Wyemigrowałem do Holandii. Tęskno za znajomymi ale też i za bratnią duszą. Postanowiłem, że zaproszę swojego przyjaciela na wakacje, pokażę mu Amsterdam i okolice. Dom był pusty, rodzice pojechali w ten czas na swój urlop do Polski. Była to sobota, a sobota nakazuje dobre party, tak też się stało. Wódka się lała, filmy różnej tematyki, turnieje w FIFĘ. Wszystko elegancko!
Ugadaliśmy się, że z rana w niedzielę wybierzemy się na zakupy bo wtedy są przeceny butów, ciuchów, gier komputerowych, książek. Jednak nie zdaliśmy sobie sprawy że nadmierna ilość wódki + dobre palonko może nas tak pozamiatać. Pogoda dopisywała idealnie. Słonko świeci, zero chmur na niebie, kaca można leczyć. Woda pod pachę i wybraliśmy się na spacer, aby odreagować.
Dochodząc do wyznaczonego celu, oczywiście pogoda musiała się zje... zepsuć . Zimny wiatr, deszcz. No to co teraz? Pod przystanek autobusowy aby nie zmoknąć i wyczekiwać busa. Dwa euracze naszykowane, a kac dalej męczy. Po kilku minutach nadjeżdża bus.
Wsiadamy i proszę kierowcę o dwa bilety. Ten mi zaczyna nawijać po holendersku i pokazuje na coś co wygląda jak alkomat! Mózg nagle zaczyna świrować bo duszno w busie, robi mi się duszno, kierowcy nie rozumiem za cholerę! Pokazuje na to coś dziwnego.. myślę.. no trzeba dmuchać ;o No to podchodzę i wkładam to coś do ust, a kierowca w śmiech. Nagle mnie olśniło że to czytnik kart! Ludzie w śmiech, mój znajomy nie wierzy w to co robię. W czas kierowca zaczął mówić po angielsku, że czytnik jest zepsuty i jeździmy za darmo. Zrobiłem się czerwony, zburaczałem i wytrzeźwiałem. A mój najlepszy przyjaciel oczywiście nie mógł ze śmiechu. Od tamtej pory staram się nie wchodzić ani opalony, ani po alkoholu do autobusu.
Ze względu na przebytą w dzieciństwie chorobę i długie leczenie muszę obecnie uważać na wątrobę, między innymi nie piję alkoholu (no trudno).
Wracałam nad ranem z sylwestra – oczywiście autem. Bawiłam się cudownie, więc byłam w wesołym nastroju. Pod koniec drogi, gdy już dojeżdżałam pod blok, zatrzymał mnie patrol policji. Panowie sądzili, że piłam, no bo w końcu śmiałam się perliście. Kazali mi wysiąść, więc wysiadłam. Pech chciał, że przydeptałam sobie moją mega długą suknię i praktycznie wypadłam z auta, zatrzymując się w dziwnej pozycji na czworaka. Widząc ich miny, dostałam tak potwornego ataku śmiechu, że nie potrafiłam wstać. Spędziłam 6 godzin na posterunku, gdzie pobrano mi krew i mocz na badanie obecności alkoholu i narkotyków, no bo „na pewno coś brałam”. Nie mogli uwierzyć, że po prostu jestem wesołą osobą i lubię się śmiać...
Dziś rano użyłem latarki w moim telefonie szukając pod łóżkiem mojego telefonu...
Pracuję w drogerii na kasie. Wiadomo, duże centrum handlowe, ludzie przychodzą różni. Zarówno bardzo bogaci, zadbani, ale też tacy i mniej. Niemniej jednak, każdemu przysługuje szacunek i odpowiednie zachowanie. Jednak jako że jestem osobą dość bezpośrednią, czasem zdarza mi się powiedzieć coś nie na miejscu.
