Było to już kilka dobrych lat temu. Piątek. Miałem chyba wtedy 18 wiosen za sobą. Jak wiadomo, w tym wieku "chłopcy" lubią sobie trochę pofolgować z alkoholem, tak było i z nami.
No w czterech słowach to naj...upiłem się jak szpadel. Wiecie, to był ten stan, gdy idziesz sobie spokojnie, ktoś puka cię od tyłu, odwracasz się, a tam chodnik, droga, jezdnia, pobocze czy inna nawierzchnia - niepotrzebne skreślić. Muszę w tym miejscu dodać, że mieszkam na wsi, a tego dnia uchlaliśmy się z kolegami w miasteczku oddalonym około 5 kilometrów, a ja musiałem wracać sam, wiecie, w tym stanie to 3 dni jazdy konnej.
I tak po zakończonej libacji, powoli toczę się ku miejscu zamieszkania, za chwilę wschód i w tym romantycznym plenerze ujrzałem to, obraz, który zmienił moje życie. Na poboczu drogi powiatowej, drogowcy przygotowali znaki informujące o objeździe - nawierzchnia miała być remontowana. Szybka kalkulacja i stwierdziłem, że im pomogę. Tak, kochani. Zamknąłem drogę, wystawiłem znaki na środek (taki duży na dwóch nogach również - sam nie wiem jak w tym stanie to zrobiłem), przetarłem ostatnią chusteczką, świecący się na żółto "objazd" i spokojnie wróciłem do domu.
Budzę się nieświadomy następnego dnia, godzina 12, akurat mama wróciła z wymienionego wcześniej miasteczka, i przemówiła do skacowanego mnie tymi słowami.
- Tej, drogę do miasteczka zamknęli i będą remonty.
I wtedy mnie olśniło.
Do dzisiaj zastanawia mnie jakim cudem nie jechał wtedy żaden samochód, nie szedł żaden pieszy i nie jechała policja, droga była zamknięta przeze mnie chyba ze 4 czy 5 dni, nim zaczęto działać (tylko z jednej strony).
Zapytacie, dlaczego ta sytuacja zmieniła moje życie? Ano nie zostałem drogowcem, ale często zdarza mi się biegać w odblaskowej kamizelce po drogach. ;)
Zaprosiłem dziewczynę na randkę. Kiedy ją odprowadzałem zaproponowała, żebym wszedł do niej na kawę i małe co nieco. Tylko na to czekałem, więc zgodziłem się natychmiast.
Okazało się, że rzeczywiście chodziło jej o kawę i ciasto. Nie tego się spodziewałem.
Mam duży problem z panowaniem nad stresem. Ostatnio byłem na rozmowie o pracę i mnie dopadło. Najpierw zapomniałem jak się nazywam, potem na pytanie "Jaki ma pan stosunek do punktualności? powiedziałem, że to bardzo ważne, aby mówić poprawną polszczyzną i przepuszczać starsze panie w drzwiach do przychodni, a na koniec kiedy kazano mi powiedzieć, kim chcę zostać za pięć lat, powiedziałem, że... kierowcą wyścigówki.
Pracy nie dostałem.
Gdy chodziłam do podstawówki, mieliśmy w domu kotkę. Moja mama jej nie znosiła, patrzyła na Fuksję z niechęcią, gdy ta spała na starym fotelu lub przechadzała się dumnym krokiem po mieszkaniu. Dla mnie z kolei, kotka była całym światem: potrafiłam się z nią bawić godzinami, nie mówiąc już o kocich gadżetach (byłam kocią wersją wyznania #ie7Or).
W domu co rusz wybuchały małe awantury o to, że karmiłam Fuksję najlepszymi wędlinami, zamiast zwykłym kocim żarciem. Ja nie mogłam zrozumieć mojej mamy, ona mnie, ale dla świętego spokoju postanowiłam nie kłuć jej w oczy i dawałam kotce smakołyki tylko cichaczem.
Pewnego popołudnia, gdy obie z Fuksją zajadałyśmy się w najlepsze domową kiełbasą, usłyszałam trzaśnięcie drzwiami: mama wróciła wcześniej z pracy. Spanikowałam i niewiele myśląc wrzuciłam całą kiełbasę do stojącej w kuchni pralki. Liczyłam, że jakoś uda mi się niepostrzeżenie ją wyciągnąć i przełożyć do lodówki. Niestety, mama postanowiła od razu przystąpić do gotowania barszczu białego. Otworzyła lodówkę i spytała:
- A gdzie jest kiełbasa?
Jako bystre dziecko, nie straciłam zimnej krwi. Niespiesznie podeszłam, mówiąc:
- Hmmm, gdzieś tu była... Na pewno gdzieś jest, trzeba poszukać... A nie sprawdzałaś może w... pralce???
Po czym wyciągnęłam kiełbasę z pralki, na twarzy miałam taką dumę z odkrycia, jaką mógł mieć tylko Kolumb czy inny Magellan. Głosem zaskoczonym i niewinnym, powiedziałam:
- Ooo! Jest!
