Od jakiegoś czasu mam pewien problem z myśleniem o facetach. Zanim zaczniecie mnie oskarżać o generalizację itp., to uprzedzam – nie generalizuję, wiem, że to irracjonalny lęk itp. Jednak za każdym razem, jak jakiegoś faceta poznaję, nawet przelotnie, tak tylko pogadać, np. znajomy z pracy itp., to pierwsze, o czym myślę, to czy on się „tam” domywa. Chodzi o mastkę.
To się zaczęło po relacji z eks. Miał problem z domywaniem się, więc po jak najdelikatniejszych z mojej strony rozmowach ustaliliśmy, że każda pójście do łóżka to obowiązkowe mycie przed (dla mnie też po, bo mam tendencję do problemów i muszę szczególnie dbać o higienę). Praktycznie przez cały czas będąc z nim musiałam po każdym zbliżeniu brać jakieś preparaty na odbudowę Ph w sobie, bez tego miałam potem kilka cięższych dni, inny kolor wydzieliny itp.
Po pewnym czasie oskarżył mnie o to, że „zabiłam spontaniczność” w naszym związku. Wszelkie tłumaczenia w stylu „mam problem i muszę się trzymać higieny!” albo „co ty masz za problem z myciem się raz dziennie?” albo „chcesz mieć seksik 24/7, to się myj. TYLKO tyle!”. Koniec końców robiliśmy to coraz rzadziej, potem tylko 2-3 razy na miesiąc. Złapałam się na tym, że pod koniec fantazjowałam o innych. Nikim realnym, po prostu o kimś z wyobraźni.
Jakieś pół roku temu mnie rzucił, właśnie kiedy moje fantazje zaczęłam spisywać w formie fikcyjnego pamiętnika. Od czasu rozstania brak u mnie problemów tam na dole. Odstawiłam preparaty. Jednak podczas gdy na dole problemów brak, to zaczęły się w głowie. Non stop mam jakieś wizje, fobie itp., że każdy następny (nie żebym ich chciała wielu) będzie też niedomyty. Kiedy np. spotykam, poznaję albo zwyczajnie widzę jakiegoś przystojnego chłopaka, o którym mogę sobie chociaż pofantazjować, i wyobrażam sobie, jak bierzemy się do roboty, para buch, nagle zauważam niespodzianki pod napletkiem. Potem oczywiście otwieram oczy, wstaję z kanapy i idę coś robić pożytecznego. Serio, nawet nie jestem w stanie normalnie fantazjować.
Jestem pod opieką psychoterapeutki, jestem z nią bardzo szczera, także jeśli chodzi o tamten związek, ale to jest jedna rzecz, której wstydzę się powiedzieć komukolwiek. Wstydzę się, że pozwalałam przez parę lat sobie wtykać coś niedomytego czy brać to do ust.
Z jednej strony to dobrze, że nie uzależniłam się od samozadawalania się ani nie mam jednonocnych przygód (bałam się, że po rozstaniu mi się takie coś uruchomi). Natomiast martwi mnie to, co jest powodem totalnej blokady. Rozumiem, że to może tylko przykrywka, a lęk podszyty jest strachem przed kolejnym zranieniem. Ale nie, serio patrzę optymistycznie.
Fakt, że online czytam, że wielu facetów ma z tym problem i nawet nie wie, że trzeba się myć, mnie przeraża. Boję się poznawać kogoś na serio.
Ostatnio w moim życiu się dzieje, a raczej działo od początku związku, ale tego nie zauważałem. Jestem z żoną 8 lat w związku, 4 lata po ślubie, mamy córkę (5 lat) i syna (2 lata). Sytuacja w domu była bardzo napięta już od dawna, a z tego co „wytłumaczyła” mi żona, ma problem ze mną, ponieważ nie potrafię okazywać uczuć, nie pomagam NIC! w domu i gram w gry (tak, dopuściłem się takiej zbrodni, że jestem streamerem trzy razy w tygodniu, krótko, plus 5-10 minut dziennie na odpowiadanie na komentarze wiadomości itp... Oczywiście jak wykąpiemy dzieci, one zjedzą kolację i idą spać). Pomagam w domu przy dzieciach zawsze, sprzątam, przebieram, prowadzę i odbieram z przedszkola, gram mało i chcę to robić, nie jestem uzależniony.
