#DAxpo

Gdy miałam około 13 lat, postanowiłam wraz z koleżanką, że zrobimy mały kawał. Chodziło w nim o to, że podchodzimy do jakiejś małej dziewczynki i mówimy, że jesteśmy nią z przyszłości. Za cel obrałyśmy siostrę koleżanki, Olę. No więc podchodzę do małej i mówię:
- Cześć, pewnie nie wiesz kim jestem, ale mam na imię Ola i jestem tobą z przyszłości.
Na początku mała Ola chwilę myślała, aż po chwili odpowiedziała:
- O niee, to ja będę taka brzydka...

Bolało.

#4Zawb

Po przeczytaniu kilku postów o tematyce przemocy w rodzinie, chciałem się podzielić swoją historią. Nie wiem czemu, nie sądzę żeby komukolwiek pomogła, żeby kogokolwiek zainteresowała. Wychodzi na to, że dla siebie, żeby poczuć się lepiej, wywalić z siebie tę żółć.
 
Zacznę od tego, że nigdy nie zdobyłbym się na stwierdzenie, że w moim domu nie było miłości. Moi rodzice mają przeszłość w służbach, konkretniej w policji. Na co dzień zmagali się z potwornym stresem, chwilami skrajnym wykończeniem z uwagi na wydziały, w których pracowali i funkcje, jakie pełnili. W domu nie brakowało niczego, o nic nie musiałem się też nigdy martwić. Chyba że długością T-shirtu i przebieraniem na WF, bo czułem wstyd.
 
Razem z zaangażowaniem moich rodziców w kwestie dostatku, rosły oczekiwania. Nie pamiętam kto mnie pierwszy uderzył i w jakich okolicznościach – najwcześniejsze ze wspomnień sięga przedszkola, w którym to już płynnie czytałem i pisałem; utrwalając którąś z czytanek wybranych przez mojego ojca, popełniałem każdorazowo błąd w ostatnim zdaniu, wzbudzając olbrzymią frustrację u ojca, który w końcu nie wytrzymał i dość mocno mnie stłukł, następnie czytałem tak długo, aż poszło po jego myśli. Wczesne opanowanie tej umiejętności sprawiło, że w nauczaniu początkowym byłem prymusem, a oczekiwania rosły. Na tyle, że ocena niższa niż 5 skutkowała karą – tydzień bez komputera, bez wychodzenia na zewnątrz w celu innym niż szkoła, plus seria tekstów rujnujących mi psychikę. Ironiczne „gratuluję” po 4+ (żenujące błaganie nauczycielki, żeby zmieniła ocenę na 5-, ciarki zażenowania mam na samo wspomnienie). No i regularny wpierdol. Za pyskowanie, zachowanie, wszelkie zachowania odbiegające od przyjętej przez nich normy. Wieszakiem, kablem od żelazka, skórzanym pasem z ćwiekami. Pamiętam swoją małą grę, mającą na celu wywołanie jakiegoś poczucia winy, udawania, że otrzymałem cios w głowę i znieruchomienie, żeby zmusić ich do zastanowienia nad tym, co robią. Niestety, dość szybko się połapali w tej taktyce, co skutkowało tylko większym laniem. Nieważna była okazja, nieważny był sposób i pora. Zarówno ojciec, jak i matka wymierzali mi karę w sposób okrutny, a ja nigdy nie zrobiłem nic, co by uzasadniało pianę na ustach i czerwoną ze wściekłości twarz bijącego czym popadnie i w furii.
    Dopóki to było jednak nauczanie początkowe, obrywałem głównie za dyscyplinę i matematykę. Nigdy zbyt sprawnie nie liczyłem i pierwsze niepowodzenia przyszły dość szybko i wiedząc, że otrzymuję tak okropne cielesne kary za stosunkowo wysokie oceny, to co zrobić z trójką, dwójką? Nie mówiłem o ocenach, wychodziło na zebraniu, a gniew był o wiele cięższy. 

Coraz więcej rozumiałem, widziałem także, że moi rówieśnicy poza pojedynczymi przypadkami nie mają tego problemu – stałem się przedmiotem drwin.

