#IE7Jh
We wrześniu 2016 roku dostąpiłem wątpliwego zaszczytu i zostałem licealistą. Miałem do wyboru dwie szkoły licealne: jedna blisko mnie, druga ponad 25 km od mojego domu. Niestety wybrałem tę drugą opcję dlatego, że wszyscy mi mówili, że tam jest wyższy poziom. No to poszedłem na rozpoczęcie roku i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu każdy się znał. Każdy, tylko nie ja. Do dnia dzisiejszego nie zamieniłem z nimi zbyt wielu zdań. Dlaczego? Przez moją nieśmiałość!!! Zawsze gdy podchodzę do mojej klasy, czuję ogromny stres. Najgorsza jest wizja powiedzenia "cześć", wtedy jestem cały spocony, dlatego prawie nigdy się z nimi nie witam. Każde pytanie do "kolegi" z klasy kończy się w ten sposób: czuję ból brzucha, pocę się i mówię niezrozumiale. Wtedy osoba, której zadaję pytanie dziwnie się na mnie patrzy i odpowiada mi jak najszybciej, byle ze mną dłużej nie gadać.
Ten problem nie występuje tylko w szkole, takie same trudności mam podczas wykonywania zwykłych czynności: np. zakupy, zapytanie się kogoś gdzie jedzie ten autobus. Z nauczycielami jest podobnie, dlatego nigdy nie idę się ich zapytać co mogę zrobić na wyższą ocenę. Na wigilii klasowej jedna z osób z mojej klasy powiedziała mi: "Wszystkiego dobrego, no i żebyś się więcej do nas odzywał, oczywiście jeśli chcesz". No jasne, że chcę, ale czuję jakąś niewidzialną barierę, która zabrania mi normalnie rozmawiać z ludźmi.
Inaczej się sprawa ma, kiedy to ktoś pierwszy do mnie coś powiedział, wtedy potrafię normalnie z tym kimś rozmawiać, a nawet pożartować, ale takich sytuacji jest mało, dlatego zazwyczaj na przerwach podpieram ścianę i gram na telefonie.
Jeżeli w Twojej klasie też jest człowiek, który zazwyczaj nic nie mówi albo podpiera ścianę na przerwie, idź, pogadaj z nim, spróbuj nawiązać nić porozumienia, może ma dokładnie taki sam problem jak ja. Uwierz mi, na pewno on nie czuje się dobrze.
Ooo stary, jak ja dobrze to znam. Początek wyznania to dokładny opis moich przeżyć. Zawsze byłem nieśmiały, ale wszystko jakoś się układało w podstawówce i gimnazjum. Kiedy przyszła pora na wybranie szkoły średniej stanąłem przed dokładnie takim samym dylematem, oddalona szkoła z wyższym poziomem albo szkoła znajdująca się nieco bliżej, ale już nie z taką renomą. Wybrałem tą pierwszą i przechodziłem przez to samo co ty. Różnica polegała na tym, że od grupki znajomych z mojej klasy czułem wrogość. Może to była wrogość wyimaginowana, nie wiem, ale niepodważalnym faktem było to, że oni nie chcieli ze mną rozmawiać. W końcu nie wytrzymałem i się przeniosłem. W między czasie udałem się do psychologa, bo stwierdziłem (z pomocą rodziców), że ta nieśmiałość jest zbyt przytłaczająca. Psycholog powiedział, że mam się zmienić. Heh, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ale w nowej szkole, małymi (bardzo małymi) kroczkami zaczynałem się otwierać. Gdy ktoś mnie zagadywał odpowiadałem, ale zawsze to były odpowiedzi wylewne, z humorem. To mi pomogło i z czasem sam zacząłem zagadywać. Teraz nie jestem może duszą towarzystwa, ale zmiana jest olbrzymia. Z chorobliwie nieśmiałego nastolatka stałem się nadal skrytym, ale normalnie funkcjonującym facetem, u którego zniknęły wcześniejsze bariery.
Wiem, że to tylko takie gadanie, sam tak przecież kiedyś myślałem ("jakieś durne porady osoby, która nie wie co czuję nie mogą mi pomóc"), ale uwierz, że to możliwe. Nie będziesz ekstrawertykiem z masą znajomych, ale ta nieśmiałość przestanie ci aż tak przeszkadzać. Musisz tylko zacząć nad tym pracować, a jeśli, jak sam mówisz, twoi koledzy chcą z tobą rozmawiać, to jesteś na dobrej drodze, żeby wcielić teorię w czyn.