Jak mówiłem, problemem jest to, że nie potrafię okazać uczuć, jestem zamknięty w sobie. Czy tak chcę? Otóż nie, wiele razy „próbowaliśmy” się zmienić, chciałem okazywać uczucia, jednak nie potrafię przez to, jak jestem traktowany. Żona ma problemy z nerwicą, była z tym nawet u lekarza i dał jej leki, które ciągle bierze, ale podobno nie pomagają jej z mojej winy. Jak się zdenerwuje (często to się zdarza, prawie codziennie), obraża mnie i wyzywa (dwa razy uderzyła). Jestem wyzywany, słyszę, że jestem najgorszy, niepotrzebny, że nienawidzi mnie, nic nie znaczę, jestem bezużyteczny itp. A ja w obronie odpowiadam, żeby mnie nie obrażała i że ma problemy z nerwami, a jak już nie wytrzymam, to mówię, że chyba sama jest albo żeby już nic nie mówiła do mnie. Jak się odezwę i wejdę w kłótnię, to często kończy się urwanymi kablami w komputerze, poprzewracanymi monitorami, kopaniem komputera, wyłączaniem go itp. Po chwili ma pretensje, że jej nie przytulam i ona ma prawo się tak denerwować.
Myślałem, że jak przeczekam kilka lat, żona pójdzie do pracy i mniej będzie w domu z dziećmi, to się nie będzie tak denerwować. I to był błąd, bo chyba z nudów kazała mi zrobić zdjęcia (niby dla mnie, ale wiedziałem, że coś jest nie tak), jak pozuje w seksownych pozycjach w samym kasku i bieliźnie. Wysłała mi kilka zdjęć i tyle, nie upewniła mnie, że to dla mnie. Jak okazało się później, niby znowu z mojej winy, nie wylogowała się z FB na komputerze i przeczytałem, że wysłała jakieś zdjęcia koledze i żeby o nich zapomniał (poczucie winy?). Trzy dni ją męczyłem, aż powiedziała, że jedno z tych zdjęć mu wysłała i to moja wina oczywiście, bo nie poświęciłem jej uwagi i to nic takiego, bo chciała i tak wrzucić to na insta.
Teraz przeprosiła i wymaga, żeby żyć dalej, a ja tak nie mogę. Brzydzę się, denerwuję i mam dość.
Jestem 32-letnią kobietą, mam męża i dwoje dzieci. Dziś w sklepie chciałam kupić dwie butelki wina, ponieważ zaplanowałyśmy sobie z przyjaciółką wspólny wieczór. Kupiłam jedną, bo za mną stała moja mama...
Akurat siedziałam w toalecie, robiąc dwójkę. Z kieszeni wyleciało mi 20 złotych. By zająć czymś ręce, bezwiednie zaczęłam je miętolić i prostować. Po chwili zamiast sięgnąć po papier toaletowy, zupełnie nieświadomie użyłam tego, co akurat trzymałam w dłoni – kształtem przypominało papier, więc wszystko się zgadzało. Zorientowałam się, dopiero gdy ujrzałam 20 złotych w muszli klozetowej...
Zaczęliśmy spotykać się 2 lata temu. Postanowiłem dać nam szansę, chociaż nie pociągała mnie tak bardzo. Od zawsze lubiłem drobne blondynki, tymczasem ona była totalnym przeciwieństwem – brunetka proste włosy i ciemne oczy. Już wtedy nie należała do szczupłych. Ale nadrabiała charakterem i inteligencją, która mi imponowała. Z czasem jednak przybrała na wadze. Od początku miałem opory co do zbliżeń. Jakoś wymigiwałem się, znajdując wymówki, bardzo często się zmuszałem. Była cierpliwa, zniosła to i nie komentowała, choć już pewnie wtedy się zorientowała, że mnie nie pociąga. Sugerowałem jej delikatnie, że może jakiś sport, chciałem ćwiczyć razem z nią. Zgodziła się. Traciła na wadze, jedliśmy zdrowo, zaczęła wyglądać coraz piękniej i bardzo mnie pociągała. W końcu mieliśmy udane pożycie i byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej miałem takie wrażenie. Chwaliłem ją bardzo i cieszyłem się, że mam taką cudowną kobietę. Ale ona nie przestawała się odchudzać. A ja nie zauważyłem tego w porę. Z czasem była coraz chudsza, słabsza i nie miała tej radości w sobie, którą miała wcześniej.
