Mój mąż jest impotentem. Jesteśmy rok po ślubie, już przed zdarzały się akcje typu: coś mnie boli, nie ten dzień, kochanie... ale dopiero w momencie, kiedy dochodziło do gry wstępnej. Wiele razy starałam się, jestem otwarta i nie boję się próbować nowych rzeczy. Tłumaczyłam i prosiłam, żeby mówił wcześniej, że nie ma ochoty, a nie dopiero w akcji. Myślałam, że to moja wina. Bielizna, pieszczoty – walczyłam, jak się dało. Niestety z różnym skutkiem.
Stwierdziłam, że skoro ślubowałam, to nadal będę się starać. Na walentynki zaaranżowałam miłą niespodziankę. Cały dom w świecach, romantyczna kolacja, wino. Ja w pięknej bieliźnie, jakiej nie widział nigdy, czerwone szpilki, kokietowałam. Udawał, że mu się podoba. Flirtował, a ja nawet nie fochałam się o brak kwiatów czy czegokolwiek. Chciałam pokazać, że mimo wszystko mi zależy. Droczył się ze mną, nakręcił... po czym jak zwykle stwierdził, że to nie ten dzień.
Poczułam się upokorzona jak nigdy. Mam wyrzuty sumienia, ale myślę, żeby odejść. Chyba nigdy nie będę szczęśliwa. Anonimowe w tym jest to, że nawet nie mam komu o tym powiedzieć, bo wszystkie koleżanki wokół twierdzą, że ich życie łóżkowe kwitnie. Też bym tak chciała.
Zawsze uczyłam się dobrze, ale nigdy nie byłam kujonką. Przedmioty ścisłe szły mi raczej lepiej od humanistycznych, więc wybór był jeden – politechnika. Poszłam na kierunek ciężki, ale praca po nim jest dosłownie wszędzie i nawet dobrze płatna.
Na początku szło świetnie. Później zaczęły się schody, mimo tego, że umiałam na egzamin bardzo dużo, to nie zdałam, na konsultacjach dowiedziałam się, że jest za dużo studentów na roku i padło na mnie. Innym razem dowiedziałam się, że ściągałam, bo to jest niemożliwe, aby ktoś tak dobrze egzamin napisał. Od kolejnego prowadzącego dowiedziałam się, że jestem debilem i nie nadaję się na studia.
Po pewnym czasie chęć do walki i nauki minęła, gdy widziałam, że inne osoby z roku zdają, mimo że nie nauczyły się wcale, a udało im się ściągnąć. Lub zdają ci, którym wszystko tłumaczyłam lub dawałam notatki, a ja mimo usilnych prób po raz piąty poprawiam podstawowe przedmioty.
Straciłam całkowitą chęć do życia i do nauki, nie mam ochoty się już więcej męczyć, ale z drugiej strony jest mi żal tych wszystkich lat i tego, jak niewiele zostało do końca.
Ogólnie rzecz biorąc, jestem człowiekiem, który stara się dbać o rzeczy, ale nie robię też afery, gdy coś się zniszczy. Żona samochód zarysuje – trudno, nie ma tragedii. Telefon spadnie i pęknie wyświetlacz – zdarza się. I na ogół takie samo mam podejście do wszystkich przedmiotów. Z wyjątkiem książek. Książki są dla mnie świętością i nie wyobrażam sobie, że mógłbym jakąś zniszczyć. Od dziecka byłem wychowywany w domu z dużą liczbą książek i uczono mnie, że nie należy ich niszczyć, trzeba o nie dbać itd. I tak mi zostało do dziś, tylko że teraz zahacza to niemal o obsesję.
Dużo czytam i kupuję dużo książek. Każda nowa książka jest przynoszona do domu i odstawiana na półkę w biblioteczce. I tam sobie stoi. A co robię ja? Ja ściągam tę książkę w formie e-booka i czytam na tablecie. Ktoś mógłby powiedzieć, że wystarczy kupować e-booki i po problemie. No właśnie nie do końca – ja muszę mieć papierową wersję książki. Czasem wchodzę do pokoju z biblioteczką i patrzę sobie na moją liczącą kilkaset pozycji kolekcję – 90% książek, które się w niej znajdują, dotykane były, tylko kiedy je przynosiłem do domu. A sama myśl, że mógłbym otworzyć książkę i złamać jej grzbiet albo pobrudzić kartki, przyprawia mnie o dreszcze.