Mama śmieje się ze mnie za każdym razem, gdy na stole pojawia się barszcz biały...
W podstawówce w mojej klasie była sobie Genowefa (muszę dodać, że imię zmienione?). Gienia była kujonką z bardzo rygorystycznymi rodzicami. Ot, dziewczynka jakich wiele. Czasem się stresowała minusem w piątce, czasem koniecznie chciała poprawiać 4+. Nie była może jakoś szczególnie uwielbiana w klasie, ale też i nikt jej za bardzo nie dokuczał.
Żyła sobie swoim życiem spokojnie. Ale to przecież nie wpis na anonimowe, prawda? ''Anonimowym'' aspektem historii jest to, że Genowefka co jakiś czas, podczas lekcji, regularnie wstawała i z miną, którą do tej pory pamiętam (a w podstawówce byłam 20 lat temu), ''na legalu'', jak gdyby nigdy nic...ujeżdżała krzesło... Normalnie je gwałciła.
I wiecie, co jest zadziwiające? Każdy nauczyciel, który to widział, zwyczajnie odwracał wzrok. Każde z dzieci w klasie udawało, że nic nie widzi. Gienia nigdy nie usłyszała złego słowa przez to, nigdy nikt się nad nią nie znęcał, nie stała się klasowym pośmiewiskiem. Nasza klasa chyba naprawdę była niesamowita :D
Historia o jednej z moich byłych. Chociaż właściwie nie byliśmy parą. Poznaliśmy się przypadkiem, wysyłałem maila do dziewczyny o tym samym imieniu i zrobiłem literówkę w adresie. O dziwo odpisała i zaczęliśmy rozmawiać na GG. Okazała się inteligentną, dowcipną i uroczą rozmówczynią, a do tego singielką. Jedyny problem? Mieszkała 200 km ode mnie.
Po paru miesiącach znajomości zaproponowała, żebym przyjechał do niej na walentynki. Traktowałem to jako przyjacielski gest, nie chciałem jej podrywać. I tak też było. Obejrzeliśmy film, wypiliśmy po lampce wina, pogadaliśmy szczerze, buzi w policzek i do łóżek (w jednym pokoju, bo miała wolny w akademiku).
Rano wstaję, przeciągam się, a fizjologia w tym czasie robi swoje. Nagle patrzę, a dziewczyna siedzi na łóżku z wytrzeszczonymi oczami. Pytam co się stało, a ona cichutkim głosikiem mówi "nie rób mi krzywdy".
Okazało się, że mimo całej swojej inteligencji i wykształcenia (robiła doktorat) nigdy wcześniej nie widziała faceta z tzw. namiotem i myślała chyba, że zaraz się na nią rzucę. Pochodziła z małej miejscowości, była wierząca i zapewne chciała zachować dziewictwo do ślubu.
Nie powiem, że ten incydent był przyczyną końca naszej znajomości, ale coś było na rzeczy, może zdała sobie sprawę, że coś czuje i nie chciała tego ciągnąć ze względu właśnie na sferę seksu (było jej wiadome, że mam inne poglądy). Parę lat później, gdy Nasza Klasa zapoczątkowała erę mediów społecznościowych, znalazłem jej zdjęcie ze ślubu. Mam nadzieję, że małżonek dokończył dzieła edukacji, które tak niefortunnie zapoczątkowałem.
Było to dawnymi czasy, kiedy byliśmy jeszcze młodzi. Każdy z nas po około 19-20 lat, studenci (głównie zaoczni), pracujący za psie pieniądze, ale mimo wszystko imprezujemy, że aż miło! Konkretnie co drugi dzień i leje się morze alkoholu (sam nie wiem jak tak mogłem, bo dzisiaj po dwóch piwkach jestem ciepły i gotowy do spanka).
Gwoli wyjaśnienia mieszkałem wtedy z rodzicami, niczego nawet nie podejrzewającymi (chyba myśleli, że całe dnie na uczelni i w pracy spędzam), na wsi oddalonej o jakieś 7 kilometrów od miasta, gdzie działa się większość akcji, co stanowiło dla mnie przeszkodę.
