#VSU8c

Kilka lat temu na popularnym serwisie randkowym poznałam chłopaka o imieniu Adam. Nie byłam kimś, kto za wszelką cenę chciał kogoś mieć, a między nami nie zaiskrzyło jakoś szczególnie, więc po prostu rozmawialiśmy i nikt nie naciskał na spotkanie. W międzyczasie nawet poznałam kogoś i rozpoczęłam związek. Z Adamem nadal utrzymywałam kontakt, niemal codziennie. Rozmawialiśmy o gotowaniu, muzyce, problemach, wzlotach, upadkach, pracy, znajomych. O wszystkim. Trwało to ponad rok. Wiedziałam w jakim mieście gdzie mieszka i ile ma lat, w jakiej branży pracuje i chyba jak wygląda (przeskanowałam jego zdjęcia w Google grafika, system nie znalazł tych zdjęć nigdzie, więc możliwe, że nie były kradzione). Miał dłuższe czarne włosy, był szczupły, wysoki, całkiem ładny. Nie wiedziałam jak ma na nazwisko, nie było mi to do szczęścia potrzebne. Zaprzyjaźniliśmy się, pokazał mi nawet na portalu artystycznym rysunki swojej koleżanki, często portrety, które ćwiczyła rysując Adama i obrazki bardziej fantasy. Tu punkt warty zapamiętania: był z charakteru niezwykle oryginalny, charakteryzował się bardzo szarmanckim stylem wypowiedzi i miał pewne dziwne zachowania. Podobno lubił chodzić w długich płaszczach i zawsze nosił przy sobie nóż w ramach bezpieczeństwa. Nierzadko nazywał mnie też „moja pani” lub „pani”.

Pewnego dnia miałam problem z rozwalonym tekstem w pracy licencjackiej, więc poprosił, abym mu wysłała ten plik, a on go naprawi. Podał swojego maila. Z nazwiskiem. Byłam zdziwiona, bo raczej konkretnych szczegółów na swój temat nie podawał, ale powiedział, że znamy się już tyle, że nie ma problemu z podaniem mi nazwiska. Pracę poprawił, podziękowałam, znajomość była kontynuowana. Zaprosiłam go nawet do znajomych na FB, bo znalazłam konto po danych jakie mi podał, ale powiedział, że jest tylko dla „znajomych w realu”. Zrozumiałam, nie naciskałam.

Raz zniknął na kilkanaście dni i trochę się zmartwiłam. Napisałam do jego koleżanki od portretów, ale powiedziała, że Adam musi ogarnąć kilka spraw i skontaktuje się ze mną, jak skończy. Rzeczywiście, Adam odezwał się krótko potem i znów rozmawialiśmy codziennie.

Jakieś miesiące po jego zniknięciu powiedziałam, że mam zamiar obejrzeć „Hellsing”, anime, o którym mi kiedyś wspominał. Od tego czasu Adam przepadł jak kamień w wodę, jego koleżanka też nie odpisała. W końcu rozpoczęłam oglądanie serialu... Główny bohater to wypisz wymaluj Adam – z wyglądu, wypowiedzi, stylu ubierania się. A do jednej z postaci zwracał się „pani”. Do blondynki, czyli do kogoś podobnego do mnie. Zrozumiałam, że stworzył siebie na podstawie tego bohatera i gdy zorientował się, że skojarzę fakty, że cały on to ściema, zniknął.

Rok później zaczęłam pracę w USC i kiedyś postanowiłam znaleźć go w rejestrze obywateli. Człowiek o tym imieniu i nazwisku nigdy nie istniał.

#rzrSj

Okej, to teraz moja kolej. Jestem wykładowcą i trafiłem tu dzięki mojej córce (która w pewien sposób jest też bohaterką tej opowiastki). Uczę historii na jednej z wyższych uczelni. Mam 52 lata. Mieszkam w domu z żoną i dziewiętnastoletnią córką. Jak przystało na archetypowego profesora, jestem roztrzepany, zapominalski i zdarza mi się zaspać na wykład, który mam prowadzić. Ludzka rzecz.

Poniedziałek. Sukinsyn budzik stwierdził, że to pierdoli. Baterie kupione na bazarze nie spełniły jego wygórowanych wymagań. Jednym słowem obudził mnie, ale nie przekonał. Ostatecznie oprzytomniałem pół godziny przed zajęciami.
Torpeda – wyjmuję z szafy jakąś wymiętą koszulę, driftem wjeżdżam do łazienki, jedną ręką operują w gębie szczoteczką, a drugą ściągam z suszarki wyprane dzień wcześniej spodnie. Przelotne rzucenie okiem w lustro. Gitara! Sprint do auta i już za 10 minut wpadam niczym błyskawica na wykład. Kolejna misja zakończona sukcesem. Jak to się mówi – bez większego przypału.