Zacznę od tego, że mój brat jest starszy ode mnie o 12 lat. Gdy byłam mała, ale taka że jeszcze to pamiętam, to dość często brat zostawał ze mną, gdy rodzice byli w pracy. Spędzaliśmy czas na oglądaniu bajek. Wiadomo, że przy oglądaniu najlepiej się coś je, a że u nas rzadko kiedy były jakieś przysmaki, raz zadowalaliśmy się orzeszkami z puszki.
Wyglądało na to, że mi zasmakowały, bo brałam je garściami. Tyle że orzeszków nie ubywało... Dopiero po chwili brat dokładnie przyjrzał się, co robię. Jako że były to orzeszki solone, to brałam je, ciumkałam w ustach, po czym wypluwałam z powrotem.
Do dziś pamiętam minę brata, gdy zdał sobie sprawę, że je obślinione przeze mnie orzeszki :)
Spytałem mojej współlokatorki, z którą razem studiuję, czy jest gotowa na jutrzejszy egzamin. Zdziwiła się szalenie i po dłuższej chwili milczenia powiedziała: „Żartujesz sobie?”. Teraz to ja nie wiedziałem, o co chodzi, ale po chwili mi uświadomiła, że egzamin był dzień wcześniej...
Będąc w podstawówce, miałam okropną nauczycielkę języka niemieckiego (może to wydawać się dziwne, ale ja naprawdę lubiłam ten przedmiot). Jej problemem była zazdrość o status majątkowy uczniów, wiec zawsze ci mający trochę więcej byli przez nią gnębieni. Oceniała wszystko po ubraniach, samochodach, wakacjach (zawsze po tym okresie musieliśmy jako zadanie opisywać swój pobyt).
W 4 klasie mieliśmy do opisania naszą drogę z domu do szkoły. Ja z racji przeprowadzki do nowego domu miałam bardzo prostą drogę. Dosłownie 800 m prosto i skręt w prawo, aby podejść pod drzwi szkoły.
Oddałam swoją kartkę z zadaniem. Dwa dni później dostałam ocenę niedostateczną i uwagę. Dlaczego? BO ONA WIE, GDZIE JA MIESZKAM I NIE MAM TAKIEJ PROSTEJ DROGI DO DOMU, A POZA TYM TO MAM UWAGĘ ZA PRÓBĘ OSZUKANIA NAUCZYCIELA.
Oczywiście sprawa się wyjaśniła, moja mama tak tego nie zostawiła.
A ona miała jeszcze 5 lat, żeby mnie męczyć, bo akurat poszłam do gimnazjum, do którego się przeniosła, ba, została nawet moim wychowawcą, a pięknym sytuacjom nie było końca ;)
Autobus. Popołudniowe godziny szczytu, ludzie poupychani jak sardynki w puszce. Kolejny przystanek – niektórzy ludzie na chwilę wychodzą, inni wciskają się w ściany, aby umożliwić wyjście innym. Niedaleko mnie młoda dziewczyna również przesunęła się, aby zrobić przejście, ale potrącona nastąpiła na nogę pani w średnim wieku. „Patrz, gdzie leziesz, gówniaro!” – odezwała się Grażyna. Dziewczyna odburknęła tylko, że nie zrobiła tego celowo i już miała odwrócić się od rozmówczyni, kiedy okazało się, że Grażynie towarzyszy Janusz, gotów bronić swojej damy zawsze i wszędzie, który zaczął swoją tyradę o tym, że nie dość, że nie uważa, to jeszcze gówniara pyskuje starszym i jak chętnie sprałby taką pasem. Dziewczyna spokojnie odwinęła się parce tak, że się zapowietrzyli i wykorzystała okazję, żeby się oddalić i wcisnąć się w kąt.
