#LGTj7
Dowiedziałam się o tym jakieś jedenaście lat później od swojej adopcyjnej mamy. Mimo że starała się opowiedzieć o tym najdelikatniej jak potrafiła, wpadłam w szał. Skończyło się histerycznym płaczem, buntem nastolatki, wywróceniem pod nieobecność rodziców całego domu do góry nogami, żeby znaleźć papiery adopcyjne, powoli rozwijającej się nerwicy, syndromu odrzucenia, stanów depresyjnych, myśli samobójczych... W jednej chwili zawalił mi się cały świat. Nienawidziłam dnia swoich urodzin, nienawidziłam świąt, bo myślałam tylko o tym, czy moja prawdziwa matka choć przez chwilę o mnie w te dni pomyśli. Naprawdę potrzebowałam wiele czasu, żeby świadomość tego, że wcale nie jestem odrzuconym dzieckiem, we mnie dojrzała.
Dopiero w moje ostatnie urodziny uświadomiłam sobie, że nie definiuje mnie to, co się wydarzyło tyle lat temu, ale to co się działo przez ostatnie lata. Że to przecież dwoje ludzi wzięło pod swój dach dziecko i pokochali jak swoje... Że pomagali mi, gdy zaczynałam chodzić, jeździć na rowerze, szli ze mną do szkoły pierwszego dnia, trzymali kciuki za moją maturę, egzamin na prawo jazdy, byli ze mną, kiedy leżałam w szpitalu, kiedy byłam chora w domu i miałam wysoką gorączkę, nie bali się nieprzespanych nocy, wylanych łez... Wspierali mnie w czasie leczenia, nigdy mnie nie odrzucili.
Są rodzice, którzy mają wspólne geny z dziećmi, a są też rodzice, których z dziećmi łączy znacznie więcej - miłość. Mam z rodzicami świetny kontakt. Biologicznej rodziny nigdy nie poznałam i nie chcę tego robić. Czasem tylko myślę sobie, czy mam jakieś rodzeństwo, ale tego się pewnie nigdy nie dowiem.
Są dzieci z brzuszka i dzieci z serduszka :)
Ale ładnie powiedziane. <3
Dzieci z brzuszka też moga być z serduszka :)
Każde dziecko zasługuje aby być z serduszka <3
Każde dziecko może być z serduszka, nie dzielmy dzieci na lepsze i gorsze. :(
Nie zapominajmy o martwych dzieciach. Niestety takie też się zdarzają ;(
Pięknie powiedziane :)
Jak mówi stare anonimowe przysłowie ;)
Mam jakieś deja vu, czy jak? Widziałam już identyczny komentarz i kilka pierwszych identycznych odpowiedzi na niego.
Indyvidualistka
Bo anonimowe robią sie słodko-pierdzące z powodu pieluszkowego zapalenia mózgu
Dobrze,że w porę zmądrzałaś :)
Czy ty jesteś TYM Gandzią?
Nie jestem adoptowana więc może nie powinnam się wypowiadać, ale wydaje mi się, że nieuznawanie za rodziców ludzi, którzy poświęcili dziecku wiele lat opieki, pieniędzy, miłości, tylko dlatego, że go brzydko mówiąc nie spłodzili jest strasznie głupie i niedojrzałe.
Biedni są rodzice adopcyjni. Wychowują i kochają obce dziecko jak swoje, poświęcają mu zdrowie i życie, znoszą jego humorki itp, a potem takie dziecko jeszcze ich nienawidzi...
Bardzo mądra postawa. Nie rozumiem jak można odrzucić adopcyjnych rodziców tylko dlatego, że nas adoptowali i dali prawdziwy dom.
To był sarkazm... Czemu nikt tego nie zauważa, ludzie ogarnijcie się, potraficie nawet największy idiotyzm wziąć serio
sarkazm tak ciężko wyczuwalny :<
Ciężko wyczuwalny? Jedzie tu sarkazmem na kilometr.
Dlatego uważam, że dziecko powinno być od urodzenia uświadamiane, że zostało adoptowane i po prostu wychować się z tą informacją.
Dzięki temu uniknie się takiego szoku i przykrości.
Ale z drugiej strony potem mogłoby czuć się troszkę obco w rodzinie. A istota adopcji polefa nie na tym, że przygarniam czyjeś dziecko, tylko na tym, że to moje dziecko. Z serducha, choć nie z brzucha :)
Tak, ale adopcyjni rodzice boją się, że młodsze dzieci sobie nie poradzą z tą wiadomością i odkładają to na potem. Ale jak widać, choćby w przypadku autorki, ta informacja zawsze będzie wielkim szokiem.
No właśnie nie. Wie, że jest kochane, zna swoją sytuację i się akceptuje. Nie ma szoku i kompleksów, bo dziecko od zawsze wie, że zostało adoptowane i przez całe życie, każdego dnia utwierdza się w przekonaniu, że nie ma to znaczenia.
A tak, to nagle się dowiadujesz, że zostało adoptowane i zawala się świat. Czujesz się oszukany (przez tyle lat życie w kłamstwie), boisz się, że coś się zmieni, może czujesz się gorszy, bo ktoś cię porzucił... Generalnie natłok negatywnych myśli i emocji.
Ja się dowiedziałam jak miałam 6/7 lat. Owszem szok był, ale zaraz się przytuliłam do mamy i podziękowałam jej za wszystko. Teraz odnalazłam swoją biologiczną rodzinę i ojca (który nawet nie wiedział, że ja istnieję), mam z nim bardzo dobry kontakt jak i z resztą rodziny, a moich adopcyjnych rodziców kocham najbardziej na świecie! :)
Zastanawia mnie tylko, w jaki sposób uświadamiać małe dziecko, że zostało adoptowane?
ocochodzi - mnie mama przygotowywała np. oglądając ze mną program o dzieciach z domu dziecka. Rozmawiała ze mną dużo o takich przypadkach, aż w końcu sama się zapytałam, bo mnie dzieciaki szykanowały w szkole, że jestem gorsza bo jestem z domu dziecka (co jest nieprawdą, bo wychowywała mnie przez 9 miesięcy pewna Pani, w rodzinnym "domu dziecka")
Dlatego dzieci powinny wiedzieć od małego, a nie dowiadywać się kiedyś tam.
Potrzebowałaś aż 11 lat by się ogarnąć? Trochę długo.
Mi potrzeba było 12 lat, żeby sobie wszystko poukładać. To nie jest tak hop siup i wszystko cacy. Wali Ci się cały światopogląd, dowiadujesz się takiej rzeczy, której byś się nigdy nie spodziewała - no przecież jak to ja jestem adoptowana, takie rzeczy tylko są na filmach przecież. Ale stopniowo układałam sobie wszystko w głowie. Nigdy nie przestałam kochać swoich jedynych i prawdziwych rodziców, którzy mnie wychowali i dali miłość. Ale ciężko mi było dojrzeć do wszystkiego. :) Więc wcale się autorce nie dziwie, że trochę jej to zajęło.
Szacun dla Ciebie. Ja nie wiem jak poradziłabym sobie z taką wiadomością... dobrze, że zrozumiałaś tę prawdę o rodzicielskiej miłości, ktirą zawarłaś w ostatnim akapicie :) trzym się!
Którą*
Szkoda, że tyle lat zajęło Ci dojście do twórczego wniosku, że Twoi rodzice wzięli obce dziecko z patologii i pokochali jak swoje...
Skąd wiesz, że z patologii? Nie wszystkie dzici w domu dziecka pochodzą z patologicznych rodzin, więc to co piszesz jest trochę nie na miejscu. ;p