#mYLDf

O tym, że lepiej nie "tłumaczyć" polskich idiomów na język angielski...

Moja pierwsza praca na Wyspach, ja zaraz po studiach IT, firma informatyczna, ja "młodszy" programista. Języka angielskiego uczyłem się od małego dzieciaka, tak że nie miałem z nim problemów w warunkach pracy, ale czasem brakowało jakiegoś słowa albo wyrażenia.
Tego dnia mieliśmy spotkanie, na którym każdy z nas omawiał co robi, ile czasu pozostało do wykonania zadania i czy natrafiliśmy na jakieś problem. Nadeszła moja kolej, zatem mówię swoją regułkę i chciałem poinformować zgromadzonych, że zadanie wymaga trochę więcej "ręcznej roboty", niż się spodziewałem na początku...

Nie wiem czemu chciałem powiedzieć ręcznej, niby praca na klawiaturze to też "ręczna robota"... No ale nie wiedziałem jak to prawidłowo powiedzieć, więc szybko to sobie przetłumaczyłem w głowie i powiedziałem na głos mniej więcej tak:

- This task will need more hand job... Czyli, jak mi się wydawało, "to zadanie będzie wymagało więcej ręcznej roboty".

Nagle ktoś lekko parsknął, ale szybko zakrył usta ręką. Trochę mnie to wybiło z rytmu i obejrzałem się wokoło. Koleś ostro powstrzymywał brecht, a wszyscy się na mnie patrzyli. Jednemu krzywiły się usta i również z trudnością zachowywał powagę... Inny patrzył się na mnie pytający wzrokiem... Nagle sala nie wytrzymała i zaczęli wyć, nie śmiać się, ale wyć, jakbym co najmniej powiedział jakiś dowcip stulecia.
Po krótkim czasie, jak już ucichli, zapytałem się grzecznie o co im kurde chodzi. Przecież powiedziałem, że zadanie wymaga więcej ręcznej roboty i co w tym do licha śmiesznego?

Menedżer wyjaśnił mi, że hand job po angielsku używany jest do określenia... masturbacji...Tzn. jak np. pani panu zrobi dobrze ręką, to wtedy się mówi, że ona "is giving a handjob".
Czyli powiedziałem im mniej więcej, że moje zadanie wymaga więcej masturbacji...

Tak że tak...

#iocb7

Kilkanaście lat temu dokonałem odkrycia na miarę Nobla – nie ma sensu zastanawiać się jak napisać podanie, co dać w nagłówku, gdzie napisać datę itd. albo chodzić do biura czy urzędu po jakiś formularz. Wszystkie możliwe podania, formularze i wnioski są w internecie, trzeba tylko trochę poszukać. A jak się pracuje w państwowej firmie jak ja, wtedy można to zrobić w godzinach pracy na firmowym sprzęcie.

Koniec roku się zbliżał, roboty niewiele, to sobie przeglądałem różne ciekawe formularze. Najbardziej mi się spodobał  wniosek o zaprzeczenie ojcostwa. Wydrukowałem kilka i dla żartu włożyłem między czyste wnioski urlopowe. Mieliśmy wtedy takiego wrednego zastępcę kierownika, który poza niskimi kompetencjami wyróżniał się tym, że stale się czegoś czepiał. Teraz też zobaczył, że mniej pracy, to już patrzył komu zostało więcej urlopu, żeby go wysłać. Minus dziesięć na dworze, w domu nie ma co robić, a ten wysyła na urlop! No ale nie ma gadania, gość już złapał druk wniosku urlopowego i idzie w moim kierunku. Na szczęście wtedy wszedł dyrektor. Zastępca kierownika zdenerwowany, bo się go teraz nie spodziewał, odruchowo zaczął się wachlować trzymaną kartą urlopową. Nie muszę dodawać, że złapał wniosek o zaprzeczenie ojcostwa... Dyrektor miał sokoli wzrok i od razu wypatrzył nagłówek.
„Panie kolego, nie wiedziałem, że pan ma takie pogmatwane życie osobiste...”.
Zastępca kierownika poczerwieniał, zaczął coś bełkotać w stylu „Skąd to się wzięło?”, a potem na jakiś czas cichutki się zrobił i do samych świąt mieliśmy spokój. O przymusowych urlopach też zapomniał.