#Uc5aZ

Ostatnimi czasy przy ulicy, na której mieszkam, pojawiły się dwa bezdomne psy. Istotne jest to, że oba były średniej wielkości, sięgały mniej więcej do kolan. O ile do ludzi odnosiły się przyjaźnie, tak z innymi zwierzakami bywało różnie. Któregoś wieczora wyszłam z moją małą suczką Moną na spacer. Pospacerowałyśmy z godzinę i zaczęłyśmy wracać do domu. Jak się pewnie domyślacie, owe dwa psy przyczepiły się do nas. Ja natychmiast chwyciłam Monę na ręce, bo mimo swoich niewielkich rozmiarów, jest to pies naprawdę waleczny. Sytuacja ma się tak: ja, z wyrywającym się i warczącym niemiłosiernie psem na rękach, stoję sama na ciemnej ulicy, nikogo innego nie ma, wszyscy siedzą w domach. A wokół mnie skaczą te dwie bestyjki. Ni to kroku zrobić, bo lecą za mną. I ujadają. W końcu wkurzyłam się, bo ciemno, zimno, a ja stoję jak głupia i nie mogę wrócić do domu. Nie wiem, co wtedy przeszło mi przez myśl, ale... zaczęłam szczekać. Przeszczekałam te dwa psy i tupnęłam kilkakrotnie nogą. Nadal nie potrafię pojąć ich reakcji, ale psy zaczęły uciekać... Uciekały, jakby coś je goniło, i zniknęły za zakrętem.

Chyba odkryłam nową metodę perswazji.

#kCtvk

Dowiedziałam się dziś, że mój tata od 30 lat jest już trzeźwy. Znaczy się wiedziałam, że jest trzeźwy, nigdy nie pił alkoholu. Zawsze myślałam, że po prostu nie lubi, że jest kierowcą na imprezie, że jest pod pantoflem itp., ale dopiero dziś się do wiedziałam, że jest alkoholikiem od 30 lat czystym.
Dopiero dziś się dowiedziałam, że gdy poznał mamę, to zapisał się do AA i przestał pić, a podobno potrafił wpaść w paromiesięczny ciąg.

Tato, nigdy nie byłam tak z ciebie dumna jak dziś, gdy mi to powiedziałeś.

#SL7gz

Przeczytałam właśnie kolejne wyznanie o fetyszyście stóp i postanowiłam opisać własną historię, o której moja kumpela stwierdziła, że była to najdziwniejsza historia, jaką w życiu słyszała (pewnie nie czyta anonimowych).

Miałam wtedy 22 lata. Wracałam do domu z dyskoteki. To była późna jesień i co ważne, miałam na sobie grube rajstopy, a na to rybaczki, na stopach trampki. Miałam wracać nocnym tramwajem, który stawał tuż pod moim domem. Niestety oszczędna koleżanka zaproponowała, żebyśmy jej dały (było nas 4) po 5 zł, zamówimy taksówkę, która nas porozwozi do domów, a na końcu ją (mieszkała na peryferiach i komunikacja miejska w nocy do niej nie dojeżdżała) i ona zapłaci za kurs. Troszkę miałam w czubie, więc się nie zorientowałam, że wysadzili mnie nie pod domem, a jakieś 900 metrów dalej (tak wypadło po drodze, a pani oszczędna nie chciała za dużo zapłacić).

Jak już wysiadłam, chłód mnie trochę otrzeźwił, więc ruszyłam z buta do domu. Po drodze podszedł do mnie młody chłopak i powiedział, że przegrał w karty z kolegami i musi pocałować dziewczynę w stopę. Ja niestety mam tak, że po alkoholu zgadzam się prawie na wszystko. Poprowadził mnie na jakieś podwórko, usadził na huśtawce i zdjął trampka. Przypominam, że byłam po nocy w dyskotece, więc stopy musiały już trochę walić. Obejrzał moje rajstopy i stwierdził, że tak się nie liczy i żebym je zdjęła. No, ale ogarnęłam, że do tego musiałabym zdjąć spodnie, więc nie ma mowy. Na co on zapytał, czy może rozerwać rajtki. Obruszyłam się, że są nowe i mi ich żal. Zaproponował, że mi odda za nie pieniądze, więc jak ostatni debil się zgodziłam.
Myślałam, że szybko cmoknie i już (tak, byłam aż tak naiwna). Niestety on się bardzo wczuł w to całowanie, może szczegóły jego działań pominę. Wtedy dopiero do mojego tępego łba zaczęło dochodzić, co się dzieje. Zapytałam go, gdzie w takim razie ci koledzy, no bo jak to była przegrana w karty, to powinni obserwować akcję. Jakoś nie umiał odpowiedzieć. Otrzeźwiło mnie do reszty, zarządziłam koniec zabawy. Założyłam buta i proszę o dychę za rajtki. On niestety nie miał pieniędzy, ale możemy iść do bankomatu. OK, to idziemy, mówię, że akurat jest jeden bankomat po drodze do mojego domu. Niestety chłopak stwierdził, że w tamtym kierunku nie pójdzie, bo to jest niebezpieczna dzielnica i on się boi tam chodzić po nocy... 