Raz zakupy robiła u mnie pewna kobieta, nie było po niej nic widać, ale było czuć... Po prostu śmierdziała. Zapłaciła, zapakowała zakupy i odeszła na bok. Po niej kupował mężczyzna, a ja do niego z tekstem: "Ale ludzie to czasem śmierdzą..." w geście aluzji do kobiety, która przed chwilą odeszła. Mężczyzna spojrzał się na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, po czym podszedł do tej kobiety, która stała niedaleko. Wziął od niej zakupy i wyszli. Kupowali osobno, ale byli razem... Postanowiłam nie komentować już żadnych dyskomfortów podczas pracy.
Kilkanaście lat temu pojechałem do kolegi, który od jakiegoś czasu mieszka w Anglii żeby znaleźć tam jakąś pracę i podreperować finanse. Wtedy jeszcze nie można było pracować tam legalnie, jechało się “na turystę”. Poszukiwania pracy mi zajęły parę tygodni. Jednego dnia wstałem dość późno, było koło 10. Poprzedniego wieczora popiliśmy, miałem kaca. Kolega poszedł już do pracy więc byłem sam. Jak robiłem sobie śniadanie przez okno zobaczyłem kolesia, który szedł chodnikiem i rysował samochody jakimś prętem. W okolicy mieszkało sporo Polaków, a ten właśnie wyglądał zupełnie jak Polak. Pomyślałem, że przez takich ciuli mamy potem kiepską opinię. Nie czułem się na siłach wychodzić i się z nim szarpać, więc uznałem że wszystko co mogę zrobić to zadzwonić na policję. Przedstawiłem sytuację i opisałem gościa - koło 20-25 lat, biały, ciemne krótkie włosy, czerwona koszulka, dżinsy. W trakcie rozmowy padła mi komórka, ale co najważniejsze powiedziałem.
Zjadłem śniadanie i wyszedłem przed dom pooglądać uszkodzenia. Nawet nie wiem kiedy poczułem jak ktoś mnie chwyta i zakłada kajdanki. Policja. Zupełnie zdębiałem. Policjant zaczął mnie wypytywać o te samochody. Próbowałem tłumaczyć, że to właśnie ja zadzwoniłem. Policjant powiedział, że mieli zgłoszenie i że ja pasuję do opisu sprawcy. Popatrzyłem na siebie i faktycznie, opis pasował do mnie. Miałem dżinsy, bordowego t-shirta, czarne włosy. Z tego całego stresu zaczęły mi się plątać słowa, więc chyba nie byłem zbyt przekonujący w moich wyjaśnieniach, wzięli mnie do samochodu. Zeszło z pół godziny zanim w końcu mnie wypuścili, miałem pełno w spodniach, że mnie deportują.
Kroiłem papryczki jalapeno. Coś mnie swędziało w nosie i się podrapałem palcem. Bardzo zły pomysł! Poczułem palenie jakbym sobie gorącej lawy nalał do nosa. Nie wiedziałem co robić, więc szybko poprosiłem moją dziewczynę o pomoc. Powiedziała “Szybko posmaruj keczupem!” i podała mi keczup. Tak też zrobiłem...
Zaczęło piec dziesięć razy bardziej! Aż krzyczałem z bólu. Po długim płukaniu wodą w końcu pieczenie zelżało i spytałem dziewczynę, czemu do cholery mi poradziła ten przeklęty keczup. Odpowiedziała “Widziałam to kiedyś w Scooby Doo”.
Scooby Doo się k*$^a bardzo mylił!
Zacznijmy od tego, że gdy byłem mały strasznie lubiłem paplać. Powtarzałem wszystko, co mi wpadło w ucho. Niby nic w tym złego, jednak nie raz sobie dodawałem własną, wymyśloną historię, czy też ubarwiałem sobie opowieści swoją wyobraźnią. Co najgorsze... Nie bałem się nikogo, niczego, więc gdy tylko przyszła okazja, zaraz musiałem poopowiadać jakiemuś obcemu przechodniowi o mojej sytuacji w domu. Jak to się rodzice nie kłócili, jak to siostra na mnie nie krzyczała.. Jednym słowem MASAKRA.