#QTX2T

Od pewnego czasu zauważam, że ostatnio dużo ludzi wyzywa księży jacy to oni źli są. Fakt, są i tacy, ale nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Ja osobiście jestem wierzący i wierzę też, że są na świecie księża z powołania. Dzisiaj chcę opowiedzieć wam właśnie od jednym z nich.

W gimnazjum religii uczył starszy już proboszcz. Był to naprawdę złoty człowiek. Często organizował zbiórki na rzecz biedniejszych mieszkańców wsi, odwiedzał dom dziecka, zabierał tamtejsze dzieci na wycieczki. W drugiej klasie doszedł nowy chłopak (X). Od razu było widać, że z nim nie będzie łatwo. Chłopak był zbuntowany, nie uczył się w ogóle, wagarował, a najgorsze, że zaczął też pić i palić. X przeszedł w życiu wiele, jego ojciec zmarł zaraz po jego narodzinach, a matka zapiła się na śmierć. Teraz mieszkał z babcią, która właściwie nie zaakceptowała go jako wnuka. Nasz ksiądz jednak miał do niego wiele cierpliwości, nawet wtedy kiedy X na religii wyzywał kościół i Boga. Ostatecznie proboszcz zaproponował X pracę. Miał kosić trawę na plebanii.

Chłopak na początku nie był przekonany, ale okazja do zarobienia stosunkowo łatwych pieniędzy wydała się być bardzo kusząca. Na początku nie było łatwo. Chłopak się obijał, w ogóle nie chciał pracować, ale ostatecznie za namową księdza zaczynał systematycznie przychodzić do "pracy". Proboszcz zawsze był wobec niego przyjazny, po skończonej pracy zapraszał go na kawę i ciasto, a wtedy poruszali najróżniejsze tematy. Rozmawiali o życiu, śmierci i czy w ogóle istnieje coś poza tym. Ksiądz uświadamiał go jak bardzo ważna jest nauka. X nie był dobry z matematyki. Proboszcz więc załatwił chłopakowi korepetycje, które ogromnie mu pomogły i za które X nie musiał płacić. Ostatecznie ksiądz został kimś w rodzaju "mentorem" dla chłopaka. Kimś, kto zawsze służył dobrą radą, kto próbował zrozumieć i pocieszyć. Pod koniec gimnazjum X skończył szkołę z całkiem dobrymi ocenami. Niestety proboszcz nie zdążył mu pogratulować. Zmarł miesiąc przed zakończeniem szkoły. Na jego pogrzebie X płakał jak bóbr.

Cześć, to ja jestem X, jak może niektórzy z was się już domyślacie, i jestem żywym dowodem na to, że są na świecie księża z powołania. Osobiście nie lubię tych apeli/morałów, ale chcę wam tylko powiedzieć, żebyście nie oceniali wszystkich księży na przykładzie tych, którzy traktują to jako zawód, a nie misję. To że ty nie spotkałeś dobrego księdza nie znaczy, że tacy nie istnieją.

#QlTwT

Moja ciocia ma partnera z Hiszpanii, poznali się dawno temu i do dzisiaj utrzymują kontakt. Ostatnio (jakiś czas temu) byłem ze znajomymi na mieście i nagle go zobaczyłem – z jakąś inną kobietą. Nie mam 100% pewności, iż to był on, jednak wyglądał bardzo, bardzo podobnie. Stał z tą kobietą pod galerią handlową, trzymali się za ręce i wyglądali, jakby zaraz mieli się pocałować. Dodam, iż widziałem ich dzień przed tym, jak partner cioci miał przylecieć do Polski (powiedział cioci, że przyleci, a widziałem go dzień wcześniej, mógł okłamać moją ciocię, by spotkać się z tamtą kobietą). Ja widziałem jego i tę kobietę, lecz na szczęście oni nie widzieli mnie, byli zajęci sobą, a poza tym zmieniłem fryzurę, do tego partner cioci widział mnie dawno temu, więc mam 100% pewności, że mnie nie rozpoznał.