Podczas gdy cała pijana wiara zasypiała ululana, ja prawie zawsze wpadałem na pomysł wracania na piechotkę do domu (ostatni autobus o 22). Problem w tym, że droga była niezmiernie nudna – 3 kilometry prostej, dwa zakręty, 4 kilometry prostej. I totalnie monotonna – domy i latarnie, chodnik i tyle. Na szczęście nogi moje jak ten wierny koń niosły mnie tam, gdzie należy, a ja w międzyczasie potrafiłem zasnąć w ruchu i budzić się tylko po to, żeby wziąć ww. zakręty. Potem była brama do posesji rodzicieli – komu by się chciało otwierać, skoro można przeskoczyć, a następnie drzwi do garażu (bo rodzice nie usłyszą, poza tym miały wielki klucz łatwy w użyciu po pijaku), prysznic i kimono (choćby nie wiem jak nawalony, zawsze myłem zęby i brałem prysznic). Potem 3-4 godziny spania i śniadanie, rodzice tylko pytali, czy późno w pracy musiałem zostać itp. Jednak po pewnym czasie takiego, nudnego w końcu, dreptania pieszo po użyciu w końcu wpadłem na rewelacyjny pomysł łapania stopa. W końcu idę wzdłuż drogi (cokolwiek pustej o 4-5 nad ranem). Więc idę sobie tak na wpół przytomny i jakaś cząstka mnie usłyszała zbliżający się pojazd. Macham rączką jak ten kulturalny autostopowicz, oczy zamknięte, więc nie widziałem, że macham na radiowóz. Panowie się zatrzymali i w śmiech. Cały dowcip sytuacji polega na fakcie, że w naszej małej mieścinie praktycznie wszyscy się znają, więc starszy pan za kierownicą był dobrym znajomym moich rodziców, a jego młodszy kolega moim kolegą ze studiów... Na szczęście panowie się zlitowali, a że byli w drodze do dyskoteki niedaleko mojego domu (gdzie zawsze w soboty miejscowi po użyciu bawili się za pomocą sztachet z płotów itp.), więc zawieźli mnie pod sam dom.
Zdarzyło mi się jeszcze nieraz łapać stopa i nieraz wracać radiowozem. Policja też czasem potrafi służyć obywatelom w potrzebie :)
Jestem kobietą. Ze swoim chłopakiem jestem ponad trzy lata, znam go około dwunastu. Podzielamy wiele zainteresowań...
W tym gejowskie porno.
Moja partnerka jest osobą na wysokim stanowisku, konkretną, zorganizowaną i perfekcjonistką. Ja natomiast, mimo że też wykonuję specjalistyczną pracę, mam zdecydowanie bardziej luźniejsze podejście do życia.
Dlatego lubię, kiedy ona się rozchoruje i leży w łóżku. Od razu opada z niej ta cała sztywność i potrzebuje po prostu przytulenia i pogłaskania po głowie, podania herbaty itd., a ja czuję się ważny, że mogę się nią opiekować.
Wiadomo, że po kilku dniach zaczyna mnie to irytować – nie wiadomo jak bym się zachował, gdyby była obłożnie chora dłużej. Ale jakąś chwilową satysfakcję mam.
Wybraliśmy się ze znajomymi w góry, żeby trochę odpocząć od tego całego zgiełku. Dokładnie w piątek, w godzinach porannych, do mojego pokoju weszła koleżanka. Chciała mnie obudzić. W takiej sytuacji jedni wołają śpiocha, by wstawał. Inni np. ruszają jego nogą. Koleżanka wybrała opcję trzecią. Chwyciła mnie za ramię. I wtedy nastąpił odruch, nad którym sam nie jestem w stanie zapanować. Błyskawicznie owinąłem jej głowę kołdrą, rzuciłem na moje nogi, przycisnąłem i dopiero wtedy dotarło do mnie, co takiego zrobiłem.
Była z tego powodu niezła wrzawa. Bo ona przecież chciała mnie tylko obudzić. A ja, tak jak wspominałem, nad tym odruchem nie panuję. Reakcja obronna. Zapytacie, ale skąd?
Gdy miałem może 11 lat, pojechaliśmy na szkolną wycieczkę, 3-dniową. Pierwszej nocy koledzy chcieli, w sumie nie wiem, jak to nazwać, zrobić ze mnie jaja? Więc gdy spałem, geniusze przydusili mnie poduszką. Ja walcząc o każdy wdech, złapałem ładowarkę od telefonu, wyrwałem ją wręcz z gniazdka i walnąłem jednego w głowę. Rozwaliłem mu łuk brwiowy.
W szkole całą sytuację zamieciono pod dywan. Moi rodzice chcieli sprawę zgłosić na policję, ale dyrekcja wyskoczyła z szantażem, że tak mi usmarują świadectwo i napiszą opinię, że przy okazji wyjdzie ze mnie niezły okaz wariata. Więc odpuściliśmy. Ale od tej pory zacząłem bardzo instynktownie reagować, gdy ktoś z zaskoczenia łapie mnie za ramię lub gdzieś w okolicach szyi. Był nawet okres, że gdy spałem w nowym miejscu, miałem pod poduszką sprężynowca. Położonego w taki sposób, że zawsze instynktownie byłem go w stanie wyjąć i zaatakować ewentualnego, urojonego napastnika.
Od spania z nożem pod poduszką się odzwyczaiłem. Ale nad swoich odruchem obronnym dalej nie jestem w stanie zapanować. Próbowałem to leczyć, chodziłem do psychologa, specjalistów. Ale nic nie pomagało. Pozostało mi po prostu to zaakceptować. Ale w jednej kwestii były dyrektor ze szkoły miał rację. Pod pewnym względem jestem wariatem.
Dodaj anonimowe wyznanie