Stałem w kolejce po chleb i nagle dwie osoby przede mną zauważyłem pewną dziewczynę. Podobny wiek, piękna, elegancka, dla mnie ideał. Pomyślałem, jak zagadać, ale jestem takim nieudacznikiem życiowym, że opcja bezpośredniego powiedzenia czegokolwiek odpadała. Myślałem więc, jak wspaniale by było, gdyby zapomniała zabrać chleb, który kupiła, a ja wtedy złapałbym go, podbiegł do niej, oddał i był kochany za ten niezwykle romantyczny czyn.
Chwilę potem dziewczyna odeszła od lady, a chleb… został.
Udało mi się tylko wybełkotać ekspedientce, że dziewczyna zostawiła chleb.
Jestem większym nieudacznikiem życiowym niż sam myślałem :(
Mam znajomego, z którym znam się od bardzo długiego czasu, chodzi z niesamowicie piękną dziewczyną, i właśnie o niej będzie wyznanie.
Jakiś czas temu krążąc po internecie w celach zaspokojenia, wszedłem na stronę z kamerkami dla dorosłych, popatrzyłem czy nie ma czegoś ciekawego, aż tu moim oczom ukazała się dziewczyna kumpla, cała nago, wkładająca sobie wibrator, nie mogłem w pierwszej chwili uwierzyć więc wszedłem na kamerkę, patrzę to faktycznie ona, bawi się cipka i czeka na polecenia za kasę, myślałem może jednorazowy wyskok, ale zapisałem profil i kilka dni później znowu ją zobaczyłem.
Nie wiem co robić, kumpel o tym nie wie, a ona świeci cipką po internecie, sam zacząłem ją regularnie oglądać, raz nawet specjalnie powiedziałem do niej po nicku ze strony jak kumpla nie było, a ona tylko się uśmiechnęła i pokazała mi język.
Kilka lat temu, w czasach gdy elektroniczne papierosy były nowością i stoisk z nimi było mnóstwo, sama miałam okazję na takim pracować. Sama wówczas się uczyłam, a dorywcze zajęcie ułatwiło mi i mojej rodzinie jakoś radzić sobie z codziennymi życiowym wydatkami.
Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy pracy było wyjątkowo dużo – od rana na stoisku kręciło się mnóstwo ludzi, dodatkowo musiałam w tym samym czasie uczyć nową dziewczynę, która też miała zacząć jako ekspedientka. Aż kilkunastu klientów zakupiło najdroższy zestaw i kilku z nich zapłaciło kartą. Gdy wreszcie się nieco rozluźniło, postanowiłam przeliczyć pieniądze i posprawdzać wydruki bankowe, aby upewnić się, że wszystko się zgadza. I w tej właśnie chwili zamarłam. Zorientowałam się, iż jedno z potwierdzeń transakcji kartą zostało odrzucone, a ja w tym całym zamieszaniu tego nie zauważyłam! Ta kwota (300 zł), która miałaby być odciągnięta od mojej wypłaty jako konsekwencja błędu, była dla mnie wówczas majątkiem.
Załamałam się... Chciało mi się zwyczajnie ryczeć, poczułam się bezsilna i nie wiedziałam co robić. W amoku zaczęłam przeglądać karty gwarancyjne i szukać numeru klientki, sama nie wiedząc po co. Nie miałam wyjścia – choć było mi wstyd i nie wiedziałam sama po co to robię (bo przecież reklamacji nie uwzględnia się itd.), zadzwoniłam do tej pani i na jej pocztę głosową zostawiłam niespójną wiadomość (zapewne brzmiało to jak: papieros... yyy... zestaw... karta nie działa... yyy... transakcja odrzucona...), po czym zaczęłam rozpaczać.
Już miałam dzwonić do szefa, gdy pani znów się pojawiła... Miałam ochotę ją wyściskać! Wyobraźcie sobie, babka nie chciała nic. Żadnego rabatu, żadnych kwiatów, czekoladek. Nic. Po prostu szkoda jej się zrobiło młodej dziewczyny pracującej na stoisku z papierosami. Wróciła. Zapłaciła. Ja podziękowałam z całego serca, a wiecie co ona powiedziała? „Zrób coś dla mnie – po prostu podaj dalej”.
I wiecie co? Nigdy jej nie zapomnę. Zawsze będę pamiętać te słowa.
No i oczywiście podaję dalej, zawsze i bez wyjątku :)
Strasznie irytuje mnie, gdy ludzie każdego rozpuszczonego bachora mianują tytułem "ofiary bezstresowego wychowania". Dlaczego? Bo byłam wychowywana w sposób bezstresowy i chciałabym przybliżyć wam ten temat.
