Kiedy miałem 8 lat, pojechałem na obóz letni.
Zakres wiekowy to było 8–16 lat, więc różnica między uczestnikami była duża.
Pewnego pięknego dnia szedłem do pokoju, gdy jakaś 15-latka zawołała do mnie, czy chcę loda. Byłem pewny, że chodzi o jedzenie, więc ochoczo pokiwałem głową. Zabrała mnie do pokoju i...
Najlepsze chwile mojego życia. Nigdy tego nie zapomnę.
Jestem facetem w średnim wieku, mam zakola, zbyt szczupły nie jestem – no, ogólnie to żadna dziewczyna mnie nie chce.
Dzisiaj szedłem chodnikiem, gdy widzę laskę, serio, babka jak modelka – loki, makijaż, po prostu 10/10 – która do kogoś macha. Macha, wysyła całuski, serduszka.
Zachwycony odmachałem i uśmiechnąłem się do laski. Okazało się, że za mną stał jakiś hociak.
Ostatnio ostro kłóciłem się w komentarzach z jakimś facetem, który narzekał, że „nie ma rąk do pracy”. Generalnie gościu prowadzi sklepik z pamiątkami nad morzem i zaczyna szukać ludzi na ten sezon. Według niego „zetki mają wymagania z kosmosu, a on chce tylko zatrudnić kogoś do prostej pracy”.
Cóż... Dwa lata temu przeglądałem ogłoszenia tego typu, chciałem trochę sobie dorobić i przy okazji spędzić wakacje w fajnym miejscu. Od znajomych wiem, że w zeszłym roku nic się nie zmieniło. Pomijam brak podstawowych informacji o stawce, liczbie godzin itp. Pomijam konieczność dodawania profesjonalnego CV (jeżeli wyraźnie piszą, że nie wymagają doświadczenia). Ale jeżeli po ponad 150 wysłanych zgłoszeniach nie ma żadnego kontaktu, to coś tu jest nie tak. Wysyłałem wiadomości do budek z pamiątkami, hoteli, sklepów odzieżowych, wypożyczalni rowerów, generalnie wszędzie oprócz gastro (złe wspomnienia). Mam status studenta, prawo jazdy, zdrowy organizm bez nałogów. Wcześniej miałem doświadczenie głównie „biurowe”, no ale come on, ile może zająć wdrożenie na stanowisko sprzedawcy?
Dla „tradycjonalistów”: nie mam kolczyków, tatuaży ani kolorowych włosów. Nie miałem właściwie żadnych wymagań: minimalna i jakikolwiek nocleg (jestem z drugiego końca Polski).
Pewnie zaraz napiszecie, że większość takich firm zatrudnia kogoś na miejscu. Tylko po co dodają ogłoszenia na ogólnopolskich grupach? Tu jest jeszcze oddzielny problem: wrzucanie jednozdaniowych postów, ze słynnym „kontakt priv”. Po czym nieodpisywanie na tym priv. Może są tu jacyś nadmorscy przedsiębiorcy i zechcą łaskawie wyjaśnić tę „genialną” strategię biznesową? I nie wmówicie mi, że nie mieli czasu albo już kogoś znaleźli, bo te ogłoszenia były odświeżane co parę dni.
Oczywiście ja podchodziłem do tego na luzie, ale jednak wkurzający jest taki całkowity brak szacunku do człowieka. Często się mówi, że fejkowe oferty pracy, wieloetapowe rekrutacje, olewanie kandydatów to wyłączna domena wielkomiejskich HR z korpo. Gówno prawda, mali przedsiębiorcy są tacy sami. Przecież to się powinno odbywać na zasadzie:
- Chcesz pracować?
- Chcę.
- Od jutra zaczynasz.
I tyle, żadnych niepotrzebnych komplikacji. Nie wiem, może ktoś miał podobnie, a może jednak gadam bzdury. Jestem ciekaw Waszych opinii.