Zaczęło mnie to niepokoić, że może znalazła kogoś innego. Powiedziała, że nie ma nikogo na boku. Uwierzyłem, ale jej wygląd zbagatelizowałem. Doszło do tego, że przy wzroście 160 cm ważyła 41 kg. Zaczęło mnie to przerażać. Chciałem iść z nią do lekarza. Nie zgodziła się, nie ma tematu. Rozmowa z jej rodzicami, wspólnie rozmawialiśmy i przemówiliśmy jej jakoś do rozumu. Zgodziła się na jedzenie, pilnowaliśmy, jadła, ale waga nie szła w górę. Martwiłem się o nią. Okazało się, że całe pożywienie zwracała w toalecie.
Mija rok, ona dalej się leczy. Idzie dobrze. Nie powiedziała mi, że to moja wina i pewnie nigdy mi tego nie powie, ponieważ jest bardzo skryta. A ja wiem, że tak jest i jakoś nie mogę sobie z tym poradzić. Nie potrafię spojrzeć jej normalnie w oczy. To już nie jest to co kiedyś. Skrzywdziłem ją bardzo i nie wiem, czy mi to kiedykolwiek wybaczy. Mam wyrzuty sumienia. Chciałbym wrócić do początku naszej znajomości i powiedzieć jej, że nic z tego nie będzie. Już nigdy nie powiem żadnej kobiecie nic odnośnie do jej wagi.
Lubię grube dziewczyny. Niby nic, prawda? Co w tym złego, przecież każdy z nas ma inne upodobania, inne fetysze...
Niestety tak nie jest. Ile razy słyszałem, że jestem nienormalny czy zboczony. Ile razy udawałem, że podoba mi się rozmiar 32. Ile razy miałem dość tego, że taki jestem.
Pozostaje jeszcze kwestia postępowania z taką osobą. Zakładam – znalazłem ideał. Piękna, 160 na 100, świetny charakter. Tylko 99 procent takich dziewczyn nienawidzi swojego wyglądu. I co, mam powiedzieć „słuchaj, fajnie, że jesteś taka gruba, nie zmieniaj tego”? No tak to nie zadziała.
PS Dziewczyny, nie mówcie, że jak jesteście grube, to nie znajdziecie faceta – jest trochę takich jak ja.
Czytałam o matce, która mówiła, że w sierpniu to ona ma urodziny, więc ślub córki przyćmi jej uroczystość, i przypomniało mi się moje planowanie wesela. Może akurat wesele to dużo powiedziane, bo chcieliśmy kolację dla najbliższej rodziny, czyli rodzice, dziadkowie i chrzestni, ale moja mama ładnie skwitowała listę gości z mojej strony.
1. Dziadków nie zapraszaj, bo już starsi są i zmęczy ich tylko podróż do innego miasta, a przecież to tylko kolacja ma być.
2. Chrzestnej nie zapraszaj, bo ona nie będzie miała z kim dzieci zostawić, bo jest samotną matką.
3. Chrzestnego nie zapraszaj nawet, bo jest zapracowany, nie dostanie wolnego na pewno.
Według mojej mamy w ciągu około 3-4 miesięcy nie da się zaplanować jednego wolnego weekendu dla kogoś z rodziny. Na szczęście nie miałam problemów z zaproszeniem kogokolwiek, bo jednak ślubu nie było. Przykro tylko, że taki brak wsparcia od mamusi.