Norma w moim pięknym mieście i pewnie zapomniałbym o całym zdarzeniu, gdyby nie poprosiła mnie o ogień po wyjściu z autobusu. Widziałem, że była wściekła, mówiła roztrzęsionym głosem. Zagadałem więc, że nie ma się czym denerwować, chamstwo jest na porządku dziennym i dobrze sobie poradziła. Uśmiechnęła się i... rozkleiła. Oboje zbaranieliśmy, zbity z tropu zacząłem wypytywać, o co właściwie chodzi. Początkowo próbowała mnie spławić, ale w końcu powiedziała mi, że walczy z fobią społeczną i choć na pierwszy rzut oka nie da się uznać jej za osobę nieśmiałą i niepewną siebie, tak naprawdę bardzo źle znosi takie sytuacje. Że stara się nie przeszkadzać innym, ale niemota z niej, a wiele osób od razu reaguje krzykiem i wyzwiskami. Że nie jest w stanie przejść nad tym do porządku dziennego i choć stara się nie dawać tego po sobie poznać, w środku czuje się jak zaszczute zwierzę. Że zazdrości Grażynie tego, że ktoś się za nią wstawił i też chciałaby mieć wtedy obok kogoś takiego. Że pewnie w oczach świadków pokazała, że jest właśnie taką niewychowaną gówniarą, jaką ją nazwali, bo zniżyła się do ich poziomu, ale nauczyła się w szkole, że to jedyny sposób na poradzenie sobie z agresorami. Kiedy mi to opowiedziała, uspokoiła się, podziękowała za rozmowę i po pewnym czasie się rozeszliśmy.
A ja nie mogę sobie wybaczyć, że nie wpadłem na to, żeby się za nią wstawić. Może gdybym ja albo ktoś inny reagował w takich momentach, zamiast rozkoszować się miejskim widowiskiem, szybciej uporałaby się z fobią? Ile jeszcze jest takich osób, które tylko wyglądają, jakby sobie świetnie radziły? Od tej pory nie będę dawał cichego przyzwolenia na takie zachowania.
Anonimowi, przyłączycie się?
W pewnym ośrodku kulturalnym (z którym jestem dość mocno powiązany i często się angażuję w różne akcje) zostały zainstalowane głośniki na korytarzach i w toaletach. Zostałem poproszony o znalezienie jakiejś muzyki, żeby sobie grała, póki osoby za to odpowiedzialne nie znajdą jakieś lepszej, zgadzającej się z ich wizją artystyczną. No oczywiście się zgodziłem i zgrałem trochę muzyki. Od razu wszystkim się spodobała. Chwalili utwory, mówili, że nigdy takiej muzyki nie słyszeli, że oryginalne, że idealnie pasuje do tego miejsca i w ogóle super cud miód.
Oczywiście dopytywali o autorów, ale ja przez parę dni migałem się od odpowiedzi.
W końcu ze mnie to wyciągnęli. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że wszystkie kawałki pochodzą z gier video (starszych lub bardziej niszowych). Nagle uśmiechy wszystkim zeszły i pojawiło się zażenowanie. Zaczęli się bulwersować. „Ale jak to z gier? Normalny jesteś? Ciebie o coś poprosić, to wszytko na odwal się zrobisz i jakieś dziwne akcje odprawiasz bez naszej zgody. ILE TY MASZ LAT, CZŁOWIEKU, ŻE W GRY GRASZ I JESZCZE NAM TO WCISKASZ”. Oczywiście muzyka została szybko zmieniona.
Ludzie mają jakieś dziwne uprzedzenia do gier, że są dla dzieci albo uzależnionych Azjatów czy pryszczatych prawiczków. Dla mnie gry mogą być dziełem kulturalnym na takim samym poziomie jak np. filmy. Nawet gdyby tak nie było, to nie zmienia to faktu, że taka muzyka może dorównywać filmowej. Gdyby muzyka pochodziła z jakichś nominowanych filmów, to pewnie by ją zostawili i do teraz by tam sobie grała.
