#N04ax

Ukradłem mojemu dziadkowi album ze znaczkami, do końca życia nie wiedział kto to zabrał, a to byłem ja. Dziadek myślał, że jak zalało altanę przy domu, to wyrzuciliśmy jego album z resztą rzeczy.

10 lat po jego śmierci zaniosłem album do antykwariatu, facet przeglądał go 40 minut, po czym powiedział, że kupi wszystko, tylko muszę poczekać, bo zanim zgromadzi tak dużą sumę, to musi spytać księgowego. To było dwa lata temu. Zaraz po wypłacie kupiłem dom w Liverpoolu do dużego remontu, którego nie skończyłem, bo dziwne rzeczy się działy w domu i u nas. Sprzedałem dom i wpłaciłem uszczuploną różnicę na konto, gdzie była kasa z albumu. Potem kupiłem z tego konta wycieczkę do Grecji, która okazała się koszmarem – z rany od jeżowca zrobiła się sepsa, po miesiącu amputowali mi lewą stopę. Teraz kasa leży na koncie, ale jej nie dotykam, boję się o życie.

#YsMDd

Jadę sobie dzisiaj SKM-ką. Nagle do pociągu wsiada starsza babcia, na oko 70 lat. Wyglądała na mocno upośledzoną umysłowo (jakby zatrzymała się w rozwoju w 6 roku życia), a nie było z nią żadnej opieki. Po chwili zastanowienia postanowiłem do niej zagadać i dowiedzieć się, czy nie potrzebuje pomocy. No więc zagaduję do niej i dowiaduję się czegoś na jej temat. A raczej chciałbym. Nasza rozmowa wyglądała tak:
- Przepraszam, czy mogę pani w czymś pomóc?
- Jak pomóc? Głowę mi potrzymasz?

Ten moment, gdy upośledzona 70-latka ma lepsze cięte riposty od ciebie.

PS. Dla ciekawskich – poinformowałem załogę pociągu ;D

#pmZGf

Z serii: historie z dzieciństwa.

Moja siostra opowiedziała mi, że pewnego razu, gdy byłam mała (ja 5 lat, ona 15) poszła ze mną na targ kupić ziemniaki. Facet, który sprzedawał owe ziemniaki, ewidentnie do niej zarywał, a że mi się on chyba nie spodobał, powiedziałam przy nim do mojej siostry: „Mamusiu, możemy już iść?”.

Moja siostra powiedziała, że jego mina była bezcenna. I że już więcej nie wzięła mnie na targ :)

#7ulni

Pewnego razu z ekipą znajomych wybraliśmy się na wycieczkę na Słowację. Poszliśmy do sklepu, żeby zakupić troszkę prowiantu, a że zachciało się nam grzańca, potrzebowaliśmy miodu. Jako że miód na Słowacji to nie miód, więc skończyło się na tym, że latałam koło kasy i bzyczałam jak pszczoła, żeby zapytać, gdzie dostaniemy ten specyfik. Pani, która w końcu zrozumiała o co nam chodzi, zasiadła do kasy, żeby skasować towar, przy kasie stanęłam z kumplem, który przypomniał sobie, że chce jeszcze gumy do żucia. Mówi do pani, że chce jeszcze te nieszczęsne gumy, na co ona wychyliła się z kasy, popatrzyła na mnie, na niego i tak rzecze: „Żuwaczku czy na pałku?” :D


PS  W końcu kupił i „żuwaczku”, i „na pałku”, bo jego druga połówka również była z nami i czekała przy wejściu, tarzając się ze śmiechu z zapytania uroczej kasjerki :D

#HnlRv

Mówi się, że bicie dzieci to żadne wychowanie, że się niczego dziecka nie nauczy podnosząc na niego rękę. To nieprawda.

Kiedy byłam dużo młodsza, odkąd pamiętam, rodzice nie tłumaczyli mi, gdy coś źle zrobiłam. Obrywałam pasem po dupie, czasem ręką, jeśli akurat nie chciało im się paska szukać. Za złe oceny (tj. takie poniżej piątek) zazwyczaj było kilkugodzinne klęczenie na grochu, oczywiście z rękami w górze. Gdy sesja klęczenia się kończyła, matka (bo to ona w głównej mierze mnie wychowywała, ojciec pracował zarobkowo) wspaniałomyślnie oznajmiała, że mogę już wstać i czy rozumiem, że to i to źle zrobiłam. Ja ze łzami w oczach przepraszałam za wszystkie błędy i rozczarowania, jakie sprawiałam jej i ojcu, i przyrzekałam, że to się więcej nie powtórzy, że będę grzeczna, posłuszna i oczywiście od tej pory będę przynosić do domu same piątki i szóstki, a oni będą ze mnie dumni. Kiedy pozwalała się potem przytulać, byłam najszczęśliwsza na świecie, że udało mi się matkę ułagodzić i przyrzekałam sobie w duchu, że zrobię wszystko, by była ze mnie zadowolona. I zawsze się starałam robić co w mojej mocy, żeby usłyszeć pochwałę albo chociaż nie dawać rodzicom powodów do niezadowolenia.
Bywało i tak, że karą za jakieś przewinienie było odmawianie mi posiłku albo stawianie talerza na posadzce w kuchni i kazanie, by „jeść z podłogi”.