Prowadzę wykład dla 80 osób, czyli całego roku jednego z kierunków na uniwersytecie, więc staram się jak zwykle wypaść dobrze. Gdzieś tak w połowie zajęć kątem oka odkrywam coś różowego wystającego z mojej nogawki. Początkowo nie zwracam na to uwagi, jednak po chwili zauważam, że z każdym moim krokiem to coś jakby bardziej wyłania się na powierzchnię. Na twarzach studentów widać zaciekawienie. Ich uwadze również nie umknął ten szczegół. Zarówno oni, jak i ja zastanawiamy się co to jest. Ja tymczasem robię dobrą minę do złej gry i dalej prowadzę wykład na temat obyczajów panujących w zakonie krzyżackim. Taktycznie jednak usiłuję wycofać się do mównicy, aby tam, już poza polem widzenia młodzieży, dyskretnie pozbyć się tego cholerstwa. Nie udaje mi się to i gdzieś w połowie drogi z mojej nogawki wypadają różowe, koronkowe majteczki z uroczą wstążeczka na przedzie... Stoję i z niedowierzaniem patrzę na tajemnicze gacie, a następnie powoli przesuwam wzrok na publiczność. A ta, dzięki wybałuszonym oczom, przypomina teraz ogromne stado przerażonych sów.
Dopiero teraz dociera do mnie, co się stało. Dzień wcześniej robiliśmy pranie. Majtki mojej córki musiały, podczas wirowania w pralce, jakimś cudem wpaść do nogawki moich spodni. Żona tego nie zarejestrowała i powiesiła je na suszarce. Rano, w zamotaniu, nie zwróciłem uwagi na intruza kryjącego się w jeansach...

Usiłowałem to jakoś wytłumaczyć studentom. Przyjęli to z pełnym szacunku potakiwaniem. Co was będę oszukiwał – nie uwierzyli. Plotki szybko rozeszły się po całej uczelni. Żeby tego było mało, coraz częściej dostaję romantyczne liściki od studentów kochających inaczej. Niech to kurza stopa, do kroćset!
Tyle ode mnie.

#Rr0Qw

Dzisiaj byłam z 7-letnią siostrą u babci.
Gdy ją odwiedzamy, mała zazwyczaj szaleje, ale tym razem siedziała cichutko, raz na jakiś czas uśmiechając się do babci. Po powrocie do domu zapytałam się, dlaczego była taka spokojna. „Bo ostatnio jak siedziałam cicho, to babcia dała mi kasę”.
Niezła jest.

#EHqoW

Dostałam od mamy w prezencie psa, ponieważ stwierdziła, że jestem samotna i szczeniak rozwiąże wszystkie moje problemy.
   Kocham psy, zawsze je kochałam. W domu rodzinnym zawsze jakiś był i przez to już bardzo szybko uświadomiłam sobie, że będę kochać tylko obce psy. Wiedziałam, że nie dla mnie jest wstawanie o świcie w najróżniejszą pogodę, żeby go wyprowadzić, wybawić rano, żebym mogła spokojnie pracować (pracuję z domu), świecić oczami na spotkaniach, bo szczeka, jojczy, domaga się uwagi i przepraszać za hałas i wiele wiele innych.
   Pies jest ze mną od pięciu miesięcy, a moje życie zamieniło się w koszmar. Od pięciu miesięcy nie przespałam spokojnie ani jednej nocy (budzi mnie obecnie najmniejszy hałas, bo a może je coś, czego nie powinien), codzienne spacery mnie wykańczają (dostałam psa aktywnej rasy – cockapoo). Pies musi mieć dużo ruchu, a co za tym idzie ja też, tyle że z chorym kręgosłupem (dyskopatia, rwa kulszowa średnio trzy razy do roku) nie jest to najmilsze doznanie. Cierpię i fizycznie, i psychicznie przez niego. Wiele osób decyduje się na adopcję psa, bo np. pomoże w walce z depresją. Mój mnie za to chyba w nią wpędzi.
   Nie jestem osobą bez serca. Kocham go, dbam o niego. Chodzimy do psiego przedszkola, do parku, dbam, żeby jadł najlepszą karmę jaką znalazłam, chodzimy regularnie do weterynarza, do groomera itp., ale jak myślę, że tak będzie wyglądało przynajmniej kolejne 10 lat mojego życia, chce mi się wyć.