PS Akurat tego tam nie wrzuciłem (zbyt rozpoznawalne i oczywiste), ale dla zainteresowanych proponuję zapoznać się z muzyką np. naszego rodzimego Wiedźmina, The Legend od Zelda Breath of the wild, Cupheada czy BioShocka. :)
Niesamowicie relaksuje mnie wieszanie prania i prasowanie.
Uwielbiam ten moment, gdy pralka skończy swoją pracę, mogę wyjąć pranie i zacząć je wieszać, czy to na sznurkach na dworze, czy na suszarce.
Przy czym nie jest to takie zwykłe szybkie wieszanie. Zawsze staram się obok siebie wieszać ubrania tych samych domowników, wszystko musi być idealnie równo, często zmieniam ułożenie, żeby tylko nie było żadnej luki, a jak wieszam pranie na dworze, to spinacze muszą być w tym samym kolorze co ubranie. Dlatego bardzo nie lubię, gdy ktoś na siłę chce mi w tym pomagać, bo wiem, że nie zrobi tego tak, jak ja chcę.
A jak już to pranie wyschnie, to oddaję się kolejnej ulubionej czynności – prasowaniu. Tu też mam swój rytuał. Najpierw majtki (tak, prasuję majtki!), potem ręczniki, ściereczki, bieżniki, następnie piżamy, później ubrania, które daję na wieszak, a na końcu resztę. Każdemu domownikowi układam na osobne kupki, a potem rozkładam w szafkach.
Fakt, dość długo mi z tym schodzi, ale nawet sobie nie wyobrażacie, jaką ja wtedy mam frajdę! :D
Przeprowadziłam się w październiku do chłopaka do niewielkiej miejscowości z dużego miasta. Musiałam w szybkim tempie znaleźć pracę, ale niestety jak w takich miejscach bywa – bez znajomości nie znajdziesz nic. W końcu udało mi się po 2 tygodniach znaleźć pracę, ale dojeżdżanie do i z pracy odbijało się na moim stanie psychicznym i fizycznym (łącznie w ciągu dnia 3 godziny w pociągu + 2 km z buta na i z pociągu, więc dodatkowa godzina). Jednak praca była w miarę okej, co w moim przypadku graniczy z cudem – mam nawroty depresji, bardzo wątpię w siebie i szybko się poddaję nawet po nic nieznaczącym negatywnym komentarzu/uwadze.
Przed Wigilią dowiedziałam się od kierowniczki, że firma podjęła decyzję o zwolnieniu z końcem roku wszystkich na UZ. Na UZ byłam ja i jedna dziewczyna. Z czasem okazało się, że to było kłamstwo – kierowniczka po prostu obiecała komuś znajomemu, że zatrudni go u siebie i chciała się kogoś pozbyć, trafiło na mnie (tę drugą dziewczynę przenieśli w końcu w inne miejsce, choć kierowniczka mówiła, że jeśli będzie mogła którąś z nas zatrzymać, to zostaję ja, bo pracuję tu dłużej, a druga dziewczyna miała być tylko na okres świąteczny). Okej, trudno, znajdę coś innego – pomyślałam.
Cały styczeń i luty upłynęły mi na wysyłaniu CV i pogłębianiu swojej kiedyś leczonej depresji. Za styczeń nie dostanę żadnych pieniędzy, a o zwolnieniu dowiedziałam się za późno, by móc coś sobie zaoszczędzić. Teraz wszystko spoczywa na barkach chłopaka, za co mam do siebie ogromne wyrzuty. Cały czas szukam pracy, ale każda szansa jej dostania, choć na początku jest radość, to za chwilę pojawiają się wątpliwości i rezygnuję. Chciałabym znaleźć jakąś dobrą, najlepiej zdalną pracę i przestać być problemem, normalnie żyć, móc mieć za co kupić chłopakowi prezent (bo teraz dosłownie nie mam nawet 5 zł na koncie). Znaleźć coś, w czym się odnajdę, bez kontaktu z ludźmi, tylko ja i papiery.
Dodaj anonimowe wyznanie