Zastanawia mnie jednak kilka rzeczy: czy to faktycznie był partner cioci? Czy ciocia wie o tym, że jej partner ją zdradza (o ile to on)? Czy tamta kobieta wie, że nie jest tą jedyną? Czy powinienem powiedzieć o tym cioci? Czuję, że powinienem, bo to jednak ważna rzecz, w związku ważna jest szczerość, a jej partner mógł ją okłamywać, boję się tylko reakcji cioci, bo pewnie będzie załamana. Może jest więcej takich kobiet jak tamta kobieta i moja ciocia? Od tamtego momentu zadaję sobie te pytania...

#on0yy

Mam grypę żołądkową, przez którą cały czas wymiotuję.
Ostatnio poszedłem z tym do lekarza. Pani mnie osłuchała itp., po czym nie wiem czemu chciała obejrzeć moje gardło. No OK, niech będzie. Wsadza mi patyczek do ust i każe powiedzieć „Aaaaa”.
Problem z tym, że razem z „aaaaa” poleciała jeszcze kanapka z szynką i serem.
Tak, zwymiotowałem na nią...

Już nigdy nie pójdę do tej kliniki.

#4O1AS

Dzień jak co dzień. Razem z przyjaciółką w ciąży weszłam do autobusu. Koleżanka miała usiąść na wolne miejsce, ale drogę utorowała sobie starsza pani w kapeluszu. Na to jakiś chłopak:
- Pani, tam ciężarna jest!
Na to inna wstała, spojrzała się karcąco na babę w kapeluszu i złapała mnie za ramię, sadzając na jej miejsce.

O Boże... Od dzisiaj jem tylko sałatkę.

#RibM5

O tym, jak na własne życzenie można sobie popsuć wakacje.

W ostatnie wakacje moja kuzynka zaproponowała mi, żebym razem z nią i jej rodziną wyjechała na czterodniowy urlop. Dawniej miałyśmy świetny kontakt, ale gdy ona wyszła za mąż i się przeprowadziła, nasze więzy trochę się rozluźniły, głównie z braku czasu. Teraz postanowiłyśmy odnowić kontakty, więc chętnie się zgodziłam, bo i tak planowałam kilka dni wolnego, a przedszkole mojej córci w sierpniu jest nieczynne.

Na miejsce pojechaliśmy oddzielnie. My z małą miałyśmy dłuższą trasę do pokonania, więc dotarłyśmy kilka godzin później.
Rozpakowałyśmy się i poszliśmy zwiedzać. Nad jezioro i plażę miałyśmy naprawdę blisko, okolica nam się spodobała. Była pora podwieczorku, więc zaproponowałam gofry. Anka (moja kuzynka) nie chciała o tym słyszeć, nie chciała, żeby jej chłopcy ''jedli tę chemię'' itd. Zdziwiłam się, bo nigdy tak się nie zachowywała. Damian i Kacper (dzieci Anki) byli rozczarowani, ale ich tata odwrócił ich uwagę. My z córką jednak poszłyśmy na gofry, bo obiecałam jej to już kilka dni wcześniej.