Od kiedy pamiętam moja mama ze mną rozmawiała. Jak z partnerem do dyskusji, nie młodym cielakiem. Odpowiadała na pytania, starała się wszystko wytłumaczyć. Gdy zachowywałam się nieodpowiednio (np. mając 5 lat miałam fazę na odkręcanie kurków kuchenki gazowej), siadała i rozmawiała ze mną do skutku, do momentu aż wyciągnęła ze mnie przyczynę takiego zachowania i wyjaśniła mi, że jest to nieodpowiednie. Nigdy też nie użyła argumentu "BO TAK/BO NIE". Zawsze, gdy mówiła mi "nie", argumentowała swoją decyzję dopóki nie zrozumiałam jej punktu widzenia. Dzięki takiemu postępowaniu nauczyłam się patrzeć na różne sytuacje z dwóch stron, zawsze potrafię znaleźć racjonalny argument i tego samego wymagam od innych.
Mama od zawsze miała (i w dalszym ciągu ma) do mnie zaufanie. Gdy miałam naście lat (17-18), pojawiły się pierwsze imprezy - mogłam iść, pod warunkiem meldowania się, powrotu o ustalonej godzinie (gdy było późno odbierała mnie ona albo tata) i zostawienia listy znajomych z numerami telefonów. I nie chciała tego po to, aby mnie kontrolować (nigdy nie zadzwoniła do żadnego z moich znajomych), lecz po to, by reagować, gdyby coś się stało. Rodzice uważali, że pierwszy alkohol powinien być spróbowany pod ich nadzorem - i owszem, tak było. Nie było problemu z wypiciem piwa (jednego, zaznaczam), gdy miałam 17 lat - argumentowali to tym, że człowiek nie staje się magicznie dorosły kończąc 18 lat i te kilka miesięcy różnicy nie robią (dzięki takiemu podejściu nigdy, przenigdy nie upiłam się do nieprzytomności, wymiotów czy utraty pamięci - po prostu alkohol nie był dla mnie "szałem").
W okresie gimnazjum przeżywałam bunt i był to zdecydowanie najgorszy czas dla moich rodziców (szczególnie mamy - w skrócie: byłam dla niej wredna). Dzielnie znosili humory. W końcu bardzo opuściłam się w nauce (nigdy nie miałam z nią problemów) i mama dała mi wybór (tak, 13-14-latce) - nie muszę się uczyć, ale muszę pracować na swoje utrzymanie albo uczę się i rodzice pokrywają wszystkie koszty tak długo, jak będzie trzeba. Hardo zdecydowałam opuścić szkołę - w tym momencie mama wręczyła mi ścierkę i płyn i kazała wyszorować wszystkie piętra bloku (a jest ich 10). Stwierdziła, że bez szkoły nic innego na mnie nie czeka i skoro to jest mój wybór, to pora rozpocząć pracę. Nie krzyczała, dała wybór. Podjęłam wtedy decyzję i obecnie jestem świeżo po obronie doktoratu, pracuję.
Zostałam wychowana w poczuciu, że do rodziców mogę zwrócić się z każdym problemem i nigdy nie zostanę odrzucona, wyśmiana, skrzyczana. Wiem, że są nie tylko moimi rodzicami, ale też przyjaciółmi. Mam nadzieję, że są ze mnie dumni.
Kiedy miałam 9 lat, usłyszałam gdzieś słowo "dziewica". Nie wiedziałam co to znaczy, więc spytałam się przyjaciółki. Powiedziała, że jest to dziewczyna, która nigdy się nie całowała. Długo o tym myślałam i postanowiłam przestać być dziewicą.
Wróciłam do domu i powiedziałam tacie, żeby się nachylił. On to zrobił, ja dałam mu szybkiego buziaka w usta i uciekłam. Następnego dnia poszłam do szkoły i pochwaliłam się przyjaciółce, że nie jestem dziewicą. Następnie pochwaliłam się też koledze. On natomiast powtórzył to nauczycielce. Ona przerażona bierze mnie na bok i pyta, czy to prawda. Potwierdziłam, a ona się spytała z kim straciłam dziewictwo. No to ja wiadomo, odpowiadam, że z tatą.
Wyobraźcie sobie minę taty, gdy został wezwany do szkoły...
Jadę autobusem, jak zwykle wracam z moim 6-letnim autystykiem z przedszkola.
Syn zaczyna monolog w swoim jezyku "tiku taka koko kuku" (tak mniej więcej mówi, jego werbalna komunikacja nie istnieje).
Wchodzi paniusia, taka damesa odpicowana, wymalowana, z tipsami jak orzeł, siada za moim synem (ja stałam bo w autobusie tłok). I dalej do mnie, zamknij pani dzieciaka, głowa mnie boli, czego tak drze japę.
Przyznam, że w tej sekundzie mnie zatkało, bo starsza pani, która siedziała obok, śmiała sie z niego i rozmawiała i raczej dziecko nie krzyczało. I w tej sekundzie, co mnie zatkało zaczeła się awantura, ja nie zacytuje tutaj epitetów po adresem tej pani bo było ostro.
