na cztery mniejszej kwoty? Bo zapłacilibyśmy tyle samo i przecież on znalazł tę promocję, a nie my. Trochę coś zgrzytało.
Nasze wspólne studenckie bajlanda zakończyły się bardzo nieprzyjemnie. Tomek z czasem zaczął coraz częściej nocować się u chłopaków. Kamil i Rafał to naprawdę dobre chłopy były, więc jak Tomek mówił, że współlokator nie daje mu spać, a on jutro ma na rano, to drzwi mu nie zamknęli przed nosem. Nasz lisek chytrusek korzystał oczywiście z gościnności pełną parą. Długie prysznice, śniadanka, zimne piwko, gra na konsoli.
Przyszedł czas egzaminów i koniec miesiąca. Dwie zmory. Trzeba się uczyć i brak kasy. Lodówka pusta, pozostały tylko słoiki przywiezione przez mamę Kamila. Miały starczyć na tydzień. Tomeczek zapukał, koledzy w książkach, no i dopiero rano zorientowali się, że z 8 słoików zrobiło się 4. Powiedzieli, że ma odkupić. Nawet marketowe. Nie, nie odkupi. Czemu? Bo dostali za darmo. Czemu on ma płacić? Wywalili go za drzwi, jak stał. Na szczęście ruskie mojej mamy zostały :,)
Chciałem się z Wami podzielić moją fascynacją na punkcie mojej kuzynki... Jest starsza ode mnie o 12 lat i odkąd pamiętam, bardzo mi się podoba. Już jako dzieciak miałem fantazje z nią w roli głównej. Najbardziej jestem zafiksowany na jej stopy... ma je cudowne, małe i smukłe, bardzo zadbane, do tego kuzynka bardzo lubi ubierać rajstopy, co jeszcze bardziej mnie podnieca. Pewnego razu miałem szczęście, żeby być u niej w mieszkaniu samemu, otworzyłem szafę w jej sypialni i obmacywałem jej biustonosze, majtki, no i oczywiście rajstopy... a na koniec zabrałem jedną parę. Wiem, że to złe co robię, ale nic na to nie mogę poradzić, moja fascynacja na jej punkcie pojawiła się jakoś tak sama z siebie...
Dodaj anonimowe wyznanie