Myślałam, że kuzynka po prostu jest zmęczona podróżą i rozdrażniona, ale się pomyliłam. Następnego dnia już o siódmej była na nogach i gotowała zupę. Zapytałam dyskretnie jej męża, czy może ktoś z nich ma problemy zdrowotne i musi pilnować diety. Okazało się, że nie. Po prostu Anka znalazła sobie jakieś koleżanki, z którymi prześcigają się, która z nich jest bardziej wzorową matką. Dlatego koniecznie uparła się, że na urlopie też będzie gotowała i nie pozwoli na żadne ulgi w temacie lodów czy niezdrowego jedzenia. Sama na co dzień też nie karmię córki fast foodami i nie pozwalam jej na objadanie się słodyczami, ale postanowiłam, że na urlopie nie będę stała przy kuchni ani odmawiała dziecku i sobie wszystkiego.

Reszta urlopu była niezbyt ciekawa - Anka codziennie gotowała dwudaniowe domowe obiady i równo o 13.30 zmuszała męża i dzieci, by szli do domku zjeść. Próbowałam jej tłumaczyć, że tuż przy plaży jest stołówka, gdzie za naprawdę nieduże pieniądze można zjeść solidny domowy obiad. Wiedziałam, że bez problemu mogą sobie na to pozwolić. Kiedy ja odmówiłam jedzenia wg jej wizji, obraziła się. Trudno.
Z mężem sprzeczała się non stop, kiedy kupował chłopcom lody czy gofry albo sok. Kiedy razem ze mną i dziećmi poszedł do restauracji, była straszna afera.

Po powrocie do domu nasz kontakt znowu się urwał, teraz już chyba na dobre. Wczoraj dowiedziałam się od rodziców, że mąż postawił Ance ultimatum - albo się ogarnie i przestanie na siłę być superhipermega Matką Polką, albo on zabiera chłopców i odchodzi. Mam nadzieję, że do Anki coś dotrze, bo rodzinkę ma naprawdę fajną i szkoda by było, gdyby to wszystko się rozpadło przez taką głupotę.

#ASswn

Jestem osobą dość niepewną siebie, nad czym ostatnio staram się pracować i efekty są widoczne, ale niestety wciąż mi się zdarzają momenty, gdy nieśmiałość bierze górę i nie wiem co odpowiedzieć drugiej osobie w tej czy innej sytuacji, żeby się nie ośmieszyć (pewnie swojego rodzaju trauma z czasów, gdy byłam gorszą wersją siebie i byłam wyśmiewana przez rówieśników).

Ostatnio szłam do szkoły i zobaczyłam starszą panią, siedzącą na ulicy obok budynku i sprzedającą jajka. Pełnym rozpaczy głosem zwróciła się do mnie: „Chciałaby pani kupić jajka?”. Miałam ze sobą mało pieniędzy i były przeznaczone na klasową zbiórkę, no i nie pójdę przecież do szkoły z jajkami... Pani błagalnie mówiła dalej – „Nie mam na chleb...”. I w tym momencie zabłysnęłam. Wydukałam: „Ja też nie mam”... i poszłam dalej, dopiero po fakcie uświadamiając sobie, co odwaliłam. Powiedziałam biednej staruszce, że też nie mam na chleb...

Oczywiście współczuję jej, już nie pierwszy raz widzę, jak tam sprzedaje jajka, ale ta sytuacja była naprawdę zabawna. Najgorsze jest, że nie wyglądam na biedną osobę, bo nią nie jestem, więc staruszka mogła sobie pomyśleć, że żałowałam pieniędzy, aby jej pomóc ;-;

#1J4tA

Znajomi mówią mi czasem, że jestem straszny. Nie, że jestem wredny, nie, że mam mięśnie czy coś. Po prostu swoją wiedzą i nie wiem, sposobem bycia, wzbudzam u innych szacunek, a raczej strach.
Nie wierzyłem w ich opowiadania, że ktoś się boi do mnie odezwać, przecież jestem pogodną osobą, często się uśmiecham. A potem przyszedł moment, w którym mój uczeń (jestem korepetytorem) odpisał mi „OK” na wiadomość, po czym szybko usunął wiadomość i odpisał „Tak”.

Chyba naprawdę jestem straszny.
Dodaj anonimowe wyznanie