Taki mi się odważny zboczeniec przytrafił.

#Bjw2i

W podstawówce miałam naprawdę świetnego księdza. Wiecie, takiego z poczuciem humoru, z którym zawsze można się pośmiać, dogadać. W piątej klasie postanowił zrobić nam sprawdzian w mikołajki. Nie podobało nam się to, jednak nic nie mogliśmy zdziałać – nasze prośby o przesunięcie terminu nie skutkowały. Co więc zrobiliśmy? Zgodnie z radą wychowawczyni: jeden z nas przyniósł do szkoły ogromny kamień (wielkości mniej więcej bochenka chleba). Doczepiliśmy do niego karteczkę z napisem „Taaaaaki kamień spadłby nam z serca, gdyby nie było dzisiaj sprawdzianu” i niepostrzeżenie położyliśmy na biurku księdza, gdy wpuszczał nas do klasy. Jego reakcja? Zaśmiał się, zamyślił na chwilę i zapytał, którzy z nas uczyli się wczoraj i czują się naprawdę dobrze przygotowani. Mówił, że wszystkie takie osoby przepyta w ramach sprawdzianu, ale jest haczyk – albo umiemy wszystko i dostajemy szóstkę, albo nie wiemy chociaż jednej rzeczy i dostajemy jedynkę. Dał nam chwilę do namysłu, po czym wszystkich „przygotowanych” poprosił na środek. Wyszłam ja i kilku moich kolegów.
Co zrobił ksiądz? Powiedział, że nam wierzy, i wstawił szóstki bez zadania nawet jednego pytania. Reszta klasy musiała oczywiście napisać normalny sprawdzian kilka dni później.

Pozdrawiam księdza Adama! ;)

#EH2y9

Od kiedy pamiętam, zawsze bolało mnie marnotrawienie wody. Za takie coś uważałam również spuszczanie wody – tyle hektolitrów czystej wody, którą można pić, bezpośrednio z kranu idzie na zmarnowanie w ciągu tygodnia. Mimo to po każdym siku woda była spuszczana.

Kilka lat temu wymyśliłam, że warto gromadzić w wannie i wiadrach wodę po praniu i kąpieli (ona i tak poszłaby do rur) i tą wodą zalewać sedes po każdym siku i każdej kupie. Wiadro ma ok. 10 l, więc można tym zalać kupę (rezerwuar ma 6 l). 
W domu dużo pierzemy i się kąpiemy, więc wody na spłukiwanie jest pod dostatkiem. Dzięki takiemu systemowi wodnemu zaoszczędziliśmy trochę wody i mamy nawet nadpłatę. Mam wrażenie, że przyczyniam się też do ochrony zasobów wody. Jedynie jest to trochę kłopotliwe i odwiedzający nas znajomi dziwnie się patrzą. Mimo to w domu nie śmierdzi nieczystościami.

#GpRLi

Musieliśmy z żoną załatwić sprawy służbowe, które wymagały trochę czasu, więc trzeba było skombinować nianię do naszego małego bobaska. Przyjechała ciotka Kacperka, wszystko ładnie pięknie, pokazałem co trzeba i poprosiłem, czy mogłaby też nasypać karmy papudze, jak nas nie będzie parę godzin.

Wyjechaliśmy, dzień nam szybko zleciał i nagle dzwoni telefon – dzwoniła ciotka, która była w histerii. Nie mogłem się z nią dogadać, bo jąkała się i szlochała. Przerażeni spakowaliśmy się w sekundę i wróciliśmy do domu, ale nikogo tam nie było. Obdzwoniłem wszystkich i znaleźli się u teściowej. Przyjechaliśmy, teściowa też przerażona, i moja żona również, bo nikt nie wiedział o co chodzi. Ale każdy był zdrowy, więc mi ulżyło. Potem ciotka zaczęła opowiadać, że położyła Kacpra spać, poszła do salonu na telewizję i po paru minutach usłyszała płacz. Wstała, poszła do pokoju dziecka, ale ono nie płakało, a cały czas słychać było płacz... więc postanowiła uciekać. Zabrała śpiącego Kacpra, sama włożyła tylko buty, chwyciła kluczyki do auta i uciekła do teściowej zapłakana i przerażona.

Po tej historii myślałem, że zleję się ze śmiechu, bo wiedziałem, co się stało – od czasu gdy żona urodziła dziecko, papuga była zazdrosna i zaobserwowała, że jak dziecko płacze, to do niego idziemy, więc ona też zaczęła tak robić i udawała płacz, nawet całkiem dobrze, a teraz nie dostała karmy i zgłodniała, więc musiała „popłakać” :)
Dodaj anonimowe wyznanie