#i8W8K
Tata jest bardzo dobrym fachowcem, ale nie umie zarabiać. Na początku lat dwutysięcznych założył firmę, jest automatykiem i elektrykiem. Wydawałoby się, że to nie może się nie udać, a jednak... Dom na kredyt, czworo dzieci i żona na utrzymaniu. Wziął więc stabilną pracę na etacie. Nie wiem, ile zarabiał, ale mama wiecznie twierdziła, że na nic nas nie stać i że jesteśmy biedni. Spłacali dom, nie przelewało się. Mama nie wróciła do pracy nawet kiedy wszyscy poszliśmy już do szkoły. Dla zasady, bo taki jest tradycyjny model rodziny.
Wszystkiego trzeba było sobie odmawiać, stać nas było tylko na podstawowe rzeczy. Zazdrościłam koleżance, której mama sprzątała w szkole – mieszkali w bloku, ale przynajmniej mogła iść na zajęcia dodatkowe albo wymienić meble w pokoju. Każda praca była dla mnie lepsza niż siedzenie w domu. Zaczęłam podświadomie gardzić swoją mamą, że za nic nie chce się wziąć do pracy. Często wymyślała sobie dodatkowe prace domowe, naprawdę bezsensowne, i jojczała, jak to jest zmęczona, jakie to ma niewdzięczne dzieci. Teksty jak to winni jej jesteśmy utrzymanie na starość też leciały. Mocno się kłóciłyśmy. Rozumiałam dlaczego jest jak jest i nie naciągałam rodziców na żadne zbytki, ale i tak byłam ta zła, co naciąga (bo żyje). W pewnym momencie postanowili wziąć nowy kredyt, na budynek gospodarczy. Po co? Żeby przechowywać kilka słoików i różne graty. Dom niewykończony, papa odpada z dachu, ocieplony tylko częściowo, a oni biorą kredyt, na który ich nie stać (musieli wziąć z bogatą ciocią, bo żaden bank nie chciał dać), bo chcą drugi budynek. Miałam jakieś 16 lat i kiedy się dało chodziłam do pracy, żeby zarobić na rzeczy typu buty czy kurtka (rodzice jedynie coś dorzucali), tymczasem mama do pracy nie chodziła. Nawet dodatkowej. I biorą nowy kredyt, żeby mieć następny budynek do utrzymania. Zaczęłam mamie wprost wygarniać co o tym myślę. Przy okazji wyszły ze mnie wszystkie zbierane przez lata emocje, powiedziałam kilka słów za dużo...
Może to brzmi strasznie, ale mama mimo że „odchowała” czwórkę dzieci (nie najgorszych) nie jest dla mnie żadnym autorytetem i wewnętrznie nią gardzę. Wszyscy chodzimy do terapeutów, wpoiła nam, że na miłość trzeba zasłużyć zaharowywaniem się. Przez brak wsparcia finansowego musiałam rzucić dobre studia dzienne i iść do pracy. Moja samoocena szoruje po dnie. Wypominam sobie to co jej powiedziałam, ale nie zmieniło się to, że tak właśnie myślę.
Od gimnazjum nie miałam miesiąca wolnego. Haruję, biorę nadgodziny, studiuję... Za wszelką cenę chcę być lepsza od niej. Powoli się wyniszczam.
#4LHR9
#7lz0s
Obecnie mam 38 lat. W wieku 25 lat przeszłam zabieg podwiązania jajowodów.
Odkąd pamiętam nie lubiłam dzieci. W sumie to ich nie znosiłam. Kiedy moje koleżanki rozpływały się na widok bobasa, ja byłam niewzruszona. Wszyscy mi mówili, że jak będę starsza i spotkam odpowiedniego faceta, to na pewno będę chciała mieć z nim dzieci. Tak się jednak nie stało, choć byłam już zaręczona, to nic z tego nie wyszło, bo eks zmienił zdanie i stwierdził, że bez dzieci on żyć nie chce. Zostałam sama. W końcu zdecydowałam się na zabieg podwiązania jajowodów. Od tamtej pory moje życie to była bajka. Zero stresu, że zajdę w ciążę, odstawiłam hormony, co poskutkowało zgubieniem kilkunastu kilogramów... Jednym słowem poczułam się wolna. Wolna od stresu związanego z niechcianą ciążą. Skończyłam wymarzone studia, dostałam dobrą pracę, w której po trzech latach awansowałam – żyć nie umierać. Kupiłam mieszkanie, dużo podróżowałam. W międzyczasie byłam w trzech związkach. Wszystkie rozpadły się z tego samego powodu – braku dzieci. Moi partnerzy na początku podzielali moje zdanie o braku potomstwa, ale z czasem każdemu się odmieniło. Ten ostatni związek, a raczej jego koniec, przeżyłam najbardziej... ale podniosłam się i szłam dalej naprzód.