Ale nie byłam dość dobra w tych swoich staraniach, bo często słyszałam, że ten czy inny mój kuzyn jest zdolniejszy, lepszy, ma lepsze oceny, ambitniejsze plany. Byłam za gruba, za głupia, za wolna, za niezdarna. Rodzice powtarzali, że nic ze mnie nie będzie.

Potem poszłam na trudne studia, wyprowadziłam się. I... nie umiałam się odnaleźć. Nie umiałam się uczyć. Żyć. Zawalałam wszystko. Byłam bezradna. Aż mnie olśniło.

Ilekroć przywoływałam w pamięci słowa rodziców, że się nie staram, że jestem beznadziejna, wstępowały we mnie siły. Ilekroć sama się biłam – tam, gdzie nie byłoby tego widać – to było tak jakby rodzice mnie bili i tylko wtedy wstępował we mnie spokój. Powtarzałam to wszystko regularnie. I wiecie co? Zaczęłam wstawać codziennie o 4, uczyłam się trzy godziny, szłam na zajęcia, wracałam na stancję, uczyłam się do 23. Wstąpiłam do koła naukowego, samorządu, znalazłam dorywczą pracę. Byłam totalnym wrakiem, cieniem, ale im bardziej się męczyłam, im bardziej się biłam i obrażałam siebie w myślach, tym spokojniejsza i szczęśliwsza się czułam. Jakbym była w stanie zadowolić rodziców. Oceny poszły w górę, ja zyskałam opinię studentki, która zawsze jest przygotowana nawet z dużym wyprzedzeniem. Nie miałam życia, ale skończyłam studia, znalazłam pracę w zawodzie, zaczęłam do czegoś dochodzić. I przypuszczam, że gdyby nie rodzice, nie udałoby mi się tego osiągnąć. I do tej pory nie umiem żyć inaczej.

#7HffO

Przeokropnie drażni mnie dzisiejsza hipokryzja kobiet. Same mając wielkie nic, wymagają, żebym ja miał wszystko. Zrozumiałbym, gdyby ona zarabiała więcej niż ja, miała dobry samochód, własne mieszkanie. Zrozumiałbym, że nie chce zaniżać sobie standardów i wiązać się z takim kimś jak ja. Ale kiedy kobieta w okolicach trzydziestki, zarabiająca minimalną krajową, mieszkająca z rodzicami kręci nosem, bo mam 20-letnie auto, wynajmuję kawalerkę i zarabiam 3200 zł, to jest dla mnie straszną hipokryzją.

Te młodsze są jeszcze gorsze, bezpośrednie na granicy chamstwa. Później słucham o sobie, że jestem chytry, że nie dbam itp. To nie tak, że jestem chytry. Ja po prostu nie mam i mnie nie stać, żeby zabierać takie panny na swój koszt w różne miejsca, zamawiać jedzenie i wozić tyłek wte i wewte. Randkuję już kilka lat i bez skutku szukam tej jedynej. Pierwsze wrażenie przeważnie ważnie jest dobre, uważam się za dość przystojnego, ale co z tego, skoro wszystko weryfikuje mój stan majątkowy i za każdym razem kończy się tak samo.

#r8fDj

Jestem wysoko funkcjonującą alkoholiczką. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I nie mam zamiaru niczego zmieniać. Mam dobrą pracę, dobrze zarabiam. Że tak powiem, stać mnie na bycie alkoholiczką. Stać mnie na tryb życia, jaki prowadzę.

