#DovGJ
Z dobrze zapowiadającego się ucznia (nie takiego naj, naj - ale solidnego, żywiołowego, pełnego zainteresowań), stałem się bezwiednym, pustym w środku dorosłym, bez pasji, wytrwałości, poczucia sensu. Jako dzieciak skrajnie nadwrażliwy i pewnie straumatyzowany - alkoholizm i potem samobójstwo ojca. Byłem skrajnie nieśmiały do prawie trzydziestego roku życia - do tego stopnia, że nie wschodziłem do znanych mi sklepów, gdy zmienił się w nich wystrój.
Mój pęd do wiedzy, poznania i nauki skończył się kiedyś, jakby ktoś w swoim czasie przekręcił mi jakiś przełącznik.
Od prawie 30 lat mam gitary (sprzęt warty razem ze 20 tys. kurzy się i nic więcej) - nauczyłem się niecałych dwóch utworów. Pasjami czytałem - około książkę dziennie, dziś tylko jakieś pojedyncze artykuły. Miałem pełno zainteresowań - dziś surfuję po sieci i tyle. W młodości czułem się przeraźliwie samotny - dziś samotność to dla mnie nieosiągalny luksus. Nieraz kogoś czegoś uczyłem, studia skończyłem planowo, jako jedyny facet z pierwotnej grupy dziekańskiej, a dziś patrzę jak inni zrobili doktoraty, MBA, są dyrektorami, prezesami.
Nie czuję specjalnie związku z miejscem pracy, niezbyt lubię to co robię, a jednak przez 20 lat nie byłem w stanie iść gdzie indziej. Chciałem być naukowcem, ale nie wierzyłem w siebie i od prawie 20 lat pracuję w przemyśle. Mam IQ prawie 150 (mocno przeceniany parametr), a czuję się głupszy i bardziej nieudaczny od ludzi bez wykształcenia. Od lat nie odniosłem żadnego sukcesu, ale też nic nie zrobiłem w tym kierunku. Mam problemy z koncentracją, pamięcią, zaangażowaniem - czuję, jakbym wybudzał się do większości aktywności. Kocham być w takim "nothing boxie" - bez konceptualnych myśli.
Z biegiem lat uprościłem się, używam niewyrafinowanych słów, jakoś po 23-24 roku życia przestałem swobodnie przyswajać wiedzę. Nie potrafię nawiązać trwałych więzów emocjonalnych (ba! nie znoszę ich), a jednak cenię lojalność, wierność i rodzinę. Czy może nie do końca rozumiem własnej emocjonalności w stosunku do innych osób. Nie chcę rozmawiać, nienawidzę tematów o codzienności, co było u kogoś w pracy, co ktoś powiedział, zrobił itp. W nic nie wierzę. Przestałem mieć pasje, bo były chwilowe. Moje najmocniejsze uczucia w życiu to niechęć do jednej z byłych i załamanie, gdy okazało się, że pewnie mam chorobę neurodegeneracyjną, która może zakończyć się kalectwem.
Łapię się na tym, że zazdroszczę znajomym, którzy robią ciekawe rzeczy, osiągają sukcesy i wręcz nie lubię na to patrzeć. Lekarz mówi, że moje problemy to zaburzenia lękowe - bardzo sobie cenię antydepresanty, które zacząłem brać z 25 lat za późno. Czuję się tłem, szary, nijaki, niespełniony, głupszy, gorszy, a nie wiem, co by mnie spełnić mogło.
Nie umiem Ci nic poradzić, ale życzę, żebyś się podniósł...
Terapia u porządnego psychologa robi z człowiekiem cuda.
Antydepresanty powinny być tylko uzupełnieniem dla konkretnej psychoterapii, bo same w sobie nie rozwiążą problemu, a jedynie będą łagodzić skutki.
Niestety wielu ludzi je bierze i oczekuje cudu, a na terapię nie chodzą bo po co? "Biorę leki i jest mi lepiej", a problem nadal jest i narasta latami. Niestety leki same w sobie poprawiają nieco nastrój, ale problemów nie rozwiązują...
Nie patrz na znajomych- oni zmagaja sie z wlasnymi demonami do ktorych za nic sie nie przyznaja. Mysle ze jednoczesnie gros osob zazdrosci tobie ale takze nie powiedza tego na glos. Odnajduje czastke siebie w tym wyznaniu.
Cześć! Czytam to wyznanie jakbym czytała o sobie. Tylko że jestem jakieś 25 lat młodsza. Nie wiem, co Ci powiedzieć. Mam nadzieję,, że Tobie się jeszcze uda. Ja jestem na lekach od 4 lat, psycholog twierdzi, że ja nie umiem nawiązać relacji terapeutycznej, jedyne, co mi wychodzi i daje szczęście to...tulenie. Nieważne czy człowiek, czy pies. Aby żywe. Może Ty masz takie też fizyczne niedobory
Spróbuj z innym psychologiem. Albo terapii współczucia (compassion focused therapy) - ktoś zajmujący się 3 falą terapii poznawczo-behawioralnych będzie wiedzieć o co chodzi.
Skoro tulenie daje Ci ukojenie, to mi brzmi jak, na poziomie fizjologicznym, rozregulowany układ nerwowy - będący w ciągłym napięciu. Tulenie (oraz współczucie, poczucie sensu) działają łagodząco na układ nerwowy - regulują jego pracę; sprawiają, że układ współczulny (jak to jest przy np. lęku albo chronicznym stresie) nie aktywizuje się aż tak łatwo lub aż tak mocno, a układ przywspółczulny zaczyna aktywizować się nieco bardziej.
Mam to samo co Ty, też po studiach, też dobrze uczące się dziecko, olimpiady, artystyczna szkoła, stypendium za granicą. A od 3 lat mam nerwicę lękową, boje się wieczorem wyrzucić śmieci, nie otwieram drzwi gdy jestem sama w domu. O znajomych czytam w pismach, jak im się udało i myślę , że problem leży w podejściu do czasu. Na studiach myślałam, " eee to tylko studia, na pracy się będę skupiała", w pracy :" to be jest praca moich marzeń tylko przejściowa, nie ma co się tym zajmować" itp. sukces polega na SKUPIENIU się i oddaniu teraźniejszym obowiązkom, mam teraz 28 lat i dopiero teraz to zrozumiałam. Świat oferuje nam zbyt wiele możliwych zajęć, człowiek marzy o wszystkim a kończy na netfliksie, prawda jest taka, że ludzie obowiązkowi i pracowici odnoszą sukces, talent to najczęściej zmarnowany dar, a nie droga do sukcesu.
Jesteś bardzo intrygującą osobą.
To na to mozna dostac jakies leki?
Dla mnie brzmi to trochę jak coś z kontynuum osobowości schizoidalnej. Zgłoś się do dobrego psychologa, potrzebujesz ogromu wsparcia i kopniaka w dupę :)
Brzmi jak recenzja "Dnia Świra" z punktu widzenia Adama Miałczyńskiego.
Mam zupełnie tak samo. Z tym, ze mam 23 lata i jak na razie patrzę na kolegów i koleżanki ze szkoły jak spełniają się w nowej pracy, zdobywają tytuły lub zakładają rodziny, a ja w tym czasie kręcę się w kółko. Na dzień dzisiejszy nie mam zainteresowań, pracy i znajomych, bo wszystko poza moim psem zaczyna mnie nudzic po około tygodniu.