To nie nieśmiałość tylko fobia społeczna. A co do apelu: ja z nikim nie rozmawiałam w szkole i strasznie mnie irytowało, kiedy inni z niczego próbowali zacząć rozmowę. Jakby właśnie myśleli, ze jestem taka sierota i o niczym innym nie marzę, jak o tym, żeby się z nimi zaprzyjaźnić.
Oooo przejrzałem cię. Kumple z twojej klasy czytają anonimowe, a to twój sposób na zachęcenie ich do rozmowy. Nie no spoko, trzeba być kreatywnym 😁
Zacznij przezwyciężać swoją nieśmiałość małymi kroczkami, np życz kasjerce w sklepie "miłego dnia", powiedz do znajomych "cześć" (nie musisz się od razu wdawać w długie dyskusje), a za każdym razem będzie to trochę prostsze. Nie masz nic do stracenia, a może uda Ci się trochę otworzyć na ludzi i po czasie stwierdzisz, że to nic strasznego i zacznie przychodzić Ci to coraz łatwiej. Ja tak zaczynałam.
Powodzenia! Trzymam kciuki! ;)
Mam dokładnie to samo. Moja psycholog stwierdziła, że muszę po prostu siebie zaakceptować, bo taka jestem i tyle.
Jak ja to znam... Co prawda w liceum miałam łatwiej, bo większość ludzi się nie znała, ale problem nieśmiałości dalej mam - trochę mniejszy tylko.
Niestety jedyna opcja to długi i bolesny trening. Nauczyć się blokować myśli w momencie stresu, rzucić to cześć i mieć nadzieję, że wtedy ktoś zacznie rozmawiać. Zmuszać się do wchodzenia w niekomfortowe sytuacje. Im więcej się to robi, tym łatwiej jest powtórzyć po raz kolejny. Owszem, dalej jest stres, ale wiesz już, że dasz radę - z trudem, nie będzie może przyjemnie, ale już wiesz, że to się da zrobić.
Dalej nie jestem towarzyska, nie lubię dużych imprez, dużych grup obcych ludzi, ale już nie odczuwam paniki na myśl o zagadaniu do kogoś na korytarzu, mam swój mały krąg znajomych i jest mi z tym dobrze. Chociaż wiem, że jeszcze sporo pracy przede mną.
Ej stary, kurna. Ja też byłem nieśmiały, a w pewnych sytuacjach wciąż jestem, ale nigdy nie oczekiwałem, że to inni będą do mnie zagadywać bo JA jestem nieśmiały, to ja zagadywałem do KOGOŚ by ją przezwyciężyć.
A tak ma marginesie, to też poszedłem do liceum ok. 20 km od domu i też nikogo nie znałem, a mimo mojej nieśmiałości polubili mnie i byłem przewodniczącym przez całe liceum.
W swojej klasie oczywiście
Ja z kolei byłam w szkole tym typem, który rozmawiał z takimi osobami jak autor :) może to zabrzmi głupio ale zawsze czułam misję pomocy komuś kto nie odnajduje się bardziej niż ja. W ten sposób zyskałam dwójkę przyjaciół, z którymi przyjaźnie się do dziś i pociesze Cię autorze-"wyrosli" z nieśmiałości. Do dziś jakieś większe imprezy spędzam w towarzystwie największych odludkow. Czuję zawsze duża radosc, kiedy widzę, jak zamknięci w sobie ludzie stopniowo się przede mną otwierają i pokazują to nieskrępowane oblicze. Dookoła jednego kolegi skakałam przez trzy lata zanim się otworzył i do dziś jestem jedyną osobą, której tyle o sobie powiedział, czego akurat mi szkoda bo to fajny chłopak i mógłby się spokojnie pokazać światu
Tych to podziwiam
Tez tak miałam, ale zaczęłam gadać z ludźmi z neta spotykać sie z nimi i jakiś w miarę potrafię sie przełamać. Najgorzej jak jest duzo nowych ludzi wtedy milcze. Przez to w pracy myśleli, ze jestem z Ukrainy.
Ten opis idealnie pasuje do osoby, z która jestem w klasie...