#kadg2

Napisałam niedawno komentarz i zostałam poproszona o opisanie całej tej sytuacji w wyznaniu. Historia dotyczy "dyktatorstwa modowego" w gimnazjum. Zanim znowu doczepi się jakiś hejter, napiszę, że zgadzam się z tym, że "szkoła to nie dyskoteka", w pełni popieram zakaz zbyt obcisłych/za dużo odsłaniających ubrań. Od biedy mogę uznać zakaz makijażu, malowania paznokci, piercingu i farbowania włosów, jednak reszta wymysłów dyrektorki zahacza o paranoję.

Nie wolno było mieć odkrytych ramion (nawet jeśli stanik był niewidoczny), nosić leginsów, spodni dresowych (chyba, że takie bardzo porządne), mieć kolorowych sznurówek, pasków z dużą klamrą, ubrań w żywych kolorach, ubierać się na czarno (na żałobę trzeba było mieć pozwolenie), nosić rzeczy charakterystycznych dla subkultur, ubrań z widocznym logo marki (Nike, Gucci itp., wyjątkiem był wf), ubrań zbyt ekstrawaganckich/modnych.

Spódnica (do niej obowiązkowo rajstopy) musiała sięgać co najmniej do kolan, buty na absolutnie płaskiej podeszwie i bez odkrytych paców, a biżuteria bardzo dyskretna i skromna. Musieliśmy mieć buty zmienne, ale nie mogły to być Conversy, Nike itp.

W glanach ani butach na obcasach nie wpuszczano do budynku, nawet jeśli miały być zostawione w szatni. Tak samo było z kurtkami w neonowych kolorach. Nie wolno było się zbyt wymyślnie uczesać (grzywka na bok, korona z włosów, warkocz na jedną stronę, czy duże, kolorowe spinki się do tego zaliczały).
Dziewczyny z dużym biustem, musiały mieć dekolt pod samą szyję (reszta 2-3 palce poniżej obojczyka), żeby nie prowokować chłopców. Chłopcy musieli mieć spodnie co najmniej do połowy łydki. Później doszedł zakaz okularów w grubych, kolorowych oprawkach.

Co się zalicza do zbyt ekstrawaganckich ubrań? Bluzka z rozszerzanymi rękawami, koronkowa bluzka z nieprzezroczystą podszewką, t-shirty z śmiesznymi nadrukami/nazwami zespołów, choker, spódnica z tiulową podszewką itp. Za każdorazowe przyjście w czymś takim była uwaga.
Za strój galowy uznawano białą koszulę i czarną/granatową spódnicę u dziewcząt oraz białą koszulę i czarne/granatowe spodnie od garnituru lub garnitur u chłopców. Buty oczywiście eleganckie. Każde odstępstwo np. biała bluzka zamiast koszuli, skutkowały uwagą.

Na wf musieliśmy mieć osobne buty, dozwolone były tylko te tanie halówki. Spodnie tylko czarne i luźne, długość co najmniej do kolan i najwyżej do połowy łydki. Bluzka koniecznie biała i luźna, gdy komuś choć lekko prześwitywał stanik (co czasem się zdarzało, bo nie trudno się zapomnieć i ubrać czarny stanik pod ciemną górę), dostawał jedynkę. Skarpetki musiały być białe, frote i dla odmiany markowe (swoje "pumy" kupiłam na bazarze, bo szkoda mi było kasy).

Dyrektorka co roku próbuje wprowadzać mundurki, ale rodzice się nie zgadzają. Limit znaków znów mnie pokonał. Kilka ciekawych sytuacji w komentarzu.

#Dsjh2

Odkąd pamiętam na widok pająków wszelkiego gatunku robi mi się niedobrze, wpadam w panikę, płaczę i uciekam gdzie pieprz rośnie. Dwa lata temu w czerwcu w moim oknie zawitały trzy krzyżaki – oczywiście na nic się zdały błagania rodziców, żeby mi te krwiożercze bestie pozabijali, a sama nawet bym ich kijem nie dotknęła. Pogodziłam się więc z faktem, że muszę dzielić okno z mało przyjazną rodziną. Do tego stopnia, że nadałam im imiona. Dwa większe nazwałam Andrzej i Bożena, trzeciego mniejszego – Szymek. Wychodzili na okno tylko po zmierzchu, coby mi nie zepsuć dnia, a świecić gołym odwłokiem przy świetle księżyca. I tak żyli sobie aż do sierpnia. Mama poprosiła mnie, żebym umyła okna. Tego dnia kompletnie zapomniałam o owej familii zamieszkującej moje okno od zewnątrz. Pech chciał, że Szymek tego dnia wyszedł na okno. Przez moją nieuwagę popsikałam Bogu ducha winne dziecię. Małe pajączątko spłynęło po szybie wraz z płynem, ja wpadłam w panikę i rzuciłam butelką z płynem w Szymka.