Nie upijam się. Nigdy nie wymiotowałam po alkoholu, nigdy nie zaliczyłam „zgona”, nigdy nie zrobiłam nic głupiego, nigdy nie urwał mi się film. Lecz piję każdego dnia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam dzień bez alkoholu, pewnie kilka dobrych lat temu. Pracuję zdalnie, więc piję również w pracy. Wstaję rano, jem śniadanie, odpalam laptopa i nalewam sobie lampkę wina. Wino to jedyny alkohol, jaki piję. Dziennie wypijam całą butelkę. Czasem więcej, nigdy mniej. Pod koniec dnia lekko kręci mi się w głowie, ostatnią lampkę dopijam tuż przed zaśnięciem i śpię jak dziecko.
Robię też inne rzeczy w czasie wolnym – podróżuję, spotykam się ze znajomymi i rodziną, chodzę na siłownię, jeżdżę konno, ale i tak wino towarzyszy mi każdego dnia, gdziekolwiek jestem i cokolwiek robię.
Jestem świadoma konsekwencji, badam się regularnie, ale jak na razie moje nerki, wątroba i inne organy są w porządku.

Alkohol pomógł mi w wielu chwilach. Jestem dość skrytą i nieśmiałą osobą, to dzięki alkoholowi zdobyłam obecną pracę i osiągnęłam w niej sukces. Rozmowę kwalifikacyjną miałam po wypiciu butelki wina. To było za czasów pandemii, więc rozmowa była online. Wypadłam świetnie i pracę dostałam. Na trzeźwo bym się jąkała, nie odpowiadałabym tak śmiało na pytania. W pracy też zawsze jestem pod wpływem, alkohol dodaje mi pewności siebie i osiągam świetne wyniki. W przeciągu 2 lat awansowałam 2 razy i niedługo czeka mnie kolejna podwyżka.

Lubię takie życie. Lubię smak alkoholu, lubię pić i lubię uczucie bycia pijaną.
Potrafię doskonale to ukrywać, choć nawet się nie staram. Nikt z moich znajomych czy rodziny nawet nie podejrzewa, że tak dużo piję. Wiedzą o tym, co wypijam z nimi, czyli kulturalna lampka czy dwie przy spotkaniu. Nie wiedzą o kolejnej butelce lub dwóch, gdy wrócę do domu. Mieszkam sama, więc nie muszę przed nikim ukrywać butelek.
Dopóki alkohol nie zacznie sprawiać mi problemów, nie zamierzam niczego zmieniać. Jak na razie nie czuję potrzeby, by pić więcej. Dwie butelki wlatują czasem przy weekendzie, w tygodniu jedna mi zupełnie wystarcza.
Mam tylko nadzieję, że poznam faceta, który zaakceptuje taki sposób życia.
Jeśli ktoś pomyśli, co z ewentualnymi dziećmi, to nie planuję.

#EkErF

Ostatnio gdy wracałam z pracy, na przystanku stało troje dzieci (około 12-13 lat).
Rozmawiały o dziwnych rzeczach jak na swój wiek, wyzywały się dla zabawy, chwaliły się, ile to ostatnio wypiły alkoholu.
Podjechał autobus i z tej trójki jeden chłopak wszedł do tego autobusu co ja. Usiadł obok mnie. Autobus jedzie, kiedy nagle zadzwonił mu telefon.
Myślałam, że umrę ze śmiechu.
Rozmawiał z kimś (podejrzewam, że dziewczynka jakaś), co będzie z nią dzisiaj wyprawiać i jak ją będzie „grzmocić”. Mina ludzi w autobusie – powalająca.

Co się stało z dziećmi?

#VM2oP

Kilka dni temu zatrułam się czymś i strasznie rzygałam pół dnia. W końcu zmęczona wypełzłam z łazienki i położyłam się na kanapie. Mój chłopak wrócił z zakupów do domu i zaczął odgrzewać sobie krokiety. Niestety ich zapach był zabójczy dla mojego żołądka. Pobiegłam szybko do łazienki, a za mną mój chłopak. Chwycił moje włosy i trzymał je jedną ręką. W drugiej miał krokieta, którego pożerał, gdy ja rzygałam.
Kocham go najbardziej na świecie.

#wo27q

Zaplanuj podróż i spakuj rzeczy dzień wcześniej. Wstań z odpowiednim zapasem czasu, dojedź zgodnie z planem na dworzec i kup bilet. Usiądź wygodnie na peronie i wyciągnij książkę, masz przecież jeszcze kilkanaście minut do przyjazdu pociągu. W następnej chwili podnieś wzrok i zobacz, jak twój pociąg odjeżdża.

Polecam książki Jo Nesbo, teraz mogę spędzić resztę dnia na czytaniu, i tak spóźniłam się na wszystkie zaplanowane spotkania.
Chyba już wiem, jak to jest być największą pierdołą na świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie