A więc wstyd mi powiedzieć o tym komukolwiek ze swojego otoczenia bo to będzie droga w jedną stronę. Do sedna.
Znalazłam na telefonie narzeczonego pewien numer. Był on w schowku i ten numer znajdował się na liście kontaktów na Whatsapp.
Weszłam na stronę z paniami do towarzystwa (na e) wpisałam owy numer w wyszukiwaniu po numerze i cóż. Wyskoczyło ogłoszenie. Pewna pani.
Gdy klikalam na numer na Whatsapp u niego pokazywało wyżej ze konwersac. Zaczęła się we wtorek jednak nic. Jakby treść usunieta. On mówi że z nikim nie pisal i nic nie wie i że to nie on. No wypiera się. Ja głupia nie jestem chociaż może i jestem bo chce w to uwierzyć zeewzgledu na 10lat razem, dwójkę dzieci i ślub w tym roku..no i miłość. Czy jest to jakimś cudem możliwe że nie miał nic z tym wspólnego?
Pewnego słonecznego dnia, w trasie po Norwegi w ciężarówce z moim ojcem, mój pęcherz zaczął dawać mi znać, że już dłużej nie pociągnie. Miałam wtedy 15 lat. Poprosiłam rodziciela, żeby się zatrzymał.
Zjechaliśmy na stary parking, wzięłam ze sobą papier toaletowy i poszłam pod tajemniczo wyglądające WC. Weszłam, uścieliłam deskę sedesową papierem i zasiadłam wygodnie, ażeby podstawową fizjologiczną potrzebę zaspokoić. Rozglądałam się po tym małym pomieszczeniu i nagle moje oczy przykuła pewna zagadkowa dziura w ścianie. Miała mniej więcej 6/7 centymetrów średnicy, a pod nią widniał napis 'Glory Hole'. Niesamowicie mnie ten fakt rozbawił, bo po przetłumaczeniu na polski brzmiało to 'Dziura Chwały'... Postanowiłam zrobić zdjęcie i pokazać ojcu, żeby też się pośmiał. Podciągnęłam stare dresy i wróciłam do ciężarówki.
Po pokazaniu zdjęcia, na początku nie mogłam zrozumieć czemu się z tego nie śmieje, tylko od razu zmienił temat. Pomyślałam, że może to po prostu nie jego typ żartu i odpuściłam.
Dwa lata później, tak, dopiero po dwóch latach, siedziałam z kolegą i nie wiedzieć czemu zaczęliśmy rozmawiać o różnych kategoriach pornografii (tak wiem, że to dziwne, że prowadziłam konwersację na ten temat z kumplem, ale no cóż), kiedy padły dwa słowa 'Glory Hole'... Zbladłam... Poprosiłam go o wytłumaczenie, co to znaczy... Nigdy więcej nie pokazałam mojemu ojcu zdjęcia, którego znaczenia nie byłam pewna... Tato, przepraszam.
Ćwierć wieku temu, chodząc do liceum, spotykałem się z pewną dziewczyną. Ogólnie oboje byliśmy niedojrzali, kłóciliśmy się o byle co, co chwila się rozstawaliśmy i wracaliśmy do siebie. Z perspektywy czasu widzę, że to było za wcześnie, nie dorośliśmy jeszcze do związku. Na studniówkę poszliśmy niby razem, ale podczas imprezy odstawiłem jej scenę zazdrości, bo „za długo” tańczyła z innymi. Od tamtej pory obraziliśmy się na siebie definitywnie, po maturze nasze drogi się rozeszły. Potem trochę tego żałowałem, wiem, że wiele razy zraniłem ją bez powodu, chociaż ona mnie w sumie też. Mijały lata, byłem jeszcze w paru związkach, potem tak się złożyło, że zostałem samotnym ojcem.
Dwa miesiące temu moja córka przedstawiła mi swojego chłopaka, oboje mają po dwadzieścia lat i widać, że są dużo bardziej odpowiedzialni niż ja w ich wieku. Szybko okazało się, że wpadli i postanowili wziąć ślub. Wiem, co sobie myślicie, ale naprawdę nie naciskałem, to była wyłącznie ich decyzja.
W zeszły weekend młodzi zaprosili rodziców na uroczysty obiad, parę tygodni przed ślubem. Do tej pory wiedziałem tylko, że jego matka jest wdową. Kiedy weszła do salonu, byłem w szoku. Mimo upływu lat poznałem moją wielką licealną miłość. Reszta obiadu przebiegła w dość niezręcznej atmosferze.
Na razie nie powiedzieliśmy dzieciom o naszej przeszłości. Szczerze nie wiem, co robić, wszystkie dawne uczucia odżyły, ona po latach jest nawet piękniejsza niż wtedy. Na razie nie poruszałem tego tematu, w przyszłym tygodniu jedziemy z dziećmi kupować dekoracje (wesele będzie w moim domu, skromna rodzinna uroczystość). Wiadomo, że będziemy się od czasu do czasu widywać. Co mam robić?
Wielu moich rówieśników kłamie i oszukuje, aby wybrać się potajemnie na imprezę lub do dziewczyny/chłopaka. Ja tymczasem oszukuję moich rodziców mówiąc im, że wychodzę ze znajomymi po to, aby nie zorientowali się jak bardzo samotna jestem.
Przynajmniej w kwestii oszustw czuję się jak inni!
Na skutek życiowych zawirowań musiałam wrócić na kilka miesięcy do domu rodziców.
Dawniej, kiedy oboje pracowali, dzielili się obowiązkami domowymi. Obecnie tata jest na emeryturze, a mama jeszcze pracuje, więc większość obowiązków spadło na tatę.
Przez te kilka miesięcy pracowałam znacznie więcej niż wcześniej, ale w miarę możliwości pomagałam, tylko że tacie to nie wystarczało. Ciągle znajdował problemy tylko po to, żeby ponarzekać i nie szukać rozwiązania.
Na przykład skarżył się, kiedy zbierałam się do pracy, że ładowarka wolno ładuje. Przyniosłam mu moją, żeby sprawdził sobie, czy problem był z ładowarką albo z kablem. Gdy wróciłam wieczorem, nawet nie ruszył tej mojej ładowarki. Albo narzekał, że nie może domyć piekarnika. Znalazłam jakiś internetowy sposób i domyłam bez większych trudności. Patelnia też mu nie pasowała, bo się często przypalała. Zaproponowałam korzystanie z mojej, ale nigdy nie spróbował.
Tych sytuacji było znacznie więcej. Cieszę się, że już się wyprowadziłam, choć mama mówi, że tata już się przyzwyczaił do domowych obowiązków.
Od dzieciństwa byłam niejadkiem i tak wyszło, że nadal po prostu nie lubię jeść. Nawet jak to jest jedzenie, które bardzo lubię, po prostu nie znoszę tej czynności.
Moi rodzice bardzo często mnie zmuszali do jedzenia, a do tego podawali potrawy, których po prostu nie mogłam zjeść w dużych ilościach. Nienawidziłam tego. I tak we mnie zrodził się nawyk chowania niedojedzonych części w pokoju. Nie czułam zapachu tego w ogóle, ale już wolałam dostać karę, kiedy oni to odkryją, niż teraz za to, że nie chcę zjeść całej kanapki, która mi strasznie nie smakuje.
Nie umiem od tego uciec. Już nie jest tak źle, ale nadal jestem dzieckiem i nadal tak czasami robią. Nienawidzę tego. Jak mówię, że nie chcę, to nie chcę i tyle! Takie proste do zrozumienia! Ale nie, oni się mnie nie słuchają.
To budzi we mnie ogromną nienawiść do jedzenia. Czasami jem tylko jedną rzecz dziennie, i to przez właśnie to wszystko. A oni się wkurzają. To jest ich wina, teraz niech coś SAMI z tym zrobią.
Mam tego dosyć.
Od lipca 2025 jestem pod kontrolą dietetyka, trenera personalnego, endokrynologa. Powiedziałam, że nie ma szans to już ostatni dzwonek na schudnięcie. Za rok 40stka. Zaczynałam od wagi 130 kg. Od stycznia waga stoi na 112 i nie chce ruszyć wcale.
Przeglądam internety i ciągle wyskakują filmy osób "schudłem 36 kg w pół roku", "schudłam 80kg", "tylko dieta i ruch".
Robię 10 tysięcy kroków dziennie, trzymam kaloryczność posiłków, mam 2 treningi siłowe w tygodniu, od początku kwietnia jeżdżę rowerem po 5/10 km co drugi dzień, ale... nie używam żadnej farmakologii. Lekarz uznał, że nie mam żadnych chorób współistniejących to nie będziemy katować lekami organizm (nie licząc leków na tarczyce)...
Wiedziałam, że nie przytyłam w rok, więc nie schudne w 3 miesiące. Ale niesmak pozostaje. Innym się udaje szybciej, innym się udaje więcej w miesiąc chudnąć, a ja nawet tego nie potrafię.
24 kwietnia 2026 roku - dzień który miał być triumfem, końcem 5 - letniej harówki w technikum i dumnym progiem dorosłości, stał się dniem żałoby której nie potrafię udźwignąć.
Gdy ja odbierałem świadectwo, mój ojciec chrzestny, brat mojego taty wydawał ostatnie tchnienie w wieku zaledwie 52 lat. Zamiast świętować, stoję na krawędzi przepaści poczucia winy której już nigdy nie da się zasypać.
Mój wujek nie umierał po cichu. On rozpadał się na raty, kawałek po kawałku, na własne życzenie. Jego organizm stawał się ruiną. Płuca miał doszczętnie zniszczone dwoma paczkami fajek dziennie, serce ledwo pompowało krew gęstą od nadmiaru cukru a wątroba i trzustka wyły o pomoc pod ciężarem litrów wlewanego w nie regularnie alkoholu. Miał przypisaną insulinę, garść leków na serce i zniszczony żołądek ale on wybrał powolne, świadome samobójstwo. Zamiast leczenia wybierał góry słodyczy i najgorsze fast foody jakby chciał zakpić ze śmierci która od lat już u niego gościła. Żona i syn błagali na kolanach, ostrzegali że to droga tylko w jednym kierunku. On tylko dolewał sobie kolejny kieliszek zagryzając go tłustym jedzeniem i dławiąc się kaszlem palacza.
Najbardziej boli mnie jednak to jak zginęła nasza relacja. Mój tata i on toczyli wieloletnią wojnę o spadek po dziadkach i przeklęty podatek rolny. A ja? Dałem się wciągnąć w tę spiralę nienawiści. Nigdy nie zapomnę dnia gdy tata kazał mi pisać do niego obraźliwe wiadomości bo sam nie chciał brudzić sobie rąk. Stałem się bezmyślnym narzędziem. Napisałem mu, żeby *odp*** się od taty i płacił podatki". Odpisał mi krótko: "zmień pampersa, dziecko". Wtedy podjudzony przez ojca wysłałem słowa które dziś palą mnie w gardle: że to on "niedługo pampersa w trzustce będzie nosił". Odpowiedział tylko żebyśmy obaj wzięli od mamy tabletkę na schizofrenię.
To był nasz ostatni kontakt w życiu. Przez tego SMSa odmówił bycia moim świadkiem na bierzmowaniu. Przez te słowa odszedł myśląc że jestem jego wrogiem.
Dziś w domu mam piekło. Tata który nie zdobył się nawet na kondolencje dla wdowy, 27 - letniego syna i 25 - letniej córki, zwyzwał mnie od skur*** gdy tylko wspomniałem o pogrzebie. Ta agresja przelała czarę goryczy. Mama wpadła w furię, spakowała jego rzeczy i wystawiła za drzwi. Teraz ojciec koczuje w domowej piwnicy a atmosfera w domu jest tak gęsta że można ją kroić nożem.
Córka wujka nie przyleciała z UK na pogrzeb taty, wybierając pracę zamiast pożegnania kata który przez lata terroryzował rodzinę i miał Niebieską Kartę. Wiem że wujek bywał gnojem że znęcał się nad rodziną ale był też tym samym człowiekiem który trzymał mnie do chrztu.
4 maja zaczynam pracę jako ochroniarz. Wejdę tam jako dorosły ale w środku czuję się jak to dziecko któremu kazano pluć jadem w stronę kogoś kogo powinno się kochać.
W moim mieście są dwa miejsca o tej samej nazwie, klub studencki i bar mleczny. W dzieciństwie mieszkałam blisko tego baru mlecznego i byłam tam parę razy. Nie wiem skąd dowiedziałam się o istnieniu klubu studenckiego, ale mój dziecięcy mózg połączył dwa miejsca w jedno i byłam pewna, że w barze jest dodatkowa sala na koncerty.
Tak żyłam w tym przekonaniu aż do czasów liceum, kiedy poznałam wesołe towarzystwo wbijające na studenckie imprezy. Szybko mi wytłumaczyli, że bar i klub to różne miejsca, ale zyskałam opinię dziewczyny imprezującej w barze mlecznym. Mieli bekę aż do wakacji, później mieli już inne tematy do żartów.
Nieraz chciałam tu coś napisać, ale się powstrzymuję z obawy przed niektórymi komentującymi. Boję się też, że ktoś to przeczyta i skojarzy sytuację.
To wyznanie to chyba dobry początek?
Dodaj anonimowe wyznanie