Na pewnym etapie walki z niepłodnością stwierdziliśmy, że dalsze starania o dziecko biologicznie nasze nie mają sensu. Pozostała procedura ostatniej szansy, ale nie chcieliśmy się na nią decydować. Zdecydowaliśmy się na adopcję. Długo przygotowywaliśmy się psychicznie i merytorycznie przed pierwszą wizytą w ośrodku adopcyjnym. Skompletowaliśmy dokumenty, czytaliśmy wskazówki na stronach różnych ośrodków, rozmawialiśmy na żywo i w sieci z rodzicami adopcyjnymi, czytaliśmy fora. Gdy wreszcie poszliśmy do ośrodka, w ogóle nie przyjęto nas do procedury. Powodem było niewykorzystanie wszystkich sposobów w leczeniu niepłodności.
Pary, którym odmówiono w jednym ośrodku, próbują w kolejnym, ponieważ nie ma jednolitych przepisów. Małżeństwo, które według jednych wewnętrznych zasad nie spełnia kryteriów kwalifikacyjnych, gdzie indziej może spełniać. My byliśmy w sumie w trzech ośrodkach, z tym samym skutkiem. Trochę się dowiedzieliśmy o innych osobach, którym odmówiono adopcji i tego powodach. Oto przykłady:
– Teoretycznie maksymalny wiek rodziców adopcyjnych to 40 lat. Są ośrodki, które nie dopuszczają do procedury par, w których przynajmniej jedno przekroczyło 38, a wśród planujących adopcję niemowlaka 36 lat.
– Niestabilne warunki zatrudnienia. Poznaliśmy parę, której odmówiono, bo jedna osoba pracowała na zleceniu.
– Warunki mieszkaniowe. Odmówiono małżeństwu mającemu mieszkanie dwupokojowe. Znamy rodzinę w składzie 2+2+pies mieszkającą w podobnych warunkach i im wystarcza.
– Teoretycznie adoptować może osoba samotna. Poznaliśmy singielkę, która ukończyła procedurę, a wszystkie pary, z którymi zaczynała, już miały dzieci, a ona wciąż czekała. Nie wiemy, jak było dalej, bo nie mamy kontaktu, ale przekonywano ją do rezygnacji.
– Czas trwania małżeństwa. Poznaliśmy parę, która zaczęła starania o adopcję po czterech latach małżeństwa. Nie chcieli czekać roku, bo ośrodek w ich mieście przyjmował małżonków z pięcioletnim stażem, więc jeździli do innego miasta. Gdyby czekali, przeszkodą byłby wiek.
– Odmowa z powodu posiadania dziecka biologicznego. W niektórych ośrodkach się udaje. Znamy rodzinę ze starszymi dziećmi biologicznymi i młodszym adoptowanym.
– Niedostępność emocjonalna stwierdzona w badaniu przez psychologa w ramach procedury.
Nie obwiniam ośrodków, tylko wadliwy system. Uważam, że przepisy powinny zostać ujednolicone i mam nadzieję, że pracownicy podejmujący decyzje kogo zakwalifikować, a kogo odrzucić, kierują się dobrem dzieci, a nie statystykami.
Moje anonimowe wyznanie jest takie, że nigdy nie nauczyłam się pływać, choć chciałam i próbowałam. Mam prawie czterdzieści lat i w przyszłym tygodniu idę na pierwszą indywidualną lekcję z instruktorem. Trzymajcie kciuki!
Ostatnio miałam wątpliwą przyjemność dołączyć do grona „doradców” klienta jednej z sieci komórkowych. Umowa oczywiście nie bezpośrednio z operatorem, tylko u kobiety podległej pod firmę na własnej działalności. Dostałam fajną koleżankę do duetu. Generalnie my trzy i mała, wynajęta klitka w biurowcu. Obowiązki – podtrzymanie/pozyskanie klienta.