Od tamtego momentu minęły trzy lata. Mam teraz męża i można powiedzieć, że jestem silną kobietą, ale to nieprawda. Mam 38 lat... i jedyne czego mi brakuje w moim życiu, to dziecko. Dopiero w wieku 36 lat dojrzałam do macierzyństwa. Wiem, że mogę adoptować, ale ja tak bardzo pragnę być w ciąży... Czuć dziecko, jak kopie. Chodzić z tym wielkim brzuchem i czekać na dzień porodu. Wiem, że to się nigdy nie stanie, bo sama się okaleczyłam na własne życzenie. Mąż jest tym jedynym i przy nim dotarło do mnie, że chciałabym mieć z nim dziecko.
Wiem, że ta historia może wam się wydać zmyśloną albo prowokacją, ale to jest prawdziwa część mojego żucia. Zastanówcie się, czy warto podejmować takie ryzyko.
PS Rozważamy adopcję, trzymajcie kciuki.
#qG8iu
Myślicie, że to koniec? Nie, oni krążyli między blokami, żebyśmy tylko na te rowery nie wsiedli.
Policja chyba nie ma co robić :/
#YO1q8
Lekcją na jakiej najczęściej bywa jest religia. Nie jest on zbyt wierzący, często na lekcji padnie od niego tekst: "Walić nawrócenie'' lub coś w ten deseń. Nasz ksiądz jest bardzo wyluzowany i wyrozumiały. Ostatnio w środku lekcji X wyciągnął telefon (w szkole mamy zakaz w ogóle przynoszenia ich do szkoły, ale i tak wszyscy mają) i zaczął na cały głos puszczać piosenkę - typowy rap. Podszedł do niego ksiądz, ten natychmiast zastopował piosenkę i rozmowa potoczyła się mniej więcej tak:
K: Co to za piosenka?
X: A wie ksiądz, to jest [...].
K: Czekaj, czekaj - puść to jeszcze raz.
''Odtwarza''.
K: No spoko nuta, ale ja mam lepszą - słuchaj.
Ksiądz wyciągnął telefon, puścił piosenkę i dał telefon X, żeby posłuchał.
X: Zaje*ista.
K: Ej, stary, weź nie przeklinaj.
X: No dobra, już nie będę.
K: A jakiego stylu ty rapu słuchasz? Bo to jest akurat rap uliczny.
Rozmowa trwała jeszcze przez ok. 5 minut
K: Słuchaj, to po lekcji, wyślesz mi tę piosenkę, OK?
X: Spoko.
K: No, ale teraz stary chowaj komórkę, bo jakby tu pani dyrektor wparowała, to musiałbym się tłumaczyć, a lekcja to nie najlepszy moment na słuchanie muzyki.
Do końca lekcji X siedział cichutko.
I to jest właśnie pedagogiczne podejście! Nikt nie będzie chciał się uczyć, kiedy ktoś będzie go wyzywać i ośmieszać. Warto czasem poświęcić trochę uwagi dla jakiegoś ucznia, wówczas, po którymś razie, zrozumie swój błąd i się zmieni. Wiadomo, są też "cięższe" przypadki', ale i z takimi można normalnie porozmawiać. Po lekcjach religii jest o wiele grzeczniejszy na innych przedmiotach.
X dziś poprawił większość zagrożeń i może nawet zda. Nie jest złym chłopakiem, wręcz przeciwnie, jest bardzo miły.
#GTE6v
Tego dnia, trochę wcześniej, robiła zakupy w popularnym sklepie z owadem w kropki.
Przed wejściem podszedł do niej Pan Żul i poprosił o 5 zł na święta. Siostra nie mając gotówki odmówiła, jednak w sklepie postanowiła kupić coś człowiekowi. Pytanie co kupić, bo jeśli np. odmówi, to żeby nie zostać z czymś, czego sama nie je (a jest wege). I wymyśliła zestaw, który już sam w sobie sprawił, że w myślach zobaczyłem starą reklamę – bułki i banany! Wychodzi więc ze sklepu, podchodzi do pana i mówi „Proszę, kupiłam panu jedzenie”, podając mu produkty.
Pan patrzy na nią w ciszy. Ona patrzy na niego. Cisza przedłuża się i kiedy robi się już bardzo gęsta, mężczyzna mówi cicho: „Ale tamten pan już poszedł. Ja tu na żonę czekam...”.
No i została z tymi bananami... A pan szybko się ewakuował spod sklepu :D
#EoS1E
Prawie rozsadziło kuchnię od środka i porządnie go poparzyło. Jeszcze długo będą go sklejać w Siemianowicach Śląskich :)
#RdHlf
Cisza przez te dwie sekundy trwała wieczność.
Podziękowałam i zwyczajnie uciekłam ze sklepu.
#3onsK
Pojutrze będziemy (najprawdopodobniej) obchodzić okrągłą „rocznicę” bez cięcia się. Ona 100 dni, ja 280.
Fajnie, co? Chyba kupimy jakieś ciasto. :)