Parę dni temu wracałam z chłopakiem z wyjazdu. Byliśmy zmęczeni, podróż trwała wiele godzin, w związku z czym późnym wieczorem zmuszeni byliśmy zatrzymać się za potrzebą.
Weszłam do toalety i zobaczyłam babcię klozetową w zielonym fartuchu, wymiatającą brud z kabiny. Jako osoba kulturalna i bardzo towarzyska czułam się w obowiązku przywitać z panią, jako że było to jej miejsce pracy, i zagadać, powiedziałam więc z uśmiechem: „Dobry wieczór, współczuję pani, ta godzina, a pani musi jeszcze pracować”...
Kobieta popatrzyła się na mnie dziwnie, nie odpowiedziała, tylko szybko uciekła z pomieszczenia, odwracając się za mną dwa razy. I to był ten moment, kiedy mój przemęczony mózg uświadomił mi, że to wcale nie był fartuch, a zielony płaszczyk, a kobieta nie zamiatała, tylko wychodziła tyłem z kabiny, a jej szczotka to w rzeczywistości kula.
Kiedy wyszłam, kobieta siedziała już w samochodzie, prawdopodobnie opowiadając swojej towarzyszce o zdarzeniu, ponieważ obydwie bardzo krzywo zaczęły na mnie patrzeć. Mój chłopak, gdy usłyszał o tym, płakał ze śmiechu i podsumował, że powinnam mniej gadać. Chyba ma rację.
Mój chłopak mi się oświadczył. Były to prawie najbardziej romantyczne oświadczyny, jakie mogłabym sobie wymarzyć – wielki bukiet kwiatów, romantyczna kolacja, przyklękniecie na jedno kolano... Gdyby nie fakt, że przy klękaniu mojemu ukochanemu wymsknął się głośny bąk.
No cóż, w opowieściach o oświadczynach będę pomijać ten ostatni szczegół :D
Dzień przed sylwestrem pożegnałam swojego przyjaciela, który był z nami ponad 12 lat. Był to mój ukochany, łagodny pies, mój wymarzony prezent na 18. urodziny. Podjęliśmy decyzję o eutanazji, bo piesek już ledwo chodził, miał raka kości, wył z bólu. Czekając na weterynarzy, płacząc, myślałam tylko o tym, kiedy oni w końcu przyjadą, bo nie mogłam patrzeć, jak on leży i cierpi, „krzyczy” z bólu, był już chyba w stanie powoli agonalnym. Uważam, że decyzja o skróceniu mu cierpienia była najlepszą, jaką mogliśmy podjąć, być może nawet za późno podjętą, ale wcześniej piesek jadł, chodził i załatwiał się na zewnątrz. Weterynarze proponowali, bym nie patrzyła na jego śmierć i nie przeżywała (bo jestem w dość zaawansowanej ciąży), ale ja nie mogłam zostawić go z obcymi ludźmi, by się bał. Wolałam płakać, być przy nim i trzymać go w ostatnich chwilach, mimo że mi i mojej mamie obok było bardzo ciężko. Nie czuł bólu, chyba poczuł ulgę po głupim jasiu, bo zjadł swój ostatni przysmak, a następny zastrzyk dość szybko spowodował ustanie pracy serca.
Potem poczytałam w internecie o eutanazji zwierząt i przeraziły mnie wpisy niektórych osób, które nie chcą się zgodzić na ukrócenie cierpienia swojemu pupilowi albo zastanawiają się nad tym zbyt długo (np. opis psa, który w ogóle nie chodził, miał odleżyny, otwarte rany, cierpiał, a właściciele, zamiast go uśpić, wynosili go na kocu na dwór).
Nie bądźmy egoistami! Nie trzymajmy kurczowo przy sobie zwierząt, których życie składa się już tylko z codziennego cierpienia, bo w takich sytuacjach myślimy tylko o sobie. Nigdy nie pogodzę się ze śmiercią mojego psiaka, ale lepsza szybka śmierć w ramionach właściciela, niż całe dnie bolesnej agonii, bo właściciel nie chce się rozstać. Liczy się dobre życie zwierzaka, tak samo jak dobra śmierć.
Dodaj anonimowe wyznanie