Gdy montowaliśmy żaluzje do domu, moja mama dla żartu, czy może nie dla żartu, powiedziała, że w końcu sąsiadka nie będzie nam zaglądała do okien i będziemy mieli troszkę prywatności. Sprytny ja, wszystko słyszący, oczywiście podsłuchał rozmowę.
Pewnego dnia, na kawkę, zaprosiła nas pani sąsiadka-podglądaczka. Wszystko było super, dała mi zupkę i słuchałem tylko rozmowy. Do czasu gdy rozmowa zeszła na temat żaluzji. Gdy tylko o nich pomyślałem, skojarzyłem fakty i jako wielka papla, oznajmiłem, że wiem czemu zamontowaliśmy żaluzje. Sąsiadka z zaciekawieniem zapytała - dlaczego? Odpowiedziałem "Żeby pani nam do domu nie zaglądała". Mina mamusi była przerażająca, lecz jak nie wiedziałem czemu. Przecież nie zrobiłem nic złego i ze spokojem zajadałem się zupką.
Ochrzan jaki dostałem w domu i kara na komputer przez kilka miesięcy, nauczyły mnie, że pewnych rzeczy nie wypada mówić.
Mieszkanie w 20 letnim bloku. Drewniane drzwi z zamykane "na górę i na dół". Problem z zamkiem na górę był taki, że jeśli przekręciło się na 2 razy z zewnątrz, to od wewnątrz nie można było drzwi otworzyć. Tak samo jeśli miało się wsadzony klucz na zewnątrz i od środka się zamknęło.
Wracam sobie zadowolony do domu, otworzyłem kluczem drzwi i w środku przekręciłem zamek. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem. Środek dnia, klucz wisi na zewnątrz, każdy może go sobie wziąć, rodzina wróci dopiero pod wieczór do domu. Akurat zdarzyło się tak, że w bloku była awaria prądu, żeby było śmieszniej.
Szybkie spojrzenie na telefon 7% baterii, komputer stacjonarny nie działa, co tu zrobić. Chwila namysłu, pojawia się myśl "przecież mój sąsiad jest tłumaczem na pewno znajdę jego ogłoszenie w internecie". Internet w komórce chwila szukania, jest.
Dzwonię, facet odbiera "Dzień dobry tłumacz przysięgły X" - "Dzień dobry widzi pan jestem pana sąsiadem i mam taki problem...". Mina faceta przy tym jak otwierał mi drzwi była bezcenna i za każdym razem kiedy spotykam go na klatce jest podobna...
Rok temu wybrałam się na basen z moim bratem i znajomym księdzem. Jak to starsi bracia, lubią dokuczać młodszemu rodzeństwu, więc brat przytrzymał mi ręce i zanurzył pod wodę. Podczas tych 10 sekund, czułam, że moje ręce są już wolne, ale ktoś podtapia nadal moją głowę, jak się okazało to był ksiądz. W końcu wynurzyłam się spod wody, otarłam twarz i krzycząc: "Ma ksiądz przechlapane, teraz spotka księdza kara!", ruszyłam w jego stronę z podniesionymi rękoma do góry. Usłyszałam tylko "Jeżeli tak ma wyglądać Twoja kara, to chwała Ci za to!" - i zorientowałam się, że pod wodą spadł mi stanik i pływał dwa metry ode mnie. Momentalnie odechciało mi się kąpieli.
Jechałam z moim 4-letnim synkiem tramwajem. Dotychczas wszędzie jeździł samochodem, więc rozglądał się bardzo zaciekawiony.
Na jednym z przystanków chwiejnym krokiem wsiadł bezdomny i usiadł niedaleko.
„Mamo, ten pan jest pijany i śmierdzi” – oznajmił mój syn swoim donośnym głosem, zwracając na siebie uwagę wszystkich dookoła. Usłyszałam czyjś stłumiony śmiech.
„Psst... nie należy tak mówić” – szepnęłam mu na ucho zawstydzona. Mój 4-latek na chwilę się zamyślił, a następnie równie donośnie jak poprzednio spytał „A to ten pan nie wie, że jest pijany i śmierdzi?”.
Dodaj anonimowe wyznanie