Zaczęło się niewinnie, od uszczypliwych uwag na temat naszego życia prywatnego. A to, że moja współpracowniczka wygląda jak alkoholiczka. A to, że szefowa w systemie dokopała się do starego numeru mojego męża i odkryła, że na haśle z usług ma imię swojej byłej. Oczywiście był to powód do uszczypliwości i wycieczek osobistych odnośnie do mojego rozpadającego się związku i zdradzającego męża. Potem zaczęło się sprawdzanie naszych prywatnych abonamentów.
Wygasł okres próbny za Excela na laptopach służbowych, więc szefowa kazała wezwać informatyka na koszt koleżanki, bo ta małpa na pewno coś kliknęła i zepsuła komputer. Pytanie o to, kiedy dostaniemy umowę, oczywiście odebrała jako atak, krzycząc i prawie płacząc, że ona nie chce nas oszukać.
Gdy dzwoniłyśmy do klientów, rzecz jasna na głośniku, ten babsztyl stał nad nami i wymachiwał przeszczepami lub tłukł dłońmi o biurko, bo jakieś słowo w naszym zdaniu jej nie pasowało. Nie mówiąc już o trzaskaniu i rzucaniu sprzętami, za które odpowiadałyśmy. Bo ona miała zły humor.
Był też wyjazd szkoleniowy, prywatnym autem szefowej. Przed wyjazdem zaczęła wyć, bo koleżanka wdepnęła w kałużę i jak teraz śmie zasiadać do jej auta. Na fotelach miałyśmy uszykowane już ręczniki, żeby przypadkiem naszymi plebejskimi dupami nie pobrudzić jej pięknego volvo. Przez pół drogi gadała coś o tym, że w rodzinie ma geja i jak był w odwiedzinach, to musiała po nim całą zastawę wymienić, bo jeszcze by coś załapali.
Szkolenie? Po 5-godzinnej jeździe siadać na dupach i dzwonić. Za wyjście do sklepu tuż obok po cokolwiek do jedzenia i picia była potem jazda. Szefowa w międzyczasie wyszła sobie do restauracji, mając nas głęboko w d...
W poniedziałek chciałam jechać do roboty z zamiarem złożenia wypowiedzenia. Okazało się, że szefowa dzwoniła w niedzielę wieczorem, gdy już spałam. Oddzwoniłam więc rano i okazało się, że mam być w biurze wcześniej. No to byłam wcześniej. Nie musiałam się zwalniać, sama mnie zwolniła: „Nie odbierasz telefonów służbowych, więc ja nie mogę pracować z kimś, komu nie ufam”. Zabrałam, co moje. W domu zmieniłam hasło do Gmaila, którego sama sobie założyłam na potrzeby służbowe. Zaczęły się telefony, że zgłasza mnie na policję, bo ukradłam jej maila. Koleżance, która została jeszcze tamtego dnia, kazała się przedstawiać cudzym imieniem i nazwiskiem podczas rozmów z klientami. Na koniec dnia wywaliła ją z biura.
Na szczęście pracowałam tam tylko tydzień. Co ciekawe, ta kobieta zabroniła nam się ze współpracowniczką przyjaźnić i rozmawiać ze sobą nie tylko w trakcie, ale i po pracy, bo na pewno ją wtedy (szefową) obgadujemy. :D
Odkąd pamiętam, byłam bardzo „kinky”. Udało mi się znaleźć męża, który podziela moje zamiłowanie do lateksu i pejcza i tak sobie żyjemy już 8 lat, raz w tę, raz we w tę. Ostatnio wpadł mi do głowy pomysł jeszcze bardziej przekraczający granice. Długo namawiałam męża, ale w końcu się udało.
Zaplanowaliśmy roleplay gw*łtu, oczywiście za obopólną zgodą. W piątek wieczorem pojechaliśmy oddzielnie na działkę mojej babci, ustronne miejsce pełne chaszczy. Ubrałam się jak pani spod latarni (dla zmysłowości, wiem, że w realnym życiu to nie jest usprawiedliwienie dla sprawcy). Mąż czekał za drzewem, w odpowiednim momencie rzucił się na mnie i zaczął ciągnąć w krzaki. Oczywiście wiedziałam, że to on, ale w tamtym momencie naprawdę się przestraszyłam. I... to by było na tyle. Moje wrzaski okazały się tak realistyczne, że jacyś przechodnie zadzwonili na policję. Komenda jest dość blisko, więc panowie policjanci wpadli na działkę akurat jak szczytowałam.