Rozpłakałam się, nie wiem czy ze strachu czy z tego, że go zabiłam. Opanowałam sytuację, umyłam okna, ale nie u siebie w pokoju. Nie chciałam niszczyć domu rodzicom małego Szymka. Andrzej z Bożeną chyba się skapnęli i przystąpili do działania – zemsta będzie słodka. Siedzieli na oknie już nie tylko w nocy, ale i w dzień.
Stwierdziłam, że koniec tego dobrego, skoro ich syn zginął, oni także muszą. Potraktowałam ich... sprejem do włosów. Dokładniej lakierem. Użyłam go na tyle dużo, że nie ruszyli się przez dwie godziny. Gdy tylko Andrzej zaczął podrygiwać dupskiem, a Bożena machać łapskami, po prostu strzeliłam ich butem. Owa część garderoby leżała na balkonie, dopóki mama nie ogarnęła, że pantofla jej brakuje.

Do dzisiaj drę się na widok najmniejszego pajączka, arachnofobia zostanie ze mną do końca życia.

#Ut44f

Dodatek węglowy.
Chętnych na 3000 zł nie brakuje. Cwaniaków też. U nas w Limanowej bracia Cyganie złożyli wnioski o dopłatę do węgla. 24 wnioski z jednego adresu. Dziś czytam, że dopłatę dostaną tylko ci, którzy płacą za śmieci. Bracia Cyganie nie płacą, bo wszystkie śmieci od lat palą na podwórku...
Już czekam na ich krzyki o rasizmie.

#ThJtg

Na wigilię zawsze jeżdżę z rodzicami do babci. Jako że zbiera się u niej całkiem spora liczba osób, każdy przygotowuje jakieś danie, żeby odciążyć babcię. Jedna ciocia była z zawodu kucharką, więc przyrządzone przez nią jedzenie zawsze znikało w mgnieniu oka. Wszyscy koniecznie chcieli spróbować jej dań, ale też i pozostałych pyszności. Wszyscy, tylko nie ja. Ja do 13 roku życia zjadałam jak największą ilość posiłków mojej mamy (która zdecydowanie nie należy do elity polskiej kuchni), ponieważ bałam się, że będzie jej przykro, kiedy zobaczy, że jej potraw zostało najwięcej.

#rvKuX

Mam 19 lat, mój brat ma 25, a jego dziewczyna 23. To o niej głównie będzie to wyznanie. Mój problem jest taki, że moja „bratowa” traktuje mnie jak dziecko. Owszem, poznała mojego brata, gdy miałam około 12 lat, ale od tego czasu TROSZKĘ minęło i nie jestem już małą dziewczynką. Między mną a nią nie ma dużej różnicy wieku, więc nie wiem dlaczego tak zachowuje się wobec mnie. Podam kilka przykładów jej zachowań.

1. Miałam ostatnio małą sprzeczkę z moim chłopakiem (jestem z nim 4 lata). Powiedziała mi, że nie powinnam się tym przejmować, bo w MOIM WIEKU związki nie są trwałe, a tak poza tym powinnam zająć się nauką.
2. Ostatnio rozbiłam ekran mojego telefonu. Krzyknęłam na cały głos brzydkie słowo na k, a ta poskarżyła się moim rodzicom.
3. Poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. Wyrwała mi czajnik z dłoni, bo mogę się poparzyć.
4. Przejrzała wszystkie moje kosmetyki i wskazała te, które muszę koniecznie wyrzucić, bo zniszczą moją MŁODĄ cerę.
5. Na urodzinach mojego brata zadzwoniła do mojego ojca z pytaniem, czy może dać mi piwo... Które sama sobie kupiłam i przyniosłam.
6. Regularnie przypomina mi wychodząc z moim bratem z domu, że nie powinnam otwierać obcym.

Skarżyłam się bratu już milion razy. Mówi, że ona jest po prostu troskliwa... A mi opadają ręce. Rodzice wiedzą o jej zachowaniu i śmiechem-żartem zwracają jej uwagę, że mam już rodziców, więc nie musi się o mnie troszczyć. W stosunku do innych jest całkowicie normalna. Kompletnie nie rozumiem tego zachowania. Próbowałam z nią rozmawiać, ale zmienia temat albo wszystko przeinacza.

Biorą ślub. Nie mam już życia...
Dodaj anonimowe wyznanie