Młodzi, starzy wszyscy naskoczyli na paniusie... I kiedy nastała taka cisza chwilowa... mój syn zaczął rechotać, a żeby tego było mało odwrócił się do niej do tyłu i najzwyczajniej w świecie sie głośno śmiał.
A razem z nim cały autobus. Nie ma co, ale ma chłopak wyczucie :)
Odkąd Rosja zaczęła czyhać na Ukrainę (jeszcze przed lutym), codziennie zastanawiam się, czy będzie wojna w Polsce.
Nie zadręczam się tym jakoś chorobliwie, ale mam obawy. Straszy mnie nią też dziadek. Sojusze sojuszami, ale nigdy nie było tak długich przerw między konfliktami zbrojnym na danym terenie. Zastanawiam się, co robić w razie czego.
Myślę o ucieczce za granicę wówczas, oczywiście jeśli zdążę. W 1939 też były takie nastroje, ale ludzie, jak dziś, wierzyli do końca, że nic się nie stanie. W czasach nastoletnich oglądałam "Czas honoru".
Marzyłam o walce z wrogiem i obronie ojczyzny w razie zbrojnej napaści. Nie bałam się śmierci, bo nie zależało mi na życiu. Teraz jest inaczej.
Jestem wyrachowana i wiem, że moim podstawowym obowiązkiem jest dbanie o moją rodzinę, bo nie ma osób, które mogłyby mnie zastąpić. Gdyby ludzie myśleli tak w dawnych czasach, to Polski by nie było. I obawiam się zgwałcenia.
To los dużo gorszy od śmierci.
Wybrałam się niedawno na grilla do znajomych. Było sporo ludzi, nie wszystkich wcześniej znałam.
Przyszła znajoma ze swoim chłopakiem, który wyglądał dość osobliwie, przynajmniej jak na nasze polskie standardy. Poza idealnie przystrzyżonymi włosami i brodą, miał też idealnie wyregulowane brwi, delikatny makijaż i pomalowane paznokcie.
Nikt tego nie komentował, do czasu aż wspomniał, że sam się strzyże, reguluje brwi, maluje i robi paznokcie. I szczerze powiem, że zszokowała mnie reakcja ludzi. Pozytywnie :) wszyscy byli zachwyceni.
Chwalili makijaż, że bardzo mu pasuje i w ogóle jest piękny (naprawdę był, sama się tak nie umiem malować), brwi miał ładniejsze niż wszystkie obecne dziewczyny, paznokcie też świetnie zrobione. Dziewczyny zaczęły się do niego zapisywać w kolejce na brwi i paznokcie, nawet faceci chwili, że ma talent.
I tak sobie siedząc i słuchając, dotarło do mnie, że ten świat nie jest jeszcze do końca tak zepsuty. Że być może rośnie nam pokolenie ludzi pozbawionych uprzedzeń, ludzi tolerancyjnych, otwartych i zwyczajnie dobrych, którzy nie oceniają po wyglądzie.
Czytając anonimowe i komentarze pod nimi, często tracę wiarę w młodych ludzi. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego komukolwiek miałoby przeszkadzać, co noszą i jak wyglądają inni.
Skąd w ludziach tyle żółci i hejtu.
I choć wiem, że takie osoby nie znikną z tego świata, to zacytuję pewnego wspaniałego artystę: "lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat, nie zginie dzięki nim".
Nadszedł już czas nienawiść zniszczyć w sobie, moi drodzy anonimowi.
Jestem muzykiem, gram w orkiestrze na altówce.
Kiedy dyrygent wchodzi na scenę podczas koncertu, podnosi orkiestrę (to znaczy, pokazuje gestem, abyśmy wstali) wśród oklasków widowni. Tak też było tego pewnego dnia.
Koncert. Orkiestra nastrojona, cisza na sali. Czekamy na dyrygenta. Wchodzi, pokazuje gest, no to wstajemy. Ja też wstałam. Tyle że byłam z tej drugiej strony - jako widz. Mało tego, siedziałam w 3 rzędzie, więc wszyscy - włącznie z muzykami zapewne zastanawiali się, czy aby na pewno jestem sprawna umysłowo. Nie była to moja orkiestra, w której gram, więc nikt mnie zapewne nie kojarzył. Udałam, że poprawiam spódnicę i szybko usiadłam śmiejąc się z siebie.
To tak w ramach cyklu co praca robi z człowiekiem :)
Moja dziewczyna jest zagorzałą katoliczką i nie zgadza na żadne akty seksualne. Zawsze odpowiada tylko, że po ślubie.
Pewnego dnia poszliśmy na spacer i dziwnym trafem trafiliśmy na drogę krzyżową. Nagle ona powiedziała, że jak chcę to zrobić, to tylko tu i teraz. Bo tylko tutaj Bóg jej wybaczy.
Najdziwniejsza chwila w moim życiu.
Dodaj anonimowe wyznanie