Resztę nocy spędziłam na komisariacie i tłumaczyłam, że nic mi się nie stało. Niestety (czy też stety) trafiłam na bardzo zaangażowaną policjantkę, w innych okolicznościach ucieszyłabym się z takiego wsparcia. Mąż cały ten czas przesiedział w areszcie, wypuścili nas dopiero nad ranem. Dostaliśmy mandat za nieobyczajny wybryk i zakłócanie ciszy nocnej. Ale w sumie... zamierzamy to kiedyś powtórzyć.
Lubię otaczać się ludźmi biedniejszymi lub głupszymi, czy też w jakiś inny sposób gorszymi ode mnie. Nigdy się z nich nie wyśmiewam ani nic takiego, nie. Po prostu patrząc na nich, sama siebie dowartościowuję. Tylko w głowie, nie mówię tego na głos. Wiem, że to i tak okropne, zdaję sobie z tego sprawę.
Centrum badań nad dzikusami (czyt. punkt gastronomiczny), czyli o nietypowych klientach dzisiaj mowa.
1. Ja rozumiem, że w restauracji nikt nie będzie chuchał w alkomat, ale odlewanie się do doniczki stojącej w kącie to już przesada. Tym bardziej późniejsze awantury, że zostało się przez to wyproszonym z lokalu.
2. Do wszelkich herbat, kaw itp. klient otrzymuje cukier, aby użyć go w ilości wedle uznania. Dlatego szczytem jest, kiedy typowe Grażyny przychodzą awanturować się, że ich napój jest za słodki (!).
3. To, że nie każdy ma maskotki w domu, jest dla mnie zrozumiałe, ale zabieranie ich z kącika zabaw przez dorosłych ludzi i miotanie nimi przez pół restauracji nie jest wcale takie zabawne, tym bardziej że czasem kelnerki znajdują na podłodze potłuczone szkło...
4. Nie, nie oferujemy zniżek dla influencerów i nie obchodzi nas, że macie 300 obserwatorów na Instagramie. Straszenie wystawieniem negatywnej opinii na Facebooku także nie skłoni nas do dania rabatu 50%.
5. Jeżeli restauracja zostaje zamykana o godzinie 20:00, to nie oznacza to, że zostaniesz wpuszczony o 21:00, bo wujek stryjeczny cioci kota brata babci proboszcza psa jest rzekomym właścicielem knajpy.
I ostatnie, na deser. Sztuczne owoce na stole nie służą do jedzenia, a lokal nie zamierza płacić wysłanego przez ciebie rachunku za dentystę tylko dlatego, że nie potrafisz odróżnić plastikowego jabłka od tego żywego ;).
Przed rozpoczęciem 1 klasy liceum, moja przyszła klasa zaczęła integrację na popularnym portalu społecznościowym, dlatego ze zdjęć profilowych można było się zorientować, kto do niej będzie chodził. Obejrzałam wszystkie profile ot tak, z ciekawości, po prostu żeby wiedzieć, kto jak ma na imię.
Po ok. miesiącu zorientowałam się, że jedna dziewczyna z ciemnymi krótkimi włosami chyba jednak z nami nie chodzi, bo nigdzie w klasie jej nie widziałam, i zaczęło mnie to nurtować, bo miałam poczucie, że gdzieś ją jednak widziałam. Za to zakumplowałam się z miłą dziewczyną, siedziałam z nią w ławce. Dopiero po kolejnych tygodniach siedzenia z nią twarzą w twarz zorientowałam się, że ta nowa fajna koleżanka to właśnie ta dziewczyna, której niby nie było, tylko po prostu zmieniła kolor włosów na blond.
Facepalm chwilami trwa do dziś xD
Dodaj anonimowe wyznanie